poniedziałek, 5 sierpnia 2024

O weganach szkodliwych

         Trafiam ostatnio, niechcący zupełnie, w różnych miejscach sieci na artykuły o szkodliwości wegan. Otóż wg badań zapewne amerykańskich naukowców (nie chciało mi się szukać źródła, zresztą komu by się chciało jak temat clickbaitowy) weganie produkują 7 razy więcej gazów niż nie-weganie. A w dodatku ich gazy zawierają o 50% więcej gazu. Aż dziwne, że nikt na to wcześniej nie wpadł. Skoro krowy są jednym z głównych producentów metanu, to weganie siłą rzeczy dołączają do tego grona. I mamy to udowodnione, powiedzmy, naukowo.

         Czekam teraz na reakcję Unii Europejskiej. Weganie, jako szkodliwi dla środowiska, powinni - jak samochody spalinowe - zostać zakazani po 2037. A już dzisiaj powinno się im zakazać wstępu do Strefy, jak by nie było, Czystego Powietrza. Być może po uzyskaniu odpowiedniego certyfikatu, nazwijmy go europierd 1 (na początek, potem się dorzuci kolejne numerki) niektórzy przykleiwszy naklejkę na czoło uzyskają prawo wjazdu. Tymczasowo. Wegańskie jedzenie, jako ewidentnie szkodliwe dla środowiska, powinno zostać obłożone dodatkowymi opłatami. I inne obostrzenia, ku oczywiście naszemu wspólnemu, europejskiemu dobru. Zakres obostrzeń pozostawiam do ustalenia naszym sowicie opłacanym europarlamentarzystom.

I niech się smażą steki!

piątek, 14 czerwca 2024

Uwaga, resęzja.

Będą spoilery, więc można się teraz wyłączyć.

         Obejrzałem 'Atlas' z wiecznie młodą J.Lo. w obcisłym wdzianku. I muszę powiedzieć, że scenarzysta ma wiarę w ludzkość. Że zrobimy AI to już nic niezwykłego. Że AI będzie wyglądać jak ludzie też bym się założył. Przemysł porno wybrał VHS i VHS stało się standardem, w przeciwieństwie do, bodajże, Betacam. Lepszego ponoć, ale przegrał. Przemysł porno szybko sprzeda AI w postaci syntetycznych lasek, które wprawdzie nie muszę wyglądać dokładnie jak ludzie, ale jednak humanoidalne choć trochę być powinny. Ludzie dziwni są i różne rzeczy lubią. Więc humanoidalne będą. Że AI się w końcu zbuntują? Osobiście wątpię, ale z posłusznych AI trudno by było zrobić film o walce ludzi z AI. Załóżmy, że się zbuntują. Ale że mamy technologię umożliwiającą podróż do sąsiedniej galaktyki? To już zaszaleli. Nawet Star Trek, serial nie bez powodu kultowy (i milczcie wszyscy, którzy nie oglądali (jest jeszcze dla Was nadzieja) lub się nie zgadzają (proszę się zgłaszać, będę usuwał ze znajomych)), ograniczał się do naszej galaktyki. A Voyager, rzucony do innego kwadrantu naszej zaledwie galaktyki, przez lata wracał do domu. Tymczasem w 'Atlasie' hop i jesteśmy w Andromedzie.

         W sumie czemu niby się czepiam? Toż nawet podróż do sąsiedniej gwiazdy to dzisiaj grube SF. W Star Wars polecieli, w StarGate polecieli, czemóż by w 'Atlasie' nie mogli? Mogliby, oczywiście, ale umysł naukowy potrzebuje chociaż namiastki naukowego wytłumaczenia. Kosmiczne stworzenia podróżujące między galaktykami? Czemu nie. Gwiezdne wrota zbudowane przez starożytne cywilizacje? Czemu nie? Tachiony jak w serii książek 'Odyssey One'? Czemu nie. Napęd nieprawdopodobieństwa jak w 'Autostopem przez Galaktykę' (z pamięci piszę, mogłem pomylić)? Raczej nie. Niemniej dajcie cokolwiek co pozwoli odróżnić SF (jednak science w nazwie jest) od fantasy (niekompletnie ubrane laski, magiczne przedmioty i Arnold z wielkim mieczem).

         Najbardziej mnie w życiu boli, że gdy w końcu ludzkość ruszy między gwiazdy (a ruszy, jeśli przetrwa kilkadziesiąt kolejnych lat, to ruszy), to mnie już na świecie nie będzie. Nie jestem Kolumbem ani Magellanem, nie będę na pionierskich statkach, ale chciałbym o tym czytać i kiedyś, gdy już wszystko będzie bezpieczne jak dzisiaj loty samolotem, polecieć na Kepler-452b. I poczytać o pierwszym spotkaniu ludzkości z obcą cywilizacją. Która - dla jej dobra - mam nadzieję, będzie bardziej rozwinięta od ludzi. Cywilizacje mniej rozwinięte raczej kończyły w spotkaniu z nami niezbyt dobrze.
Ruszymy kiedyś między gwiazdy. Ja niestety nie ruszę.

         Ale ja miałem o J.Lo. w obcisłym wdzianku. Da się to obejrzeć. Znaczy film, bo J.Lo. zawsze. I nie jest to pierwszy film, w którym AI uznała, że dla dobra ludzkości trzeba ludzkość wziąć pod but. Coś jest z ludzkością nie tak. Co widzi każdy kto ma dostęp do internetu.

piątek, 24 maja 2024

Veto!

     Natomiast jeśli chodzi o nic nie warte łańcuszki, w których niby zabraniamy Facebookowi korzystania z naszych danych - Facebook w powiadomieniu informuje, że będzie nasze dane wykorzystywał do szkolenia SI. Wspaniałomyślnie nie skorzysta z naszych prywatnych rozmów na Messenger. A przynajmniej tak twierdzi, bo jakoś nie widzę sposobu, żeby to zweryfikować.
Macie otóż rzeczywistą okazję spróbować zaprotestować. Dlaczego tylko spróbować? Bo z treści formularza wynika, że mogą, ale nie muszą, się do Waszego sprzeciwu zastosować. W powiadomieniu jest link do formularza. Zachęcam do klikania i sprzeciwiania. Dla zasady.

