Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 maja 2024

O spokoju świętym niedoczekanym

         To, że kobiety są z Reptilusa a mężczyźni z Ziemi to wiemy, tak? Przypomnę tylko: prysznic - wrzątek, kran - wrzątek. Co jest zrozumiałe. Jak się pochodzi od zmiennocieplnych gadów to trzeba jakoś temperaturę ciała utrzymać. My, mężczyźni, pochodzimy od ssaków, temperaturę wewnętrzną utrzymujemy sobie sami. A dziewczyny wrzątek, solarium, plaża. A żeby tę swoją potrzebę dogrzewania zamaskować, to dziewczyny wykształciły zdolność do błyskawicznego opalania się na brązowo. Co nie tylko ładnie wygląda odwracając naszą uwagę od ich pochodzenia, ale przy okazji pozwala udawać, że one się tu tylko opalają a nie ratują swoje życie.

         Ale dzisiaj nie o ich, kobiet pochodzeniu. Dzisiaj o ich, kobiet, nieumiejętności nicnierobienia. Trochę niechcący miałem długi weekend. Myślałby kto - plaża (ja oczywiście w cieniu, dziewczyny oczywiście nie, bo, przypominam, temperatury trzeba nałapać), ciepła woda, zimne piwo. Jednakże kto ma żonę (dziewczynę / narzeczoną / kochankę) ten wie, że kobiety nie potrafią korzystać z dni wolnych. 5 dni wolnego! Ileż to można ponicnierobić, ileż poodpoczywać, ileż na hamaku poleżeć! Ale nie. Trzeba coś robić. Ja mam taką osobistą teorię, że one, te nasze dziewczyny generalnie kochane istoty, nie umieją patrzeć jak się relaksujemy. No nie może być tak, żeby facet siedział 5 dni i nic nie robił. Jeszcze mu głupoty do głowy zaczną przychodzić. A głupio go ot tak do roboty zagonić. I głupio ochrzaniać, że nic nie robi jak sama nic nie robi. To weźmie i sobie robotę znajdzie. Bo jak ona robi to i chłop będzie musiał. Albo się sam domyśli, że ma się do jakiejś roboty zabrać, albo mu niewiasta coś znajdzie. Ze swej strony zalecam jednak znalezienie sobie czegoś samemu. Wprawdzie nie całkiem to pozwala zleceń uniknąć, ale przynajmniej na jakiś czas można się zamknąć w garażu i udawać, że się czyści narzędzia. Nieuniknienie nadejdą jednak zlecenia nieuniknione: "trawa taka wysoka, skosić by trzeba", "huśtawka dawno nie malowana", "gdzie z tą farbą, zeszlifować najpierw trzeba", "kory nowej trzeba kupić ze 40 worków", "ziółka podlej", "szyszki wyzbieraj", "pod magnoliami trzeba pograbić". Inwencja ich jest niezmierzona. Genetycznie nie cierpią jak facet po prostu nic nie robi.

         W związku z czym z rozkoszą wróciłem w poniedziałek do pracy. Ostatni raz się dałem nabrać na długi weekend. W przyszłości, jakoś tak czuję, będę miał w długie weekendy mnóstwo pracy w pracy.

sobota, 12 sierpnia 2023

algoRYTM

     Jacek (czyli ja, podobno pisanie o sobie w trzeciej osobie da się jakoś zdiagnozować) był wczoraj na firmowym piwie z frytkami. W pubie, który kiedyś służył do wypadów na piwo i frytki bez zagrożenia tańcem. Piwo i frytki są ciągle, natomiast pojawiły się tańce do muzyki na żywo. Już kieliszki do wina porozstawiane na wszystkich stolikach powinny wzbudzić Jackowe podejrzenia, ale nie wzbudziły. To pewnie z przepracowania i pragnienia.

    No więc jak zaczęli grać to się nie dało porozmawiać i chcąc nie chcąc człowiek popatrzył na ludzi tańczących. Znacie skecz 'Typy tancerzy' kabaretu Hrabi? Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=vSaOp-Wn5WA . No więc wszyscy byli na parkiecie. Wszystkie typy plus kilka, o których Aśka nie wspomniała. Był gość rzucający się jak ryba wyciągnięta z wody. Jacek nie wiedział, że facet może się zginać w takich miejscach. Tańczył przed stolikiem z niewiastami (ten facet, nie Jacek przecież). Niewiasty miały miny, jakby wolały być akurat w Muzeum Ziemi Podlaskiej z Bożydarem ( https://www.youtube.com/watch?v=M1eO0DVCIRk , część 2 jest zaraz potem). Był taki co miotał laską jak szatan. Jacek wiedział, że dziewczyny się zginają w więcej miejscach niż faceci, ale chyba nawet ta biedna dziewczyna nie miała pojęcia, że aż w tylu. Jednakowoż przeżyła. Sprawiedliwości trzeba oddać, że było na parkiecie ze trzech facetów, którzy taniec ogarniali. No są wyjątki, dziewczyny, przy odrobinie cierpliwości można trafić. Aśka nie wspomniała w skeczu o jeszcze jednym typie tancerza. Niezbyt często spotykanym, ale po kilku piwach (programiści mają słabe głowy) co mniej zdziczali owi programiści czasem dają się na parkiet porwać. Sami się raczej nie rzucają znając swoje niedoskonałości w tym temacie. Znaczy programiści, jako umysły generalnie raczej ścisłe, ogarniają takie tematy jak rytm. Gorzej, że potem próbują to w tańcu przełożyć na algoRYTM. A to łatwe nie jest, bo każda kończyna to oddzielny task, ale jednak trzeba je jakoś synchronizować. A to wszystko w czasie rzeczywistym. No i jeszcze dochodzi głowa. Trzeba pamiętać, żeby nie patrzeć na nogi (co utrudnia sterowanie taskami kończyn dolnych), żeby nie patrzeć kobiecie, powiedzmy, na serce. W oczy patrzeć trza. No i widać było w oczach tych biednych ludzi, że procesor zajęty na 95%, reszta zasobów też prawie na wyczerpaniu. A jeszcze trzeba rozmawiać.

    Generalnie ewolucja z jakiegoś powodu uznała, że facet się ładnie ruszać nie musi. Co na parkiecie było widać. Oraz z jakiegoś również powodu uznała, że kobietom to się jednak przyda. Jakby naturalny dar miały. W większości.
   Dziewczyny, programista, choć spędza większość dnia w swojej norze i coś tam klika, to jednak też żywe stworzenie jest. Brać jak się trafi, nie grymasić, można trochę wychować i nauczyć nie bać się światła. Nie zabierać zbyt często na plażę, żeby nie straszyć ludzi i da radę z programisty wyhodować człowieka. I tylko w tańcu musicie się pogodzić, że nie pogadacie, bo procesor zajęty. Nawet czasem szturchnąć trzeba, bo o wzięciu oddechu może zapomnieć.

niedziela, 12 września 2021

Jak co roku...

Przypominam, że jutro Dzień Programisty. (Kto wie dlaczego akurat jutro, a czasem jednak 12. września?) Życzenia oraz darowizny (tylko okrągłe kwoty: 64,128,256 itd) przyjmuję w godzinach od 2^3 do 2^5-2^3.

wtorek, 30 października 2018

Suchar informatyczny #9

        Dawno, bardzo dawno, nie zaglądaliśmy w najmroczniejsze zakamarki mózgów najmroczniejszych przedstawicieli ludzkości - informatyków. (Dawno w ogóle tu nie zaglądaliśmy, ale na ten fakt opuszczamy dyskretnie zasłonę zapomnienia.) Zatem suchar informatyczny na dziś:

- Co zabiera informatyk na turniej rycerski?
- Kopię zapasową.

