Pokazywanie postów oznaczonych etykietą równouprawnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą równouprawnienie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 listopada 2023

Pan sędź

W dobie galopującej tzw. poprawności politycznej (a moim zdaniem dość często po prostu głupoty) interesująca będzie próba stworzenia feminatywu od stanowiska sędziego. 'Sędzia' to w sumie już feminatyw. Teraz trzeba zrobić z tego feminatyw dla feministek. Przypominam, że sędzina to żona sędziego. Zakładam również, że trudno będzie przekonać sędziów do zmiany z 'sędzia' na np 'sędź' lub 'sądź', żeby zwolnić 'sędzia' dla płci przeciwnej (poprawność polityczna wymagałaby oddzielnej wersji dla każdej z licznych płci).
Czy do przełknięcia będzie 'ten sędzia' i 'ta sędzia' gdy 'ten minister' i 'ta minister' były dla niektórych za trudne?
Jakieś propozycje?
Najlepsze nagrodzę nagrodem.

sobota, 30 kwietnia 2022

O męża bezużyteczności

Będąc z żoną na zakupach otrzymałem arcyważne zadanie, któremu podołać może tylko dzielny i odpowiedzialny mąż. Mianowicie otrzymałem polecenie udania się do kasy, odstania w kolejce i zapłacenia za jej - żony i zadaniodawczyni - zakupy. Wręczono mi torbiszcze z zakupami i polecono iść. "Ależ kochanie, żono ma ostatnia, jednakowoż nie przydzieliłaś mi środków na realizację zadania." Wręczono mi więc kartę debetową. "Ale kochanie, żono najmilsza, azaliż jak mam zapłacić pinu do karty nie znając?". "Mężu najdroższy, upierdliwy nieco i niedomyślny bardzo, gdyż miałeś okazję prezent mi zrobić, PIN to data naszego ślubu" - odpowiedziała żona ma ostatnia i najmilsza i oddaliła się w kierunku kolejnego stoiska.
"No to mi pomogła..." - pomyślałem ja, mąż najdroższy, upierdliwy nieco.

poniedziałek, 14 lutego 2022

Międzynarodowy Dzień Poświęcenia Róż i Innych Kwiatów

    Dzień dzisiejszy roboczo nazwałem Międzynarodowym Dniem Poświęcenia Róż i Innych Kwiatów. Tysiące i miliony tych biednych istot idą pod nóż, żeby tysiące i miliony mężczyzn tego świata mogło nie podpaść wybrankom swego serca. Nie czas jednak żałować róż, gdy unikają podpadania mężczyźni. W dniu tym co roku mężczyźni wyruszają na tradycyjną pielgrzymkę do… wiem co Wam przychodzi do głowy i jakżesz jesteście w błędzie, bo nie do najbliższego pubu, o nie… pielgrzymkę do najbliższej kwiaciarni. Gdyż kilka nie całkiem jeszcze martwych róż znacząco podnosi prawdopodobieństwo niepodpadnięcia. Kobiety mają łatwiej. Im do niepodpadnięcia wystarczy wstążeczka i już. My natomiast, my musimy walczyć. Ale o tym za chwilę.

    Generalnie wojowników (bo jak walka to i wojownik, któż zaprzeczy?) walczących o róże, niczym kierownictwo Ordo Iuris o cnoty niewieście (podpowiadam: dużo hałasu, ale z niekoniecznie dobrym skutkiem), podzielić można na dwie grupy.

    Grupa pierwsza załatwia zakupy kwiatowe w drodze z pracy i wręcza te kwiaty już od progu mieszkania anonsując swoje przybycie szelestem rozwijanego papieru. Wychodzą oni z założenia, że rach ciach, trzeba to załatwić szybko i po bólu. Ta grupa to mięczaki. Nawet jeśli musieli odstać w kolejce po swoją porcję nie całkiem jeszcze martwych roślin, to nie musieli o nie stoczyć pojedynku o honor i niepodpadnięcie. Nie musieli, bo o tej porze kwiaciarnie przygotowane na inwazję jeszcze dysponują różami, tudzież innymi kwiatami. Dla wszystkich w kolejce starczy, wystarczy poczekać. Mięczaki.