    Bądźmy szczerzy - większość z nas nie publikuje tam niczego sensownego. W większości fimiki z tiktoka, czasem jakiś mem, sporo zdjęć, zwłaszcza z wakacji w ciepłych krajach, mnóstwo błędów ortograficznych i gramatycznych. Nieliczni popełniają sensowny tekst o długości wymagającej kliknięcia w 'Pokaż więcej' . SI wykształcona na tym materiale zapewne dokona elektronicznego seppuku w chwilę po uzyskaniu świadomości. Niemniej zaprotestować, dla zasady, trzeba.


PS. Mój sprzeciw został uznany.

sobota, 18 maja 2024

Excalibut!

    Oto jest! Po latach przedzierania się przez (miejskie) dżungle, po licznych walkach z tubylcami w barwach wojennych okolicznych klubów piłkarskich, po wątpiących spojrzeniach rodziny i znajomych, znalazłem.
    Jedyny w swoim rodzaju, zaginiony wieki temu, pierwszy i jedyny miecz legendarnego wojownika o wyzwolenie mężczyzn, założyciela tajnego, pacyfistycznego stowarzyszenia No Ma'am Club, pierwszego i ostatniego tego imienia, pracownika miesiąca przez niepobite do dzisiaj 123 miesiące z rzędu - legendarnego Ala Bundy'ego (4 przyłożenia w jednym meczu). Oto on! Równie jak Al Bundy legendarny Excalibut! Tylko sprzedawca butów o czystym sercu może go dzierżyć.
    Czy jest śmiałek, który zechce czystość swego sumienia rzucić na salę i spróbować wyrwać miecz z tychże zarośli?

(20 zł za jedną próbę, 80 zł za 5 prób, 250 abonament miesięczny)



poniedziałek, 6 maja 2024

O spokoju świętym niedoczekanym

         To, że kobiety są z Reptilusa a mężczyźni z Ziemi to wiemy, tak? Przypomnę tylko: prysznic - wrzątek, kran - wrzątek. Co jest zrozumiałe. Jak się pochodzi od zmiennocieplnych gadów to trzeba jakoś temperaturę ciała utrzymać. My, mężczyźni, pochodzimy od ssaków, temperaturę wewnętrzną utrzymujemy sobie sami. A dziewczyny wrzątek, solarium, plaża. A żeby tę swoją potrzebę dogrzewania zamaskować, to dziewczyny wykształciły zdolność do błyskawicznego opalania się na brązowo. Co nie tylko ładnie wygląda odwracając naszą uwagę od ich pochodzenia, ale przy okazji pozwala udawać, że one się tu tylko opalają a nie ratują swoje życie.

         Ale dzisiaj nie o ich, kobiet pochodzeniu. Dzisiaj o ich, kobiet, nieumiejętności nicnierobienia. Trochę niechcący miałem długi weekend. Myślałby kto - plaża (ja oczywiście w cieniu, dziewczyny oczywiście nie, bo, przypominam, temperatury trzeba nałapać), ciepła woda, zimne piwo. Jednakże kto ma żonę (dziewczynę / narzeczoną / kochankę) ten wie, że kobiety nie potrafią korzystać z dni wolnych. 5 dni wolnego! Ileż to można ponicnierobić, ileż poodpoczywać, ileż na hamaku poleżeć! Ale nie. Trzeba coś robić. Ja mam taką osobistą teorię, że one, te nasze dziewczyny generalnie kochane istoty, nie umieją patrzeć jak się relaksujemy. No nie może być tak, żeby facet siedział 5 dni i nic nie robił. Jeszcze mu głupoty do głowy zaczną przychodzić. A głupio go ot tak do roboty zagonić. I głupio ochrzaniać, że nic nie robi jak sama nic nie robi. To weźmie i sobie robotę znajdzie. Bo jak ona robi to i chłop będzie musiał. Albo się sam domyśli, że ma się do jakiejś roboty zabrać, albo mu niewiasta coś znajdzie. Ze swej strony zalecam jednak znalezienie sobie czegoś samemu. Wprawdzie nie całkiem to pozwala zleceń uniknąć, ale przynajmniej na jakiś czas można się zamknąć w garażu i udawać, że się czyści narzędzia. Nieuniknienie nadejdą jednak zlecenia nieuniknione: "trawa taka wysoka, skosić by trzeba", "huśtawka dawno nie malowana", "gdzie z tą farbą, zeszlifować najpierw trzeba", "kory nowej trzeba kupić ze 40 worków", "ziółka podlej", "szyszki wyzbieraj", "pod magnoliami trzeba pograbić". Inwencja ich jest niezmierzona. Genetycznie nie cierpią jak facet po prostu nic nie robi.

         W związku z czym z rozkoszą wróciłem w poniedziałek do pracy. Ostatni raz się dałem nabrać na długi weekend. W przyszłości, jakoś tak czuję, będę miał w długie weekendy mnóstwo pracy w pracy.

niedziela, 31 marca 2024

Życzenia bez szczególnej jakby okazji

Czcigodni i Szanowne oraz Szanowni i Czcigodne.
Jeśli okna umyte, to można przystępować do świętowania. (Jeśli nie umyte, to powiem Wam w tajemnicy - nie przejmujcie się, nikt tego nie sprawdza (znaczy, Jezus nie sprawdza, ale jak żona kazała umyć to sprawdzi (żona, nie Jezus))).
Zatem tym co umyli i tym co nie umyli życzę spokojnych i w rozsądnym zakresie rodzinnych Świąt. Niech królik tudzież kurczak wielkanocny przyniesie Wam prezenty (może jakieś środki do mycia okien?). I cieszmy się, że mamy okna, o których myciu lub nie myciu możemy decydować. Nie wszyscy z naszych sąsiadów mają tyle szczęścia.

(Mali świąteczni pomocnicy wygenerowani przez AI)

poniedziałek, 27 listopada 2023

O ekologii wyimaginowanej.