        Gratuluję poczucia humoru tym, którzy się przynajmniej lekko uśmiechnęli. Chwała Wam i alleluja. Dzięki Wam jest jeszcze nadzieja dla ludzkości. Dla pozostałych wyjaśnienie poniżej.

        Żart powyższy… owszem, niedowiarki, to żart, nawet dość zabawny… Otóż żart powyższy oparty jest swego rodzaju grze słów. Że niby w jednym zdaniu informatyk i turniej rycerski. Turniej rycerski, wiadomo, kojarzy się z zakutymi w blachę i ciężko uzbrojonymi wojownikami, którzy niejednemu smokowi niejeden łeb usiekli. Pod zbroją na sercu mają oni podwiązkę, lub inną część garderoby, wybranki swego serca. Wybranka często nie odwzajemnia uczucia rycerza, ale rycerz się nie przejmuje, gdyż rolą rycerza jest być zakochanym bez wzajemności, a mimo to walczyć w obronie czci owej wybranki. Rycerze zatem wyglądają groźnie i są groźni, gdyż mają wielkie miecze i siedzą na wielkich koniach.
        Natomiast z drugiej strony mamy dla odmiany informatyka. Informatyka z rycerzem łączą dwie rzeczy. Informatycy też są zakuci w zbroję, choć ograniczają się do zakutych łbów. I również jak rycerze skrycie i bez wzajemności kochają swoje wybranki. Taka zatem zabawna gra słów.

Co?
Że kopia zapasowa?
Nie wiem co robi kopia zapasowa w tym dowcipie. Niczego nie wnosi i nie jest to w ogóle zabawny dodatek.


piątek, 10 sierpnia 2018

Z racji jednakowoż...

        Z racji jednakowoż tegoż, iż częściej się odzywam na FB niż tutaj (chociaż tutaj nie zamierzam umrzeć całkowicie) i tamże kontakt ze mną można mieć szybszy, częstszy (częściejszy?) i bogato ilustrowany zdjęciami, to osoby, które o takimże kontakcie ze mną marzą od lat i nie śpią przez brak owegoż kontaktu po nocach, zapraszam do kontaktu prywatnego, to podam swoje FB-owe namiary. Jak również kontaktem prywatnym można wysłać mi namiary swoje, wtedy to ja będę zapraszał.

Wszyscy mają FB, wiem to doskonale. Choć niektórzy nieśmiali nie pod swoim nazwiskiem. Nie potępiam.

Zachęcam do pośpiechu, gdyż wkrótce wyjeżdżam na wakacje i relację tradycyjnie zamierzam prowadzić na bieżąco. A czasem uda mi się tam nawet wrzucić coś szczątkowo zabawnego.

sobota, 30 czerwca 2018

piątek, 13 kwietnia 2018

Z okazji piątku 13.


Jako że Jacek za nic ma przesądy i zabobony, to właśnie dziś postanowił podzielić się informacją. Jacek mianowicie zmienił pracę. Cieszycie się? ;-)

piątek, 23 marca 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Fuerteventura, część 1.

        Antwerpia Antwerpią, ale trzeba było ruszać dalej. Prawie 6 godzin lotu. Bez możliwości wyprostowania kolan. Bez możliwości rozłożenia oparcia fotela. Bez możliwości uniknięcia zabawy Wonder Woman. BTW nauczyłem Wonder Woman robić pompki, okazało się, że nie miała o tym najmniejszego pojęcia. Okazało się również, że istnieją tzw pompki dziewczęce, gdzie większość ciała cały czas leży na ziemi, a podnosi się w zasadzie tylko głowę. Pfff.

        Pierwszą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu w Puerto del Rosario jest to, że wyspa nie nazywa się Fuertaventura, jak sądziłem od wczesnych lat młodzieńczych, kiedy zaplanowałem sobie tam emeryturę. Wyspa nazywa się Fuerteventura. Błąd podobno tak powszechny, że używając poprawnej nazwy masz od razu +5 do szacunku u tubylców. Mogę się czasem pomylić, 30 lat warunkowania robi swoje, więc proszę mnie nie poprawiać, tylko nauczyć się poprawnej formy. Fuerteventura.
        Drugą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu jest to, że niebo nad Fuerteventurą wygląda tak:

Farfocle na niebie
        Zdjęcie prosto z aparatu, żadnych retuszów (poza oczywiście automatyczną korektą zrobioną przez aparat). Jak widać Fuerteventura jest przereklamowana. Miało być bezchmurne niebo, a widzimy co? Jakieś białe farfocle. Co to są te białe farfocle? Się grzecznie pytam. Czy ja płaciłem za jakieś białe farfocle? Czy ja po to leciałem 6 godzin z kolanami pod brodą w towarzystwie plastikowej Wonder Woman, żeby patrzeć na jakieś białe farfocle? Żądam usunięcia białych farfocli z mojego zdjęcia i z mojej pamięci.
        Gdy już myślisz, że nic gorszego cię, turysto, w życiu nie spotka pojawia się trzecia rzecz, jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu. Trzecia rzecz nazywa się Wałbrzych* i pojawia się jak tylko autobus transferowy opuści stolicę (tak, tam każda wyspa ma stolicę) i wygląda tak:

Wałbrzych
        No pardąsik, ale czy to jest krajobraz rajskiej wyspy? Czy tak wygląda miejsce, w którym mam spędzić 11 dni? Czy na pewno wylądowaliśmy na odpowiedniej wyspie? Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że marudzę i narzekam tylko w wyjątkowych okolicznościach. Limit narzekania i marudzenia na Fuerteventurze wyczerpałem w 2 godziny. 
Ale potem nadeszło to:

To
Właśnie tak powinien wyglądać ocean.
I to:

I to
Bo tak powinny wyglądać fale na oceanie.
I to:

I to
Bo tak się powinno siedzieć pod palmą z drinkiem i widokiem na niebieskie morze.
I to:

I to
Bo tak wygląda kawał plaży. Wielkiej plaży. Piasek i piasek.
I nie możemy zapomnieć o czym? O stopach informatyka na plaży:

Stopy informatyka (są tam, wierzcie mi) na plaży
Zaprzeczam niniejszym plotkom, że leciałem taki kawał drogi z podkulonymi kolanami i plastikową Wonder Woman i nawet się nie wykąpałem. Mam zdjęcie na dowód, że się w oceanie kąpałem:

Dowód
        Tak, to ocean, a nie jakaś lokalna kałuża. Z prostego powodu - na Fuerteventurze nie ma czegoś takiego jak lokalna kałuża. Deszcz pada tam może z 5 dni w roku. Nazywają to porą deszczową, zamykają sklepy i restauracje, chowają okulary przeciwsłoneczne do piwnicy, siedzą w oknach, gapią się bezrozumnym wzrokiem na deszczyk i popadają w depresję. Dobrze, że tylko 5 dni. Po tygodniu nie byłoby co z nich zbierać. Jak tam cokolwiek rośnie, zapytacie. Ano rośnie tylko tam, gdzie podlewają. Wodę biorą z oceanu, odsalają metodą odwróconej osmozy (jeśli dobrze zapamiętałem) i nadaje się do mycia i podlewania. Przy czym z myciem jest pewien problem, bo woda jest tak miękka, że trudno z siebie mydło zmyć. Wszystko jest podlewane. Miejsca zamieszkane przez ludzi są poprzecinane różnej średnicy rurkami gumowymi dostarczającymi wodę. Czy im w zimie nie zamarza? Nie zamarza. Przewodniczka powiedziała, że najniższa temperatura jakiej doznała przez ostatnie 10 lat to było -12°. To było tak niedorzeczne, że zamarzłem i nie zaprotestowałem. Bo tak naprawdę to było +12°. Dałbym radę takie zimy znosić.
        Owszem, są palmy. Potwierdzam i nawet się wylegiwałem pod. Moje kończyny to te zgrabne po lewej, dodam, żeby uniknąć pytań o to, gdzie kupiłem taki ładny lakier.

Palmy, drinki i widok
        Co bardziej uważni zauważą w tle plażę. Obrzydliwie niekolorową. Polskie plaże pełne są różnokolorowych parawanów porozkładanych w finezyjne wzory układające się, gdy popatrzeć z góry, w wielokolorowy dywan obejmujący całą powierzchnię plaży. Ale niech Was ten brak kolorów nie zmyli, niech nie prowadzi do błędnych wniosków**. Gdyż w temacie parawanów fuerteventuriańczycy się nie pierdolą. Po co rozkładać tysiąc małych, jak można walnąć jeden gigantyczny?

Janusz płakał jak zobaczył
        Ocean tam jest dziwny. Zasypiasz sobie spokojnie na leżaczku w cieniu, 30 metrów od wody, z drinkiem zamocowanym w wykopanym w piasku dołku. Budzisz się, bo zimna woda sięga ci do ja… bo woda zalewa nie tylko drinka ale i leżak. I nawet przez chwilę się rozglądałem, kto mi taki dowcip zrobił, ale okazało się, że wszystkim ktoś taki dowcip zrobił i nie było na kogo zwalić winy. Cóż poradzić na siły przyrody? Pójść na basen. 

Nad pięknym, modrym Dunajem
        Tu od razu prostuję - ten pan w środku to nie ja. Ja pilnuję żeby na zdjęciach zawsze mieć wciągnięty brzuch. Co mi przypomniało dowcip.

- Kiedy na plaży facetowi jest smutno?
- Jak mu żona mówi “wciągnij brzuch”, a on już wciągnął.

        Żona mojego kolegi nie jest tak okrutna i mówi do niego “Grzesiek, kontroluj się”. I proszę się, dziewczyny, trzymać tej wersji. Ok? Wtedy jest szansa na “żyli długo i szczęśliwie” zamiast na “koniec bajki”. ;-)


I tym optymistycznym akcentem kończymy część pierwszą i zapraszamy do kolejnej. Która pojawi się niewątpliwie wkrótce.***


-----------------------
* Przepraszam mieszkańców pięknego niewątpliwie Wałbrzycha, ale to było pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy. Musicie popracować nad PR.
** Podpowiadam błędny wniosek - jak nie ma kolorów to nie ma i parawanów.
*** Wkrótce to bardzo niezdefiniowany termin.

czwartek, 18 stycznia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 2.

        Zatem Antwerpia właściwa. Antwerpia właściwa składa się ze strony prawej, cywilizowanej, nadającej się do zamieszkania oraz lewej, dzikiej, nieprzyjaznej, porośniętej krzakami, w których mieszkają wilki. Czyli jak w Warszawie, tylko odwrotnie. W przeciwieństwie do Warszawy jednak, w Antwerpii do części dzikiej dostać się można nie mostem a tunelem. Jakieś 30 metrów w dół po schodach, potem pół kilometra pod ziemią i wodą i znowu 30 metrów w górę po schodach. Znam z opowieści tylko, gdyż jako człowiek rozsądny unikam miejsc, w których od milionów litrów wody dzieli mnie tylko belgijska myśl budowlana. A propos wody. Ichniejsza Wisła nazywa się Skalda i wygląda tak:

Taka tutejsza Wisła.
Zdjęcie zrobione z brzegu cywilizowanego. Jak się dobrze przyjrzeć na brzegu po drugiej stronie rzeki widać polujące wilki.

        Zwiedzanie Antwerpii rozpoczęliśmy od wniesienia walizek (bo to nigdy nie jest jedna walizka, nigdy) na drugie piętro bez windy. “Pff” - pomyślałby ktoś, kto nie był, nie widział i generalnie się nie zna. Gdyż schody w budynkach mieszkalnych w Antwerpii wyglądają tak:

Schody kręcone mocno.
        Po takich schodach bez walizki wchodzi się niezbyt komfortowo. Z walizką wchodzi się koszmarnie, Dla porównania na zdjęciu stopy Jacka na belgijskich schodach. Jak widać filigranowej postury Jacek zajmuje całą niemal szerokość schodów. Już schody na okrętach podwodnych dają większe pole manewru niż te tutaj. Osoby z lekką klaustrofobią lub chorobą morską (po dwóch piętrach chodzenia w kółko nieźle kręci się w głowie) proszone są o robienie przerw na półpiętrach. W tym akurat budynku była nawet winda. Właściwie to… Ej, jakie jest zdrobnienie od ‘winda’? Windusia? Windziunia? Gdyż to nie była winda, to raczej była windziunia. Za dowód niech posłuży informacja, że Jacek po ujrzeniu owej windy stwierdził, że jednak wejdzie po schodach. A kto mnie zna, ten wie, chodzenie po schodach nie jest moją pasją. Nic a nic. Nie zrobiłem zdjęcia wnętrza windziuni, bo musiałbym użyć trybu makro, a jeszcze nie umiem go używać.

        “Zaraz, zaraz...” - napadnie myśl kogoś dociekliwego, “jak oni mają tam takie mikroskopijne schodki, to jak oni wnoszą lodówkę na czwarte piętro?”. Odpowiadam:

W ostępach czają się dzikie podnośniki.
        “W tle, ukryty w gąszczu jednego z nielicznych w Antwerpii drzew, czai się samiec podnośnika. Jego organ dostawczy sterczy w całej okazałości. Wcześniej oznakował teren jaskrawą taśmą, aby podczas aktu dostarczania nie był niepokojony przez tubylców i turystów. Ten dorodny okaz bez problemu sięga do trzeciego piętra i bez trudu może dostarczyć za jednym razem ofiarę o wadze solidnej sofy. Na wysokości trzeciego piętra jego dzisiejszy cel, mieszkanie niczego niepodejrzewającego antwerpianina, gotowe do aktu, z oknem rozwartym na pełną szerokość. Tu widzimy mieszkanie z podgatunku planus fenestram mantis, czyli z oknem uchylnym do góry. Tereny Antwerpii zamieszkuje również nie mniej popularny podgatunek planus fenestram latus, czyli z oknem uchylnym na boki. Podnośniki równie chętnie krzyżują się z oboma podgatunkami.”
Czytała Krystyna Czubówna.

        Tak, moi mili i czcigodni, w Antwerpii meble dostarcza się przez okna. Po dostarczeniu idzie się na to z czego słynie Antwerpia - diamenty i czekoladę. Przy czym na diamenty możemy tylko popatrzeć przez szybę, natomiast na czekoladę również możemy tylko popatrzeć przez szybę. Dobra, żartuję. Na czekoladę można popatrzeć z bliska. Mają nawet muzeum czekolady. Eksponaty tak wyeksponowane, że domyślam się, iż muszą je co jakiś czas uzupełniać. Gdyż kto by się oparł i nie schrupał kawałka wiewióra? No kto? Warto było zapłacić 200€ kary. I można tam sobie tych czekoladek kupić, ale chyba diamenty wyszłyby taniej.