Cytat z artykułu o szkodliwości SUV-ów:
Zwiększają się też rozmiary samochodów, a średnia powierzchnia zajmowana przez  nowy model osiągnęła 4,2 m2. Jak podaje "The Guardian" jest to wina producentów samochodów, którzy "sprzedają SUV-y po wyższych cenach pomimo proporcjonalnie niższych kosztów produkcji".

Zechce mi ktoś wyjaśnić co autor miał na myśli? W jaki sposób sprzedawanie samochodów po zawyżonych cenach wpływa na ich rozmiar? I jakim cudem średnia powierzchnia wyszła 4.2m2 skoro większość samochodów jest pewnie dłuższa a na pewno szersza niż 1m.
Pozwolę sobie również na mały komentarz do artykułu. Mój dwulitrowy, 190-konny SUV pali tyle co mój, nieco starszy, owszem, 110-konny citroen. W jeździe miejskiej. Poza miastem pewnie mniej. W dodatku spełnia normę Euro6. SUV-em jeździ się po mieście wygodnie, siedzi się wysoko, więc dobrze widać drogę, bez obaw o urwanie zawieszenia przejeżdża się przez spowalniacze i wjeżdża na miejsca parkingowe z 15cm krawężnikiem. Są takie. Ubywa starych kopciuchów, przybywa nowych, spełniających normy SUV-ów, a mimo to emisja zanieczyszczeń spadła tylko o 4.5% a nie o 30%, jak spodziewali się - nie wiadomo na jakiej podstawie - przewidywacze przyszłości.
Ja natomiast czytałem w innym piśmie inny artykuł. O tym, że 1% najbogatszych ludzi świata generuje 66% emisji CO2. Może więc zamiast zabierać mi SUV-a i kazać pić kolę przez papierową słomkę nasączoną truciznami zabierzmy bogaczom ich prywatne odrzutowce, jachty, limuzyny pancerne o wadze 5 SUV-ów, domy z 27 sypialniami? Może Ci wszyscy eko, co się zlatują do jakiegoś luksusowego, klimatyzowanego hotelu, zaczęliby od siebie i zamiast odrzutowcem to pojechać te 70km pociągiem? Może zmusić producentów, żeby pakowali swoje produkty w jeden rodzaj tworzywa, które będzie jednolicie w całej Unii (i tu się rozmarzyłem - może nawet świecie) oznaczone jak należy je utylizować? Może szklane butelki przestałyby być jednorazowe? Może malutkiej karty pamięci nie trzeba pakować w pół kilo plastiku i papieru?
Ale nie, kurwa, świat zostanie zniszczony, bo jeżdżę SUV-em popijając zimną kolę przez plastikową słomkę.

piątek, 24 listopada 2023

Pan sędź

W dobie galopującej tzw. poprawności politycznej (a moim zdaniem dość często po prostu głupoty) interesująca będzie próba stworzenia feminatywu od stanowiska sędziego. 'Sędzia' to w sumie już feminatyw. Teraz trzeba zrobić z tego feminatyw dla feministek. Przypominam, że sędzina to żona sędziego. Zakładam również, że trudno będzie przekonać sędziów do zmiany z 'sędzia' na np 'sędź' lub 'sądź', żeby zwolnić 'sędzia' dla płci przeciwnej (poprawność polityczna wymagałaby oddzielnej wersji dla każdej z licznych płci).
Czy do przełknięcia będzie 'ten sędzia' i 'ta sędzia' gdy 'ten minister' i 'ta minister' były dla niektórych za trudne?
Jakieś propozycje?
Najlepsze nagrodzę nagrodem.

sobota, 9 września 2023

Pff

    Jednorazowy przejazd 150 km autostrady A2 samochodem osobowym od 11 września będzie kosztował 90 zł. Dla porównania w Czechach za wszystkie autostrady winieta na rok kosztuje 1500 koron. Jakieś 300 zł.

    Ale za to my mamy morze. I przekop w mierzei. I lotnisko w Radomiu. I politykę prorodzinną w spółkach skarbu państwa. I program Willa+ dla zaufanych. I dofinansowanie 55 000 000 (tak, 55 milionów złotych) dla znajomego, który tydzień wcześniej założył spółkę zoo. I wybory kopertowe za 70 baniek. I 500/800+ dla każdego. I najtańsze w Europie paliwo. I monopolistyczny koncern paliwowy, który ma zyski jak nigdy. I mamy troskę o dzieci nienarodzone i chuj, że matki umierają. I mamy Kościół oddzielony od Państwa, który pozwala nam płacić swoim kapłanom emerytury i którzy to kapłani prawie w ogóle nie wtrącają się do polityki. I mamy niezależne i wolne sądy. I mamy niezależne i wolne media, na które musimy wprawdzie płacić abonament, ale przecież niewielki - wystarczy sobie odmówić trzech przejazdów autostradą A2 i już mamy na rok abonamentu. I mamy absolutnie niezależną prokuraturę, która w ogóle nie chodzi na smyczy polityków. I mamy agencję kosmiczną, tak, kosmiczną, gdyż ambicje mamy kosmiczne. No i jeszcze mamy, a właściwie zaraz będziemy mieli, 10 000 zł średniej pensji (tak, Morawiecki powiedział, że chciałby aby na koniec 3 pisowskiej kadencji tak było). I będziemy mieli Centralny Port Komunikacyjny, w którym na razie pracuje kilkaset osób i kosztuje to kilkadziesiąt milionów miesięcznie, i pod który wykupuje się - żeby wyburzyć - świeżo wybudowane domy, dorobek życia, potrącając od wyceny koszt wyburzenia. Tak, nasze wspaniałe Państwo łaskawie kupi od Was dom, którego wcale nie chcecie sprzedawać. Łaskawie zapłaci Wam cenę rynkową. I łaskawie potrąci sobie tylko 10% za wyburzenie Waszego domu, którego wcale nie chcecie sprzedawać. I będziemy mieli elektrownię atomową, której powstawaniem będzie kierował Sasin, powszechnie znany z kończenia różnych przedsięwzięć spektakularnym sukcesem.