Wiewiór z wnętrznościami z czekolady.
        Co robi każdy uczciwy Polak po posiłku? Idzie do kościoła. Tako i my poszliśmy. Nie było lekko, gdy główna ulica w mieście wygląda jakby budowali pod nią metro po warszawsku:

Budowa pierwszej linii metra w Antwerpii.
        I tak podobno od lat i jeszcze przez lata. Ale nam, mieszkańcom wiecznego miasta, znaczy wiecznie rozkopanego miasta, takie widoki niegroźne. Przybylim, przedarlim się i zobaczylim. Pal licho kościół (choć wypasiony, muszę przyznać), ale ten witraż. Trochę się chyba trzeba było przy nim napracować. Szukałem tam na dole napisu “Made in China”, ale nie było.

Witraż nie Made in China.
        Za to w okolicy była cała chińska dzielnica. Powiadam Wam, przekraczacie bramę i jesteście w Chinach. Wprawdzie nie ma wielkiego muru, tylko mury pobliskich budynków, ale po zamknięciu oczu słychać i czuć Chiny. I jak piszę, że słychać i czuć, to to nie jest metafora, alegoria ani onomatopeja.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy.
        W temacie schodów Antwerpia zadziwia raz jeszcze. Gdzieś w okolicy centrum, znaczy takiego ichniego placu targowego, mają bydynek. A przy budynku schody. I jak żałują schodów w budynkach mieszkalnych, tak tu nie żałowali.

Schody. Więcej schodów. Na dach.
        Możesz sobie, dostojny kliencie wybrać. Schody krótkie, średnio długie i najdłuższe. A wszystkie prowadzące na dach. Nie wiem co jest na dachu, bo jako znany miłośnik schodów nie mogłem się zdecydować, którymi wejść, więc nie wszedłem wcale.

        Nie mam lęku wysokości, gdyż - jak mawiają mądrzy ludzie (a konkretnie to Pratchett w jednej z części Świata Dysku) - to nie wysokość zabija tylko grunt. Mam zatem lęk gruntu. Zatem zdjęcia z wysokości mogą być nieostre i źle wykadrowane, bo ciężko się robi z zamkniętymi oczami. Z dołu to wyglądało tak:

Widok z dołu.
        Nie wiem czy zdjęcie odpowiednio przerażająco oddaje skalę przedsięwzięcia, ale w wagoniku mieści się 6 osób, to sobie dowyobrażajcie. A z góry to wygląda tak (nie wiem co widzicie, bo nie widziałem co robię):

Widok z góry. Chyba.
        Największą jednak atrakcją w Antwerpii w czerwcu był niepozorny turysta z Warszawy. Paparazzi tłoczyli się wokół tak bardzo, że na zdjęciu można policzyć nie tylko ile Jacek ma oczu, ale również ile ma siwych włosów na brodzie.

Przypadkowy turysta z Polski.
Antwerpia, jak i cała Belgia, słyną ze swoich piw. Ale żeby przeprowadzić porządną degustację, to trzeba tam pojechać na trzy tygodnie, a nie na trzy dni. Zatem następnym razem. 
PS. A poprzedni post był postem numer 300. A nikt mi nie powiedział i taka okazja do świętowania nam przeszła koło nosa.

czwartek, 7 grudnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 1

        Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii nie jest znalezienie biletu w cenie niezwalającej z nóg. Nie jest otrzymanie urlopu w terminie niekolidującym z zakupionym biletem. Nie jest nawet przekonanie dwóch niewiast, że jedna walizka na tydzień całkowicie im wystarczy. Jak również dopilnowanie, aby nie próbowały przemycić trzeciej, bo “ale tylko taka malutka, prawie się na podręczny zmieści”. Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii jest dostanie się tam z lotniska. W porównaniu z lotniskiem w Charleroi (czy jakoś tak) lotnisko warszawskie znajduje się w ścisłym centrum miasta. Nawet modlińskie jest dwa rzuty beretem od centrum. Tam się jedzie prawie półtorej godziny. Przy dobrym wietrze. Bez deszczu. Poza godzinami szczytu. Mam dowód.

Mówiłem, że półtorej godziny? Mówiłem.


        Z Warszawy do Belgii - półtorej godziny, z lotniska do Antwerpii - półtorej godziny. W sumie i tak lajcik. W Szwajcarii z lotniska jedzie się 3 godziny pociągiem, a cena biletu przyprawia co słabszych o czkawkę.
        Niemniej dolecieliśmy. Pierwsze co się widzi na lotnisku to wszechobecne plakaty reklamowe Pairi Daiza. Takie ichni ogród zoologiczny. Prawie jak warszawski, tylko 50 razy większy, droższy i bardziej wypasiony. Zaprawdę powiadam Wam - przygotujcie wygodne buty, sporo €, dzien wolnego i koniecznie musicie odwiedzić. Mają tam nawet polski akcent.
Polski akcent.
Poza polskim mają również akcenty:

tajski…
Akcent tajski.

Tygrys biały w akcencie tajskim.
afrykański…
Afryka dzika.

Lemur. Po francusku - le murr.

Wujek Stefan. Obok tamtejsze gołębie.
antarktydzki (z unikalnym zdjęciem latającego pingwina)…
Unikalne zdjęcie pingwina, który zapomniał, że ma udawać nielota.

grzybowo - leśny…
Grzyby. Nie znam się, ale wyglądają na jakieś lewe.

Ładne drzewko. Albo krzak.
...oraz chiński, na którym zatrzymamy się dłużej. W akcencie chińskim atrakcją nieodmawialną stał się gabinet pedicurystyczny doktora Yu. Rolę pedicurzystek pełnią w nim wygłodniałe, małe rybki. Udostępnia im się kończyny dolne a one przystępują do pracy. Lub nie, jak widać na poniższym obrazku.
Przypadkowy turysta z Polski.
A tutaj chwilę później gdy dowiedziały się, że jestem znanym i poczytnym blogerem z Polski o międzynarodowej niemalże sławie. Nie dość, że przypłynęły wszystkie, to jeszcze dały znać koleżankom z sąsiednich zbiorników. Ech, sława.
Międzynarodowej sławy bloger i podróżnik z Polski.

        Teren jest gigantyczny, cały dzień spokojnie można rezerwować. Jest gdzie zjeść, jest gdzie odpocząć, lemury łażą luzem, dla znudzonych lub zmęczonych jeździ kolejka parowa. Całość podzielona na strefy tematyczne, z tematycznymi restauracjami. Na szczęście w każdej sprzedawali frytki.


        Uff, zmęczyłem się tym łażeniem. Na dzisiaj starczy, reszta w przyszłości. A przyszłość, jak wiadomo, jest nieokreślona. Mam na myśli taką ogólną przyszłość, nie jakieś konkretne drobiazgi. W konkretnych sytuacjach może być określona. Np jak zrzucam szklankę ze stołu na betonową podłogę to ona z pewnością się stłucze (dla upierdliwych - to normalna szklanka a nie jakaś pancerna, wysokość stołu tradycyjna a nie dla krasnali, nikt szklanki nie łapie po drodze, beton naprawdę jest betonowy). Jak kopnę małym palcem w szafkę to bez wątpienia będzie mnie ten mały palec bolał. Jak wydam 30 zł na kupony lotto to niewątpliwie będzie to stracone 30 zł. I tak dalej. Zatem kiedyś w przyszłości nastąpi część 2. O Antwerpii właściwej.