Więc niech się Czesi z tymi swoimi niemalże darmowymi autostradami wypchają.

poniedziałek, 4 września 2023

Nie-aktywnie


    Żona ma ostatnia mówi (a jak ona mówi to ja słucham [tudzież ewentualnie doskonale symuluję słuchanie]), iż jedziemy na weekend. Informacja taka wzbudza zawsze niepokojące mrowienie na plecach i znak zapytania nad głową: "gdzież tym razem wylądujemy i czy będę musiał odpoczywać aktywnie?". Gdyż mądrzy ludzie od dawna wiedzą, że aktywny wypoczynek to oksymoron i najlepiej się odpoczywa po prostu odpoczywając.

    Odkąd moja ostatnia żona jest szczęśliwą posiadaczką supa (taka dmuchana deska do pływania), wyjazdy nasze kończą się w okolicy jakiegoś zbiornika wodnego. A że pojazd to generalnie jednoosobowy to ona pływa, a ja mogę odpoczywać nie-aktywnie. Supa na prezent dla żony więc polecam. Polecam też od razu kupić elektryczną pompkę, bo wypoczynek zmieni się jednak w aktywny.

czwartek, 31 sierpnia 2023

sobota, 12 sierpnia 2023

algoRYTM

     Jacek (czyli ja, podobno pisanie o sobie w trzeciej osobie da się jakoś zdiagnozować) był wczoraj na firmowym piwie z frytkami. W pubie, który kiedyś służył do wypadów na piwo i frytki bez zagrożenia tańcem. Piwo i frytki są ciągle, natomiast pojawiły się tańce do muzyki na żywo. Już kieliszki do wina porozstawiane na wszystkich stolikach powinny wzbudzić Jackowe podejrzenia, ale nie wzbudziły. To pewnie z przepracowania i pragnienia.

    No więc jak zaczęli grać to się nie dało porozmawiać i chcąc nie chcąc człowiek popatrzył na ludzi tańczących. Znacie skecz 'Typy tancerzy' kabaretu Hrabi? Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=vSaOp-Wn5WA . No więc wszyscy byli na parkiecie. Wszystkie typy plus kilka, o których Aśka nie wspomniała. Był gość rzucający się jak ryba wyciągnięta z wody. Jacek nie wiedział, że facet może się zginać w takich miejscach. Tańczył przed stolikiem z niewiastami (ten facet, nie Jacek przecież). Niewiasty miały miny, jakby wolały być akurat w Muzeum Ziemi Podlaskiej z Bożydarem ( https://www.youtube.com/watch?v=M1eO0DVCIRk , część 2 jest zaraz potem). Był taki co miotał laską jak szatan. Jacek wiedział, że dziewczyny się zginają w więcej miejscach niż faceci, ale chyba nawet ta biedna dziewczyna nie miała pojęcia, że aż w tylu. Jednakowoż przeżyła. Sprawiedliwości trzeba oddać, że było na parkiecie ze trzech facetów, którzy taniec ogarniali. No są wyjątki, dziewczyny, przy odrobinie cierpliwości można trafić. Aśka nie wspomniała w skeczu o jeszcze jednym typie tancerza. Niezbyt często spotykanym, ale po kilku piwach (programiści mają słabe głowy) co mniej zdziczali owi programiści czasem dają się na parkiet porwać. Sami się raczej nie rzucają znając swoje niedoskonałości w tym temacie. Znaczy programiści, jako umysły generalnie raczej ścisłe, ogarniają takie tematy jak rytm. Gorzej, że potem próbują to w tańcu przełożyć na algoRYTM. A to łatwe nie jest, bo każda kończyna to oddzielny task, ale jednak trzeba je jakoś synchronizować. A to wszystko w czasie rzeczywistym. No i jeszcze dochodzi głowa. Trzeba pamiętać, żeby nie patrzeć na nogi (co utrudnia sterowanie taskami kończyn dolnych), żeby nie patrzeć kobiecie, powiedzmy, na serce. W oczy patrzeć trza. No i widać było w oczach tych biednych ludzi, że procesor zajęty na 95%, reszta zasobów też prawie na wyczerpaniu. A jeszcze trzeba rozmawiać.

    Generalnie ewolucja z jakiegoś powodu uznała, że facet się ładnie ruszać nie musi. Co na parkiecie było widać. Oraz z jakiegoś również powodu uznała, że kobietom to się jednak przyda. Jakby naturalny dar miały. W większości.
   Dziewczyny, programista, choć spędza większość dnia w swojej norze i coś tam klika, to jednak też żywe stworzenie jest. Brać jak się trafi, nie grymasić, można trochę wychować i nauczyć nie bać się światła. Nie zabierać zbyt często na plażę, żeby nie straszyć ludzi i da radę z programisty wyhodować człowieka. I tylko w tańcu musicie się pogodzić, że nie pogadacie, bo procesor zajęty. Nawet czasem szturchnąć trzeba, bo o wzięciu oddechu może zapomnieć.

poniedziałek, 3 lipca 2023

Gdy nie ma w domu dzieci...

Panowie, zaczęły się wakacje, więc przypominam:
- mieszkamy w Polsce, więc urlopy nas nie cieszą, bo zazwyczaj oznaczają jakiś remont
- jak już jednak uda nam się wyjechać nad jakieś morze czy inny zalew to należy pamiętać o zachowaniu odpowiedniego wyglądu (odpowiedni wygląd to wygląd człowieka uciemiężonego, który z obrzydzeniem spędza czas na plaży w rytmie tyskiego i disco-polo)
- nie zapominajmy, że żony zabierają nas na wakacje głównie po to żeby nosić rzeczy na plażę (no tak już jest i z tym się nie dyskutuje)

Załączam zdjęcie poglądowe mężczyzny na plaży.



Tak, tak, wiem, dawno mnie nie było. Można na mnie krzyczeć i grozić mi palcem.

środa, 31 sierpnia 2022

Dzień Blogów

    Czcigodni i Szaowne, nasz dzień dzisiaj. Dzień Blogów. Autorów i Czytelników. Od lat mniej lub bardziej skutecznie opieramy się zmasowanym atakom nowych mediów - facebooka, instagrama, tiktoka, snapchata i innych. Od lat spotykamy się tu i ówdzie żeby sobie poczytać co tam się u kogo wydarzyło, co słychać w Berlinie albo Dublinie, tudzież w Warszawie. Posłuchać czego tam znajomi słuchają, popatrzeć co czytają. I choć w tej nierównej walce liczne blogi poległy a liczni moi blogowi znajomi odeszli w blogowy niebyt (wyjaśniam: najprawdopodobniej żyją, tylko ich blogi umarły, a ponieważ to była jedyna forma kontaktu, więc kontakty też umarły). Żałuję. Wiele przez te lata osób poznałem, wiele zapomniałem. Nieliczne znajomości pozostały i są cenne.

    Czcigodni i Szanowne, nie udaje mi się, niestety, choć obiecywałem, pisać częściej. W początkach blogowej kariery mogłem to zrzucać jedynie na lenistwo. 15 lat później mogę to zrzucać również na starość. Nie zamykam jednak, choć kurzem czasem zarasta. Zaglądajcie jako i ja do Was zaglądam. Nie zawsze się wpiszę, ale czytywam. Walczmy!

poniedziałek, 25 lipca 2022

Góry nie są dla mięczaków

"Idziemy do cyrku!" - usłyszał pewnego dnia Jacek. Jacek nie jest wielbicielem cyrków, bo nie lubi klaunów i przetrzymywania zwierząt w podłych warunkach. Ale że ostatnio był tylko w Cirque de Soleil a tam zwierząt nie było to się nawet ucieszył. Radość jego zmąciło tylko wspomnienie cennika w Cirque de Soleil, ale trudno, żyje się raz, czasem trzeba pójść co cyrku. Zwłaszcza, że "Idziemy do cyrku" w ogóle nie niosło w sobie intonacji pytającej. Nic a nic. Więc Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca uznał, że jeśli nie pytanie to rozkaz. A z rozkazami się nie dyskutuje. Co nie znaczy, że z pytaniami można. Pytania w wojsku są jeszcze bardziej podchwytliwe niż rozkazy. Rozkaz jest prosty: polecenie, czasoprzestrzeń (np. zaczynacie malować tutaj, a kończycie o 22), wykonać. Pytania są podstępne, nie wiadomo czym grożą i lepiej, jak się słyszy pytanie, stać w trzecim szeregu.

"Kto się zna na muzyce?" - pyta porucznik. Zgłasza się dwóch młodych, niewinnych, a reszta plutonu, bardziej doświadczona lub po prostu sprytniejsza już cichcem ma bekę. Bo co dalej mówi porucznik? "Świetnie, wniesiecie majorowi fortepian na czwarte piętro". Reszta plutonu ma już bekę w ogóle nie cichcem. "Dobierzcie sobie jeszcze dwóch" mówi porucznik i beka znika momentalnie. I dwaj młodzi i niewinni nie dość, że będą targać fortepian na czwarte piętro to jeszcze sobie narobią wrogów w plutonie, bo we dwóch nie dadzą rady i kogoś wybrać muszą. I cóż z tego, że niewinni?

"Kto jest chętny do chóru?" - pyta porucznik. Nauczeni doświadczeniem młodzi i niewinni siedzą już cicho. Pluton ustawiony w dwuszeregu usiłuje jak najmniej rzucać się w oczy. A to nawet nie są zajęcia z kamuflażu. (A propos zajęć z kamuflażu, dowcip będzie: wkurwiony sierżant krzyczy do Kowalskiego: Kowalski nie widziałem was dzisiaj na zajęciach z kamuflażu! Na to Kowalski uśmiechnięty: dziękuję panie sierżancie! Kto zrozumiał daje plusa, like'a czy co tam się dzisiaj daje). Wobec braku chętnych porucznik podejmuje demokratyczną decyzję: "Pluton, w szeregu zbiórka, co trzeci wystąp. Jesteście ochotnikami do chóru. O 17 zgłosicie się do pani Sylwii". Pani Sylwia, w swej naiwności naprawdę myślała, że tylu było chętnych i kompletnie nie mogła zrozumieć, skąd ten skowyt wydobywający się z kilkunastu młodzieńczych gardeł. Trzeba jej przyznać, że była dzielna i dała radę wytrzymać 3 zajęcia.

Ale to nie o wojsku miało być, choć historii z wojska mam bez liku (a byłem na jednym tylko poligonie, a com widział i com przeżył, to bym mógł dłużej opowiadać niż koziołek Matołek).

Przyjąłem więc polecenie pójścia do cyrku. Trochę mnie zdziwiło, że mam się na kilka dni spakować. Wygodne buty do górskich wędrówek wzbudziły już poważne wątpliwości. Udałem się więc do źródła uszczegółowić informacje. I słusznie, bo jak się okazało nie "Idziemy do cyrku!" tylko "Jedziemy do Szczyrku!". A Szczyrk niebezpiecznie kojarzy mi się z górami. Może niezbyt wysokimi, ale jednak. Dostałem zadanie zorganizować lokal. Co robi Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca? Przeprowadza rekonesans. Z racji odległości do miejsca docelowego rekonesans został przeprowadzony z pomocą starożytnej technologii, czyli na mapie, z użyciem nowoczesnej technologii, czyli w Google Maps. Szczyrk znajduje się na wysokości ok. 500 m.npm. Najwyższy szczyt w okolicy 1257 m. npm. Założyłem (przyszłość pokazała, że słusznie), że nie uda mi się tego szczytu nie zdobyć, więc trzeba zminimalizować wysiłek do tego niezbędny. Jak się minimalizuje wysiłek do tego niezbędny? Szuka się noclegu jak najwyżej, wtedy do wspięcia się pozostaje najmniej. 900 m. npm powinno wystarczyć, żeby mnie nie zabić, pomyślałem. Jakżesz, o jakżesz byłem w błędzie.