A teraz idę kupować prezenty. (Znaczy odpalam sklepy internetowe i kupuję. Czy ktoś jeszcze robi zakupy na żywo?)

wtorek, 28 listopada 2017

Suchar informatyczny #8

        Witajcie nadobni. Po długiej nieobecności witamy ponownie suchara informatycznego. Numer bodajże 8.

"Żona do męża informatyka:
- Poznajesz człowieka na fotografii?
- Tak
- Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola."

        I to ma być podobno zabawny, krótki dowcip o informatykach. Że niby nawet nie pamięta jak jego własne dziecko wygląda. Tymczasem ileż pozytywnych i przeczących stereotypom informacji niesie powyższy tzw suchar.

        Po pierwsze: wspomniany sucharowy informatyk ma żonę. Co obala stereotyp, że informatycy nie umieją się obchodzić z kobietami. Jak widać umieją. I te żony nawet czasem do informatyków mówią. Co oznacza, że wiedzą, że informatycy umieją słuchać. A czyż umiejętność umiejętnego słuchania nie jest umiejętnością najbardziej przez kobiety wśród mężczyzn pożądaną?* Ileż pozytywnych informacji w jednym, krótkim zdaniu.

        Po drugie: wspomniany sucharowy informatyk, pomimo wątpliwości małżonki, rozpoznaje bez najmniejszych wątpliwości przedstawioną na zdjęciu osobę. Jak się później okazuje - dziecko, choć nie można wykluczyć, że nie jego**. Jednakowoż bez wahania i rozważania licznych możliwych implikacji odpowiada zdecydowanie ‘TAK’.

        Po trzecie: wspomniana żona nie boi się przekazać mu pod chwilową opiekę najcenniejszej rzeczy jaką posiadają żony - dziecka. Czyż ten objaw nieprawdopodobnego zaufania nie świadczy o szacunku jakim cieszy się informatyczny lud?

        Ale, jak mówi stare przysłowie pszczół, nie ma róży bez ognia. Do kogóż bowiem zwraca się sucharowa żona? Do informatyka. A informatycy jak działają? Algorytmicznie***. A co widzimy w sucharze? Algorytm, owszem, ale niedokończony. Informatyk odbierze dziecko z przedszkola o 15 (choć bądźmy szczerzy - 16 to dużo lepsza liczba****) i zakończy działanie. I tak będą stać z tym dzieckiem przed przedszkolem, bo się biednemu informatykowi program skończył. Zatem dziewczyny, precyzyjnie się wyrażamy, tak? No. Czyli co powinno być po “Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola.”?


* Co jest oczywiste biorąc pod uwagę, że legendarną umiejętnością kobiet jest nieumiarkowane mówienie.
** Suchar nie mówi wprost, że dziecko zostało zainstalowane przez owego informatyka. Może być pozostałością po poprzednim systemie operacyjnym. Niemniej rozpoznał? Rozpoznał. A jeśli to nie jego to nawet większa mu chwała.
*** Patrz jeden z poprzednich sucharów o tym jak zająć informatyka. Też zresztą nietrafionym.
**** Kto wie dlaczego 16 to lepsza liczba niż 15 niech podniesie rękę i naciśnie przycisk.

środa, 7 czerwca 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Szwajcaria, część 2

Część kolejna niniejszym następuje nieubłaganie.

         A propos wina. Nie zwiedziłem oczywiście całej Szwajcarii (choć - bądźmy szczerzy - pieszo zajęłoby to góra dwa dni, ale też - bądźmy szczerzy - byłoby to w większości pod górkę), tylko kawałek jednego kantonu. To taki ichniejszy odpowiednik naszego województwa o wielkości naszego powiatu. Valais. I otóż w tym Valais wina nie są szwajcarskie. Są z Valais (bo nie wiem jak to spolszczyć - walizyjskie? walezyjskie?). Taki lokalny patriotyzm. No i w kwestii win walezyjczycy mają hopla absolutnego. Produkują ze 130 gatunków. Nie miałem pojęcia, że oni tam w ogóle produkują wino. Bo do produkcji wina potrzebne jest co? Winnice. A winnice kojarzą się z czym? Z dużymi płaskimi terenami. No więc walezyjczycy udowadniają, że winnice i duże płaskie tereny to zbędny luksus. I muszę im przyznać, że w temacie wykorzystania powierzchni niekoniecznie płaskich do uprawy winorośli są absolutnymi mistrzami. Masz ogródek 5x5 metrów? W sam raz na 25 krzaczków. Pas zieleni między torami a autostradą? Zmieści się 5 rzędów. Prawie pionowa góra za domem? Zrobi się tarasy i kilka krzaczków się zmieści. Krzaki winogron rosną wszędzie, gdzie da się wjechać, wejść, podskoczyć lub wspiąć. Czyli wszędzie.

         A propos cen. Ceny jak w Polsce. Tyle, że we frankach. Dla zachowanie zdrowego samopoczucia przestajesz przeliczać po pierwszych zakupach. Bo więcej nie chodzisz na zakupy. Pomijając autostrady. Winieta na wszystkie autostrady na cały rok kosztuje 40 franków. Tyle co u nas jeden wyjazd do niemieckiej granicy i z powrotem. I to po przeliczeniu. Nie wiem jak to ogarniają, że im się opłaca, ale ogarniają. A kara za brak winiety to 100 franków i koszt winiety. Za to nieustąpienie pieszemu na przejściu to już 250 franków. Szwajcarzy za kierownicą zatrzymują się przed każdym przejściem, jeśli w zasięgu wzroku znajduje się choć jedna osoba. Taki styl jazdy naraża polskich pasażerów na opłaty za używanie w pojeździe słów nieprzyzwoitych. A w Polsce taki styl jazdy powoduje, że szwajcarski kierowca zostaje bardzo szybko zapoznany przez polskich kierowców z całym arsenałem serdecznych pozdrowień.

         A propos banków. Z czego słynie Szwajcaria? (pominąwszy wino) Szwajcaria słynie z banków. Czego więc spodziewamy się na każdym rogu? Banków. Czego jednak nie ujrzymy na każdym rogu? Banków. Gdyż banki są u nich tak dobrze ukryte, że w ogóle nie rzucają się w oczy. (chyba, że wszystkie mają siedziby w Genewie i na prowincję się nie ruszają) I te niewidoczne banki pożyczają Szwajcarom pieniądze na - uwaga - 1,5%. Jeśli na 10 lat, bo jak na pięć to oprocentowanie jest niższe jeszcze o ⅓. Aż grzech w takich warunkach płacić za cokolwiek gotówką. Ale płatności zbliżeniowych to chyba jeszcze nie odkryli, ha! Polska górą!

         A propos jeszcze autostrad. Szwajcaria mocno promuje jeżdżenie własnym samochodem (vide roczna winieta w cenie 40 franków). Bo już przejażdżka pociągiem po Szwajcarii wychodzi drożej niż lot z Polski do Szwajcarii. Nie wiem ile tam kosztuje wynajęcie samochodu, ale nie mogę wykluczyć, że taniej byłoby jechać wynajętym samochodem niż pociągiem. Natomiast po mieście spacerując można pojazdy spotkać dziwne. Taki np żółty samochodzik, który sam jeździ po mieście. Zaprojektowany przez Szwajcara na pewno, bo na widok przechodnia w zasięgu wzroku zatrzymuje się i czeka. Tylko dla bardzo się nie spieszących.



Albo to małe, zielone coś? Ktoś ma pojęcie co to za pojazd?

    Dziwny ten kraj, upchnięty między górami. Od lat w pokoju, ale przygotowany na wojnę. Demokracja nie jest tam pustym słowem a referenda odbywają się na prawo i lewo. Wiecie, że Szwajcarzy zagłosowali w referendum przeciwko wprowadzeniu płacy minimalnej? Dziwny kraj. I drogi. I górzysty. Ale uporządkowany. I logiczny. I jakiś taki spokojny.


I mają tam kanton, który nazywa się Gryzonia :-)


No i plaża, nie plaża, ślad informatyka trzeba pozostawić. Ślad informatyka na górze wygląda tak:


Koniec.

czwartek, 1 czerwca 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Szwajcaria, część 1

- To Wenus - powiedział Jacek.
- To Mars - odpowiedział buńczucznie młodociany członek zagranicznej rodziny.
- To ratrak na stoku - pogodził nas ojciec młodocianego członka zagranicznej rodziny.

        Siedząc w styczniu o 20-ej po szyję w wodzie o temperaturze 60°C przy temperaturze powietrza -5°C spojrzeliśmy w górę jeszcze raz. Jakieś 60° w górę. Bo w Szwajcarii żeby zobaczyć niebo trzeba patrzeć co najmniej 60° w górę. Jak w "Żandarmie w Nowym Jorku", tyle że zamiast na drapacze chmur patrzysz na las gór.

       
        A propos języków. Dziwny ten kraj, w którym jeśli nie uważałeś w szkole, to możesz nie dogadać się z sąsiadami. Bo ty mówisz po francusku, a sąsiad po niemiecku. Albo po włosku. Albo po staro-cerkiewno-romańsku czy jakoś tak. 4 oficjalne języki urzędowe w jednym, nie tak znowu wielkim kraju. To tak, jakby jadąc w polskie góry musielibyście się uczyć się gadać po góralsku, a jadąc nad polskie morze - uczyć się gadać po morsku. Pojęcia nie mam jak, ale oni się dogadują. A ponieważ w szkołach uczą ich także języka obcego, więc że Szwajcarem dogadacie się po francusku, niemiecku albo w języku obcym, czyli po angielsku. A z Polakami to czasem i po polsku łatwo nie jest.

        A propos nart. Dziwny ten naród, który ma obsesję na punkcie nart. Tam na nartach jeżdżą wszyscy, którzy są w stanie samodzielnie ustać na nogach. Biedne ich dzieci nie mają przerwy świątecznej, w której - jak inne cywilizowane dzieci - mogłyby pograć na kompie albo pooglądać telewizję. Nie, biedne szwajcarskie dzieci w czasie przerwy świątecznej muszą jeździć na nartach. Rano autobus zabiera płaczących i zaspanych 5-latków i wywozi ich na górę (wjazd na górę sam w sobie jest interesującym przeżyciem), gdzie przez cały dzień o chlebie tylko i wodzie te biedne dzieci jeżdżą na nartach. I jak piszę 'jeżdżą' to dokładnie to mam na myśli. 5-latki śmigają na nartach, 3-latki spokojnie szusują (czy jak tam się to nazywa), między nimi przelatują ichniejsi gimnazjaliści. Biedne dzieciaki tak brutalnie pozbawione zabawy przed komputerem czy telewizorem.

        A propos wyjazdu na górę (co samo w sobie jest interesującym przeżyciem). Góra cała zamieniona w kombinat narciarski ma wysokość jakieś 2,5 km. Czyli jakieś 2 km ponad doliną, z której się wyjeżdża. W poziomie przemieszczasz się 2 km i w pionie 2 km. Jadąc slalomem. Mając po jednej stronie prawie pionową ścianę w górę, a po drugiej stronie prawie pionową ścianę w dół. Wiecie jak Szwajcar sprawdza czy zasługujecie na to, żeby napić się z nim szwajcarskiego wina? (wina to temat na oddzielny akapit) Daje wam swój samochód, nawigację i wysyła na górę. Dla ułatwienia nawigacja gada po francusku a odległości podane są w milach. 2 km w górę slalomem nad przepaścią samochodem, którym nigdy w życiu nie jechaliście. Jemu wjazd zajmuje 20 minut. Ja wjechałem po dwóch godzinach. A kiedyś ponoć chcieli tylko żeby im przynieść głowę smoka. Chyba bym wolał. Gdyż ten jeden wjazd kosztował mnie 3 kg wagi i mnóstwo siwych włosów. A jeszcze trzeba było zjechać. Zjechałem i wieczorem braki w wadze uzupełniliśmy winem.


A część kolejna nastąpi wkrótce nieubłaganie.

piątek, 28 kwietnia 2017

Suchar informatyczny #7

        W poprzednim odcinku pasjonującej podróży przez zakamarki mętnych umysłów informatyków dowiedzieliśmy się jak i jakiej dziewczyny szukają informatycy. Wielkich wymagań, jak się okazuje, nie mają. W tym odcinku mieliśmy zahaczyć o sferę SF, czyli poruszyć temat niemal niespotykany. Zatem.

Suchar informatyczny na dziś:

“Jak informatyk rzuca dziewczynę?
SHIFT + DELETE”

        Magiczna ta kombinacja klawiszy powoduje usunięcie pliku bez przenoszenia go do kosza. Trzeba powiedzieć, że wspomniany w powyższym sucharze informatyk poczyna sobie dość nonszalancko. Odważnie nawet. Żeby nie powiedzieć - heroicznie. Bowiem usuwanie bez przenoszenia do kosza znacząco podnosi poziom trudności związany z odzyskaniem takiego pliku. Standardowy informatyk rzuca dziewczynę naciskając po prostu DELETE, co powoduje umieszczenie dziewczyny w koszu. Co z kolei zapewnia informatykowi miłe poczucie satysfakcji, że jak chce to owszem może rzucić, dzielny jest, zero desperacji i już. Jak również miłe poczucie komfortu, że gdyby się jednak stęsknił to szybko może ją sobie sprowadzić z powrotem. Informatyk sucharowy poczyna sobie śmiało, bo od razu chlast, bez kosza, nie ma powrotu, adieu, orrewuar, doswidanja, żegnaj, nawet łzy nie uronię, to było piękne 4 dni.

        Przy czym z tym “nie ma powrotu” to oczywiście nie do końca prawda. Sprawny informatyk potrafi odzyskać dziewczynę nawet jeśli wyrzucił ją nonszalancko, odważnie, żeby nie powiedzieć - heroicznie. Sprawny informatyk ma narzędzia do odzyskiwania plików, które pospolity korzystacz z komputera uznał za skasowane. Więc szanowni pospolici korzystacze z komputera - nigdy przenigdy pod żadnym pozorem nie dajcie swoich dysków sprawnym informatykom. Zwłaszcza jeśli jesteście młodą, ładną korzystaczką i zdarzyło się Wam trzymać na dysku niecałkowicie ubrane fotki ;-)

piątek, 31 marca 2017

Suchar informatyczny #6

Suchar informatyczny na dziś:

"- Jakie są idealne wymiary kobiety informatyka?
- 1680x1050."