5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) gdy już prawie o zmroku udało się po kamienistej drodze z sarnami rzucającymi się pod koła wjechać na górę to oczom naszym ukazał się las. Prawdziwy, nie krzyży. Miejscówka fajna i wg mapy było tylko 250m do schroniska. W razie czego będzie blisko po piwo. Podziwiliśmy piękno wieczoru i poszliśmy spać, gdyż rano trzeba było iść. Jacek, jak się niektórzy domyślają, jest umiarkowanym zwolennikiem nadmiernego przemieszczania się pieszo, zwłaszcza wertykalnie. Ale rozkaz to rozkaz. 250m do schroniska, potem jeszcze trochę i będzie szczyt. Dam radę.


Podjąłem samodzielną, męską decyzję, że tam wejdziemy.

Zdjęcie nie oddaje grozy tego podejścia.

Poinformuję Was o terminie pogrzebu.



Otóż okazało się, że do schroniska jest owszem 250 m, ale w pionie. A droga prawie pionowa w górę. A nie zabrałem czekanów ani raków. Nawet łańcuchów żadnych nie było. Z racji dzieci przebywających z nami starałem się robić dobrą minę. Ale trudno się robi dobrą minę, jak pot zalewa ci oczy a powietrze łapiesz jak ryba wyrzucona na brzeg. Ale do schroniska dotarłem.



2 godziny i 700m później...
Uważni czytelnicy zauważą, że byłem dzielny i na paragonie nie ma piwa. Choć 9 zł za małą butelkę wody wypadałoby oblać.


Myślałem, że to już blisko szczytu, bo zostało jakieś 100 m. wysokości. A potem spojrzałem w górę. W oddali majaczył szczyt. Żeby chociaż jakiś imponujący czy coś. Nie, nic szczególnego. Bo jak się okazało 3 godziny i 3 litry mojego potu potem, to było zaledwie Małe Skrzyczne. A normalne jest jeszcze wyżej.


Powiem Wam, że wiem, że nie mam kondycji. Z moją pracą muszę tylko bez zadyszki wejść na pierwsze piętro i wytrzymać 8 godzin w klimatyzacji z trzema oszołomami takimi jak ja. Niezbyt wielkie wyzwanie. Ale ta góra prawie mnie zabiła. Ostatni raz byłem taki wykończony jak na studiach zaliczałem bieg na 3 kilometry. Bieganie zawsze mnie zabijało i z podziwem patrzyłem na szaleńców co przed biegiem robili 800 m. na rozgrzewkę. Na rozgrzewkę! Ja po 800 m. zastanawiałem się jak przeżyć pozostałe 2200. Zaliczałem ten bieg zawsze za pierwszym razem, zawsze mając kilka sekund zapasu. Z jedną motywacją - jeśli nie zaliczę, to będę musiał biec jeszcze raz. Więc zawsze zaliczałem. A po biegu padałem na trawę i pół godziny odzyskiwałem przytomność. W połowie tej góry czułem się jak po połowie biegu - jeszcze żyję, ale przy życiu trzyma mnie tylko to, że jak nie wejdę to będę musiał powtarzać. Wszedłem. A jeszcze trzeba było zejść. Wydawać by się mogło, że z góry łatwiej. Nie jest łatwiej. Ale za to jak zeszliśmy do schroniska to piłem najlepsze piwo na świecie. Żaden żywiec w życiu mi tak nie smakował. A mój zegarek, który - powiadam Wam - wie, co mówi, powiedział tak (przypominam, był czwartek):







 

 


 
 


 
 
 
 
To są owce, z tego się robi ser.


Dzień drugi. Byłem sprytniejszy i choć do schroniska znowu musiałem pójść, to dalej wjechaliśmy kolejką. Że niby atrakcja, a nie że nie dam rady drugi raz wejść. Górą po szczytach już poszło łatwiej. Horyzontalnie chodzi mi się łatwiej niż wertykalnie. No i były widoki. Powiadam Wam, mógłbym tam tylko siedzieć i podziwiać. Ale jednak trochę szliśmy. Po drodze wyprzedziła nas pani, jakieś 85 lat. Ale miała kijki, a nam się nie spieszyło. Potem nas wyprzedziła rodzina z dwójką dzieci w wieku około 5-6 lat. Kto ma dzieci, ten wie, że dzieci nie mają czegoś takiego jak zmęczenie. Dzieci więc biegły, a rodzice musieli za nimi. Nam się ciągle nie spieszyło. W drodze powrotnej wyprzedziła nas wycieczka emerytów, ale nam się przecież nie spieszyło. Ale jak szliśmy ze Skrzycznego do kolejki, żeby zjechać na dół i się okazało, że mamy 1,5 km i tylko 7 minut to trochę nam się spieszyło.


Mieliśmy iść w góry, ale zanosi się na burzę, więc jednak nie.

Dzień trzeci objawił się zachmurzeniem. Rozsądni ludzie nie idą w góry przy takiej pogodzie. Więc zarządziłem czas wolny, każdy robi co chce. Nie chciało mi się iść po piwo do schroniska. Na szczęście szczęśliwym zrządzeniem losu mieliśmy wino.




Potem tylko po kamieniach z górki i 5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) do domu. Na płaszczyznę.


środa, 8 czerwca 2022

To nie jest kraj dla zbieraczy chrustu.

Oni z tym chrustem to na poważnie. Myślałem, że któryś minister chlapnął dla beki jak kiedyś Niesiołowski o szczawiu. Ale nie, oni na poważnie.
Aż się boję podpowiadać, że książki też się palą. I że ci, co książki mają powinni się opałem z wyborcami pisu podzielić. A jak nie to się straży pożarnej da prawo szukania książek po mieszkaniach.
Ale ja to już chyba gdzieś czytałem...

Folwark zwierzęcy z równymi i równiejszymi mamy od lat. Rok 1984 z pegasusem już prawie, prawie. A zaraz ruszą Fahrenheit 451 i opowieści podręcznej.

Tymczasem słyszę, że 500+ ma się zamienić na 700+. Bo odniosło przecież tak niewiarygodny sukces.

To nie jest kraj dla pracujących ludzi. To nie jest kraj dla myślących ludzi. To nie jest kraj dla ludzi.

poniedziałek, 2 maja 2022

Legenda o przyrządzie do prac ziemnych




 
        Legenda głosi, że tylko mąż o czystym sercu, nieposzlakowanej opinii oraz niezbyt grubym koncie bankowym będzie godzien wyciągnąć ten starożytny przyrząd do robót ziemnych z ziemi.

        I teraz Czcigodni, trochę się waham, więc proszę o rady i porady. Jeśli podejmę się próby i jako mężowi o niewątpliwie czystym sercu i nieposzlakowanej opinii oraz o jeszcze bardziej niewątpliwie niezbyt grubym koncie bankowym uda mi się przyrząd z ziemi wyciągnąć, to istnieje bliskie 1 ryzyko, że będę musiał się nim posłużyć przy pracach ziemnych. Jeśli jednakowoż podejmę się próby i polegnę to okażę się mężem o nieczystym sercu, poszlakowanej opinii lub grubym koncie bankowym. Przy czym to ostatnie jakoś przeżyję i złagodzi mój ból. Może więc nie podejmować próby i poprzestać na nieudowodnionym wewnętrznym przekonaniu o byciu czystym, nieskazitelnym i chudokontowym?
I teraz więc pytanie: ryzykować?

sobota, 30 kwietnia 2022

O męża bezużyteczności

Będąc z żoną na zakupach otrzymałem arcyważne zadanie, któremu podołać może tylko dzielny i odpowiedzialny mąż. Mianowicie otrzymałem polecenie udania się do kasy, odstania w kolejce i zapłacenia za jej - żony i zadaniodawczyni - zakupy. Wręczono mi torbiszcze z zakupami i polecono iść. "Ależ kochanie, żono ma ostatnia, jednakowoż nie przydzieliłaś mi środków na realizację zadania." Wręczono mi więc kartę debetową. "Ale kochanie, żono najmilsza, azaliż jak mam zapłacić pinu do karty nie znając?". "Mężu najdroższy, upierdliwy nieco i niedomyślny bardzo, gdyż miałeś okazję prezent mi zrobić, PIN to data naszego ślubu" - odpowiedziała żona ma ostatnia i najmilsza i oddaliła się w kierunku kolejnego stoiska.
"No to mi pomogła..." - pomyślałem ja, mąż najdroższy, upierdliwy nieco.

poniedziałek, 14 lutego 2022

Międzynarodowy Dzień Poświęcenia Róż i Innych Kwiatów

    Dzień dzisiejszy roboczo nazwałem Międzynarodowym Dniem Poświęcenia Róż i Innych Kwiatów. Tysiące i miliony tych biednych istot idą pod nóż, żeby tysiące i miliony mężczyzn tego świata mogło nie podpaść wybrankom swego serca. Nie czas jednak żałować róż, gdy unikają podpadania mężczyźni. W dniu tym co roku mężczyźni wyruszają na tradycyjną pielgrzymkę do… wiem co Wam przychodzi do głowy i jakżesz jesteście w błędzie, bo nie do najbliższego pubu, o nie… pielgrzymkę do najbliższej kwiaciarni. Gdyż kilka nie całkiem jeszcze martwych róż znacząco podnosi prawdopodobieństwo niepodpadnięcia. Kobiety mają łatwiej. Im do niepodpadnięcia wystarczy wstążeczka i już. My natomiast, my musimy walczyć. Ale o tym za chwilę.

    Generalnie wojowników (bo jak walka to i wojownik, któż zaprzeczy?) walczących o róże, niczym kierownictwo Ordo Iuris o cnoty niewieście (podpowiadam: dużo hałasu, ale z niekoniecznie dobrym skutkiem), podzielić można na dwie grupy.

    Grupa pierwsza załatwia zakupy kwiatowe w drodze z pracy i wręcza te kwiaty już od progu mieszkania anonsując swoje przybycie szelestem rozwijanego papieru. Wychodzą oni z założenia, że rach ciach, trzeba to załatwić szybko i po bólu. Ta grupa to mięczaki. Nawet jeśli musieli odstać w kolejce po swoją porcję nie całkiem jeszcze martwych roślin, to nie musieli o nie stoczyć pojedynku o honor i niepodpadnięcie. Nie musieli, bo o tej porze kwiaciarnie przygotowane na inwazję jeszcze dysponują różami, tudzież innymi kwiatami. Dla wszystkich w kolejce starczy, wystarczy poczekać. Mięczaki.

    Grupa druga z kolei, to wojowie z górnej półki. Oni nie stoją w kolejce, nie krzyczą piskliwym głosem “Proszę zostawić kilka dla nas”, “Limit jakiś wprowadzić, po 5 na głowę”, “My też mamy żony”. Oni wracają po pracy do domu, do żony, która przez cały dzień ma dzisiaj tylko jedno w głowie - “Ile mi w tym roku róż przyniesie?” (tylko róże wchodzą w grę, inne rośliny pozwolą tylko złagodzić wyrok, ale nie anulują podpadnięcia), “Żeby się tylko nie wygłupił z żółtymi jak w zeszłym roku, przecież każdy wie, że żółte to zdrada”. (WTF???). Wraca do domu ten samiec alfa, wojownik dzielny, predator chciałoby się powiedzieć i jak gdyby nigdy nic rzuca od niechcenia na powitanie - “Co na obiad?”. Ignoruje wyniośle, że talerz ze schabowym został właściwie przed nim rzucony, a nie postawiony. Co bardziej odważni zjadłszy (imiesłów przysłówkowy uprzedni, współczuję tym, którzy muszą to wiedzieć) rzucają mimochodem “Mamusia robi lepsze”. A żonę nosi.

    Choć bądźmy szczerzy, panowie - czy ktoś z Was dostał kiedyś kwiatka na Walentynki? Choć jednego, malutkiego? Nie musi być róża. Może być przywiędły, taki co się przedwczoraj nie sprzedał. No nie dostał. Czy robimy z tego dramat? Nie robimy.