Komentarz dla nie-informatyków.
        W starodawnych czasach, u zarania epoki internetowej nikt nie myślał o oglądaniu filmów w internecie, wielu natomiast myślało o oglądaniu obrazków. Monitory były wtedy grubsze niż szersze, ciężkie jak diabli i miały standardową rozdzielczość 1024x768 pikseli. Zatem w takiej lub mniejszej rozdzielczości były kobiety informatyków. W jaki sposób kobiety mają rozdzielczość? - zapytacie o nieuświadomieni. Otóż częściowo wyjaśnieniem tego tajemniczego, choć powszechnego w tych starodawnych czasach zjawiska może być popularny w kręgach nieinformatycznych pogląd, iż informatyk to taka pierdoła nieżyciowa, że prawdziwej kobiety nie znajdzie nigdy. Zadowolić się zatem musi kobietą elektroniczną w formacie jpg. Zazwyczaj w rozdzielczości standardowej czyli 1024x768.
        No ale Jacek, przecież jak byk napisane w sucharze, że 1680x1050 - powiecie. I dobrze powiecie. Rozmiar 1024x768 był rozmiarem standardowym, czyli pospolitym. Znacznie lepszym, żeby nie powiedzieć idealnym rozmiarem był 1680x1050. Ale drogie to było jak cholera.

        Dziękuję państwu za uwagę. W następnym odcinku dowiemy się jak informatyk rzuca dziewczynę. I byłoby to SF niemalże, bo jak już który prawdziwą by znalazł, to nie ma takiej siły, żeby sam rzucił, ale nie zapominajmy, że dziewczyny informatyków mają nie wysokość tylko rozdzielczość.

poniedziałek, 31 października 2016

Suchar informatyczny #5

Suchar informatyczny na dziś:

"Użytkownicy komputerów dzielą się na:
a) robiących kopie,
b) tych, co będą robić kopie."

Komentarz.
        A to, moi szanowni, w zasadzie nie jest suchar, ale prawda życiowa bazująca na przykrych doświadczeniach pokoleń użytkowników komputerów. Róbcie backup-y. Kiedyś w tym celu trzeba było nagrywać setki płyt. Teraz wystarczy tylko odpowiedzieć TAK na pytanie "czy chcesz aby Google miało dostęp do wszystkiego co napiszesz, sfotografujesz, zobaczysz lub pomyślisz oraz zachowywało wszystko w chmurze do ewentualnego wykorzystania?".

Dygresja.
        Swoją drogą btw, w przeróżnych opcjach backup-ów ciągle brakuje jednej. Najważniejszej. Znanej z niektórych powieści SF opcji backup-u samego siebie. Niekoniecznie postaci fizycznej. Mi osobiście wystarczy, jeśli uda się zachować gdzieś stan mojego umysłu. Póki jeszcze cokolwiek kojarzę.
        Pomyślcie. Zapisujecie się dzisiaj. Jutro rano przydarza się coś bardzo niefajnego, o czym chcecie zapomnieć. Zatem jutro wieczorem przywracacie się z kopii. Jesteście wprawdzie jeden dzień do tyłu za resztą ludzkości, ale przykre wspomnienie nigdy się nie pojawiło. "Ale przykre wspomnienia są częścią naszego życia" powiecie. "Bla, bla, bla" odpowiem. Są, bo nie mieliśmy wyjścia. Trzeba było sobie z nimi jakoś radzić, więc zracjonalizowaliśmy je i teraz są "elementem kształtującym naszą osobowość". Ja poproszę reset i rano wstaję świeżutki i radosny. Tylko poprzedni dzień nigdy się nie wydarzył.
        Albo opcja przywrócenia backup-u do innego ciała. Pomyślcie o możliwościach. Rano dzwoni budzik. Wstajecie, idziecie do przedpokoju, otwieracie szafę, włączacie Jacka numer dwa, wgrywacie mu poranną kopię i wysyłacie do pracy. Po czym wracacie do łóżka.Czy to nie wspaniała wizja?
        Albo potrzebujecie załatwić sprawę w urzędzie, a ta flądra zza okienka mówi, że się nie da. Wgrywacie się do młodego, 35-letniego ciała z włoskim akcentem, udajecie się ponownie do flądry zza okienka i jedziecie "ciao bella, jesteś tak piękna, że prawie Cię ti amo. Co taka bella kobieta robi w takim miejsce? Pozwól mnie porwać się na dancing, bella. Tylko mam tu jeden taki mały dokumentini, nie chcę sprawiać kłopot. och bella, zrobisz to od ręki? Wspaniale. Wspaniała." po czym z dokumentem odwracacie się do flądrelli i udajecie się do domu.
        Albo wgrywacie się do ciała dobrze zbudowanej blondynki i stajecie przed lustrem… A nie, to miało iść do innego wątku.
        Albo wgrywacie się do komputera połączonego z całym światem. W jednej chwili stają przed waszą cyfrową świadomością nieograniczone niczym innym, tylko wyobraźnią możliwości. Średniowieczny zamek? Pstryk. Polowanie na tyranozaura. Pstryk. Wyprawa do Alfa Centauri? Pstryk. Wszystko. Na jeden pstryk. Powiedzcie, że nie chcielibyście przynajmniej spróbować. Ja bym chciał.

Róbcie backup-y, nie wiadomo kiedy będą potrzebne.

piątek, 30 września 2016

Wieść gminna niesie...

        ...iż blog Jacka umarł. W wersji bardziej radykalnej - umarł sam Jacek i nie ma kto uśmiercić bloga. W szczególności wieści te roznoszone są przez mieszkanki kraju, który od wieków deklaruje neutralność we wszelkich konfliktach. A mnie tutaj nóż w plecy. Ale wspaniałomyślny jestem, wybaczam.

         Cóż Jacek porabiał, jak go nie było? Jacek porabiał wiele rzeczy. Ale głównie był na urlopie. Tak, znowu. Nad morzem. Polskim. Tak, znowu. A że Jacek, jako osoba piasku i wody morskiej unikająca, niewiele miał na plaży do roboty, to robił zdjęcia. Kto ma facebooka to już widział. Kto nie ma to zobaczy. W wersji extended edition. Zapraszamy zatem Państwa na fotoreportaż pod tytułem: “co na plaży robi informatyk?”.

A informatyk na plaży, przypomnę, wygląda tak:

Informatyk na plaży.jpg

         
        Dzień pierwszy. W którym Jacek z kobietami swego życia przybywa na plażę. Oraz odciska na tej plaży ślad swego żywota. Zagadka dla dociekliwych: na poniższym obrazku wskaż, który ślad to ślad jackowego żywota.

Jak stopy na piasku.jpg




        
        Dzień drugi. W którym Jacek dotyka piasku bosą stopą. Oraz poznaje rozkosze/męki (niepotrzebne skreślić) plażingu. I to bladym świtem, bo już o 11:45 zajmował tradycyjną pozycję półleżącą tyłem do słońca. Zadając sobie w myślach pytanie z tytułu: Elektryczne gitary - Co ty tutaj robisz.

Jacek piasek.jpg

Złota myśl: Urlop jest wtedy, gdy nie usuwasz budzika z 5:45 żeby móc wyłączyć go rano i z dziką rozkoszą pójść dalej spać.
Odwiedziny Jacka na plaży polubiło 11733 komary.

Komar.jpg

Wróć. 11732 komary.

Po południu dnia drugiego Jacek, zmęczony wielogodzinnym plażingiem, udał się do miejscowości okolicznej.

Panna Jurata (Judyta).jpg

        W miejscowości okolicznej jedna laska na fontannie udawała rzeźbę trzymającą w dłoni kostkę masła. Zajęcie bardzo popularne w miejscowościach wypoczynkowych i w stolicy na Starówce. Tej trzeba przyznać, że skubana niezła jest. Jacek pół godziny nie mrugnął żeby ją chociaż na mrugnięciu przyłapać i nic. Nawet nie drgnęła.
        Wieczorową porą Jacek odwiedził plażę ponownie, aby upewnić się ze smutkiem, że ona ciągle tam jest. I dziwne tam mają chmury. Czym oni je karmią? Na zdjęciu: odrzutowy słoń.

Odrzutowy słoń.jpg

      
        Dzień trzeci. W którym Jacek podziwia okoliczności przyrody... (A okoliczności przyrody to oni tam mają piękne. I nawet taki malkontent jak Jacek nie może powiedzieć, że nie.)

Jacek podziwia okoliczności przyrody.jpg
Okoliczności przyrody.jpg
Okoliczności przyrody 2.jpg

...oraz bierze teren bezpański w posiadanie.
“Na mocy prawa parawaningu, paragraf 5, punkt 3 - niniejszym biorę tę ziemię w posiadanie.”

Prawo parawaningu.jpg

         
        Dzień czwarty. W którym morze postanawia obmyć szlachetne stopy Jacka.

Stopy w morzu.jpg
 
A złośliwi dodali: “Bałtyk Południowy oficjalnie ogłoszony strefą skażenia biologicznego nieznanego pochodzenia. Na powierzchni dryfują tysiące trucheł morskich stworzeń. Rząd Najświętszej Rzeczypospolitej powołał komisję w celu zbadania sprawy. Niestety gigantyczne uposażenia komisarzy ludowych stały się kroplą, która przegięła pałę goryczy i doprowadziła do zapaści systemu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej.”

Z cyklu: Poranki z modą na plażę.
Doskonała kompozycja wrzosowej (czytaj: jasny fioletowy) barwy gustownego płaszcza przeciwsłonecznego (czytaj: ręcznika) doskonale komponuje się z gradientowym (czytaj: taki kolor co się zmienia) niebieskim kolorem markowych okularów Polarized Prius CE.
Model: Jacek.
Fotograf: JacekPhotography.
Makijaż: własny modela.

Profilowe.jpg

        Komentarz znaleziony w lokalnej gazecie o wielomilionowym nakładzie: “Stylizacja, która wygrała konkurs mody plażowej imponuje świeżością i awangardowością. W połączeniu ze szlachetnym obliczem modela wyznacza nowe trendy. Nadciąga nowa era.”

         
        Dzień piąty. W którym Jacek anonimowo wybrał się na Hel. Nie mylić z Hell, dokąd chętnie wysłałoby Jacka kilka osób.Niestety został rozpoznany przez ludność tubylczą, która to ludność tubylcza z okazji odwiedzin Jacka postanowiła urządzić paradę i festyn. Oraz obdarować go kluczami do miasta. Oraz przez aklamację mianować burmistrzem. Niestety musiałem odmówić, obowiązki plażowe wzywają. Na zdjęciu: jakiś dziwny traktor.

Dziwny traktor.jpg

        Oraz, na specjalne życzenie prezydenta Obamy, wpadliśmy na chwilę z wizytą do tajnego ośrodka szkoleniowego amerykańskich sił specjalnych SEALs. Największe wrażenie zrobił szef tego ośrodka o swojskim pseudonimie Bubas.

SEALs.jpg

         
        Dzień szósty. W którym Jace zażywa relaksu. Co dziwne, na plaży. Gdyż odkrył, iż całkiem niedaleko, całkiem niedrogo mają takie doskonale chroniące przed palącym słońcem Kalifornii... wróć, rozmarzyłem się... przed palącym słońcem Juraty kosze plażowe. W dodatku z dostępem do szlachetnego trunku.

Kosz.jpg

       
        Dzień siódmy. W którym Jacek zarządza koniec plażowania i rusza na podbój oceanów. Drżyj Neptunie. (tu jakiś dramatyczny dżingiel) (albo demoniczny śmiech)

ocean.jpg

        Dzień siódmy późnym wieczorem. Przemyślenia. Jedzie człowiek 450 km żeby uniknąć sąsiada walącego w ścianę, gdy się ów człowiek zagada przy winie ze znajomymi. I co wspomniany człowiek zastaje na miejscu? Sąsiada walącego w ścianę, gdy się ów człowiek zagada przy winie ze znajomymi. Oni jakiś klub mają czy coś?

       
        Dzień ósmy. W którym Jacek po podbiciu oceanu ze skruchą wraca na plażę. Kobieta kazała i spojrzała groźnie. Jest usprawiedliwiony. Plaża niemalże pusta. Z nudów od niechcenia buduje budowlę, którą miejscowa ludność za jakiś czas uzna za cud architektury oraz miejsce święte.

14124900_655733991245117_7770254097182595793_o.jpg

        Jak w każdej starożytnej budowli, tak i w tej kryje się zagadka. Co roku, 28 sierpnia, o godzinie 17:33 na murach po zacienionej stronie ukazuje się inskrypcja następującej treści:

        "Niestrudzony wędrowcze, choć miejsce to wydaje Ci się spokojne i bezpieczne, nie odkładaj swego telefonu ani na chwilę. Wciąż krążą tu bowiem duchy nieszczęśników, którzy nie wykazali się odpowiednią dozą przenikliwości. Albowiem skoro tu wkroczyłeś zagadkę rozwiązać musisz. Nic bzdurnego w stylu 'co rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?'. Nie, do rozwiązania mojej zagadki nie trzeba używać koszmarnych i mocno naciąganych metafor. Wystarczy elementarna znajomość fizyki oraz zdrowy rozsądek. Zastanów się dobrze wędrowcze, albowiem prawidłowa odpowiedź zapewni Ci wdzięczność smoka, a po udzieleniu odpowiedzi błędnej zostaniesz pożarty przez księżniczkę. Czy jesteś gotów, wędrowcze? To pytanie kurtuazyjne, gdyż wyjścia stąd są tylko dwa: albo na grzbiecie smoka albo przez żołądek królewny.

Zagadka zatem:
Widzisz przed sobą, wędrowcze, trzy wieże. Wieże te, jak widzisz, pozbawione są okien. W jednej mieszka smok. W drugiej księżniczka. I widzisz, wędrowcze, przed sobą trzy przyciski. Jeden włącza żarówki u smoka, drugi u księżniczki. Zadaniem Twoim jest odgadnąć, który przycisk włącza żarówki w środkowej wieży. Bardzo ładne żarówki. Będzie Ci potem dane wejść, dotknąć i podziwiać kunszt starożytnych mistrzów. A potem, w zależności od Twojej odpowiedzi, spotkasz się że smokiem lub z księżniczką. Przy czym to drugie spotkanie będzie raczej krótkie. Możesz używać przycisków do woli, gdy jednak otworzysz drzwi do środkowej wieży i zajrzyj do środka, musisz udzielić odpowiedzi. Jaka zatem jest Twoja odpowiedź, wędrowcze?
"

        
        Dzień ostatni. W którym Jacek porzuca zatęchłe, nadmorskie powietrze i wraca w znajome warszawskie strony. Po zamku, rozdeptanym przez tubylców podczas składania darów, pozostały tylko mokre zgliszcza.

14195458_656190824532767_6019461305423822507_o.jpg
 
“Przybyliśmy, zwyciężyliśmy, morze pokonało nasz zamek” - pomyślał skromnie, odwrócił się i powoli ruszył w kierunku zachodzącego słońca. Nie odwrócił się, nie spojrzał po raz ostatni. Chłopaki nie płaczą.

----------------------------------
Ha! Zdążyłem we wrześniu!