    Po obiedzie i obejrzeniu skoków (a żonę nosi) wstaje ten dzielny, żeby nie powiedzieć szalony, człowiek i “Wychodzę” mówi. A żonę nosi. Nie tłumaczy się, dokąd idzie, bo jest dzielny (albo szalony). Dostojnym krokiem, w końcu ma jeszcze dwie godziny do zamknięcia kwiaciarni, udaje się w kierunku kwiaciarni. Wie przecież, że kwiaciarze takiej okazji nie przepuszczają i róże na pewno są jeszcze dostępne w różnych rozmiarach i kolorach.

W tym momencie przenosimy narrację na pierwszą osobę. Taki chłyt stylowy.

    Tym łatwiej mi było te wszystkie szalone i dzielne przedsięwzięcia po powrocie z pracy przeprowadzić, że moja żona była jeszcze w pracy. W zasadzie więc ryzykowałem niewiele. Ale się liczy. A talerz rzuciłem sobie sam, bo po wyjęciu z mikrofali był gorący. Jak one to robią, że ich nie parzy? Moja żona mówi, że za każdym dowcipem coś się kryje. Może coś jest w tym dowcipie o piekle?

    Dostojnym krokiem zmierzam więc w kierunku pobliskiej kwiaciarni (przy czym ‘pobliskiej’ jest tu bardzo umowne, wg mojej miary odległości to jest ‘łooo rany, aż do przystanku trzeba iść?). Z daleka już z niepokojem dostrzegam, choć wzrok już dawno nie sokoli, że kwiaciarze w tym roku nie doszacowali popytu. Mogą być problemy. Tym bardziej, iż dostrzegam idącego równie dostojnym krokiem z naprzeciwka innego dzielnego wojownika, który się żonom nie kłaniał. Nasze spojrzenia się spotykają, wytrzymuję, nie zwalniamy kroku. Nonszalancko udajemy, że kwiaciarnia absolutnie nie jest w naszym spektrum zainteresowań. Wymiękł pierwszy. Lekko, dla niewprawnego oka niemal niezauważalnie, przyspieszył kroku i zmienił azymut kierując się bezczelnie niemal prosto na kwiaciarnię. Nie mogłem tego zignorować i najbardziej nonszalanckim szybkim krokiem, którego jeszcze nie da się nazwać biegiem, skierowałem się prosto na kwiaciarnię. Widząc, że nie wygra, zmienił taktykę. Rzucił mi wyzwanie bezpośrednie. Ruszył wprost na mnie po drodze zdejmując czapkę i formując ją do postaci kulistej nadającej się jako broń miotana. Ruszyłem, ciągle jeszcze nie biegnąc, wprost na niego po drodze rozwijając szalik i przywiązując na jego końcach rękawiczki. Wyszkolonym przez lata w wojsku ruchem uniknąłem rzuconej w moją twarz czapki, a wychodząc z uniku rzuciłem w jego stronę bola zrobione z szalika i rękawiczek. Nie całkiem jeszcze po złamaniu sprawna prawa ręka niestety się nie popisała i trafiłem tylko połowicznie, w jedną nogę. To jednak wystarczyło aby go spowolnić. Dotarłem do okienka kilka sekund przed nim, ciągnącym za sobą mój szalik. Triumfalnie rzuciłem w czeluść okienka - “Róże poproszę”, “Ile?” - padło z czeluści. “Wszystkie” - odpowiedziałem jednocześnie nonszalancko w stronę czeluści i hardo w stronę pokonanego przeciwnika, ugruntowując swoją bezsprzeczną dominację. “Zośka, zapakuj obie” - padło z czeluści. Zadrżałem. Poziom niedoszacowania popytu przez kwiaciarzy był druzgocący. “Obie? I to wszystko? Cóż, pozostanie zgrywać twardziela do końca, nawet gdy żona już wróci do domu.” - pomyślałem. I wtedy zobaczyłem jego. Pokonanego przeciwnika. Nie płakał. Faceci nie płaczą. Ale w oczach widać było jakąś pustkę, beznadzieję. Nie! Przecież to facet, towarzysz w niedoli, nie można go tak zostawić! Nie jego wina, że trafił na mnie, nie jego wina, że kwiaciarze niedoszacowali. Nie godzi się kamrata w potrzebie zostawić. Rozwinąłem papier i dałem mu jedną różę. Nie dziękował. Nie musiał. W tym momencie braterstwa dusz rozumieliśmy się bez słów. I bez słów odwróciliśmy się od siebie i odeszli. On w kierunku zachodzącego słońca. Ja w kierunku wschodzącego księżyca.

Wracamy do narracji trzecioosobowej.

A włosy rozwiewał im popołudniowy wiatr.

środa, 9 lutego 2022

Pizza pantoflana

    Wg nonsensopedii (https://nonsa.pl/wiki/Kalendarz_%C5%9Bwi%C4%85t_nietypowych) dzisiaj Międzynarodowy Dzień Pizzy oraz jednocześnie Dzień Pantoflarza. Panowie zatem biegniecie po pracy po pizzę, którą oferujecie wybrankom swego serca w ramach romantycznej kolacji. I niech to będzie wyłącznie wasza samodzielna, męska decyzja.
    
    Bo wiecie jak nie zostać pantoflarzem? Nie wiecie? To wam powiem. Wystarczy wykonywać polecenia żony zanim żona zdąży je wyartykułować. Wtedy są to wasze męskie decyzje. Bo kto wam zabroniA podjąć męską decyzję o spontanicznym odkurzeniu całego mieszkania? Albo męską decyzję o natychmiastowym umyciu naczyń w zlewie? Nikt nam nie będzie mówił co mamy robić.
    
    Swoją drogą dzień pizzy jest międzynarodowy a dzień pantoflarza nie. Znaczy polski tylko? Pantoflarze innych krajów mają swoje dni w innych terminach? Tak nie może być! Pantoflarze wszystkich krajów łączcie się!