    Grupa druga z kolei, to wojowie z górnej półki. Oni nie stoją w kolejce, nie krzyczą piskliwym głosem “Proszę zostawić kilka dla nas”, “Limit jakiś wprowadzić, po 5 na głowę”, “My też mamy żony”. Oni wracają po pracy do domu, do żony, która przez cały dzień ma dzisiaj tylko jedno w głowie - “Ile mi w tym roku róż przyniesie?” (tylko róże wchodzą w grę, inne rośliny pozwolą tylko złagodzić wyrok, ale nie anulują podpadnięcia), “Żeby się tylko nie wygłupił z żółtymi jak w zeszłym roku, przecież każdy wie, że żółte to zdrada”. (WTF???). Wraca do domu ten samiec alfa, wojownik dzielny, predator chciałoby się powiedzieć i jak gdyby nigdy nic rzuca od niechcenia na powitanie - “Co na obiad?”. Ignoruje wyniośle, że talerz ze schabowym został właściwie przed nim rzucony, a nie postawiony. Co bardziej odważni zjadłszy (imiesłów przysłówkowy uprzedni, współczuję tym, którzy muszą to wiedzieć) rzucają mimochodem “Mamusia robi lepsze”. A żonę nosi.

    Choć bądźmy szczerzy, panowie - czy ktoś z Was dostał kiedyś kwiatka na Walentynki? Choć jednego, malutkiego? Nie musi być róża. Może być przywiędły, taki co się przedwczoraj nie sprzedał. No nie dostał. Czy robimy z tego dramat? Nie robimy.

    Po obiedzie i obejrzeniu skoków (a żonę nosi) wstaje ten dzielny, żeby nie powiedzieć szalony, człowiek i “Wychodzę” mówi. A żonę nosi. Nie tłumaczy się, dokąd idzie, bo jest dzielny (albo szalony). Dostojnym krokiem, w końcu ma jeszcze dwie godziny do zamknięcia kwiaciarni, udaje się w kierunku kwiaciarni. Wie przecież, że kwiaciarze takiej okazji nie przepuszczają i róże na pewno są jeszcze dostępne w różnych rozmiarach i kolorach.

W tym momencie przenosimy narrację na pierwszą osobę. Taki chłyt stylowy.

    Tym łatwiej mi było te wszystkie szalone i dzielne przedsięwzięcia po powrocie z pracy przeprowadzić, że moja żona była jeszcze w pracy. W zasadzie więc ryzykowałem niewiele. Ale się liczy. A talerz rzuciłem sobie sam, bo po wyjęciu z mikrofali był gorący. Jak one to robią, że ich nie parzy? Moja żona mówi, że za każdym dowcipem coś się kryje. Może coś jest w tym dowcipie o piekle?

    Dostojnym krokiem zmierzam więc w kierunku pobliskiej kwiaciarni (przy czym ‘pobliskiej’ jest tu bardzo umowne, wg mojej miary odległości to jest ‘łooo rany, aż do przystanku trzeba iść?). Z daleka już z niepokojem dostrzegam, choć wzrok już dawno nie sokoli, że kwiaciarze w tym roku nie doszacowali popytu. Mogą być problemy. Tym bardziej, iż dostrzegam idącego równie dostojnym krokiem z naprzeciwka innego dzielnego wojownika, który się żonom nie kłaniał. Nasze spojrzenia się spotykają, wytrzymuję, nie zwalniamy kroku. Nonszalancko udajemy, że kwiaciarnia absolutnie nie jest w naszym spektrum zainteresowań. Wymiękł pierwszy. Lekko, dla niewprawnego oka niemal niezauważalnie, przyspieszył kroku i zmienił azymut kierując się bezczelnie niemal prosto na kwiaciarnię. Nie mogłem tego zignorować i najbardziej nonszalanckim szybkim krokiem, którego jeszcze nie da się nazwać biegiem, skierowałem się prosto na kwiaciarnię. Widząc, że nie wygra, zmienił taktykę. Rzucił mi wyzwanie bezpośrednie. Ruszył wprost na mnie po drodze zdejmując czapkę i formując ją do postaci kulistej nadającej się jako broń miotana. Ruszyłem, ciągle jeszcze nie biegnąc, wprost na niego po drodze rozwijając szalik i przywiązując na jego końcach rękawiczki. Wyszkolonym przez lata w wojsku ruchem uniknąłem rzuconej w moją twarz czapki, a wychodząc z uniku rzuciłem w jego stronę bola zrobione z szalika i rękawiczek. Nie całkiem jeszcze po złamaniu sprawna prawa ręka niestety się nie popisała i trafiłem tylko połowicznie, w jedną nogę. To jednak wystarczyło aby go spowolnić. Dotarłem do okienka kilka sekund przed nim, ciągnącym za sobą mój szalik. Triumfalnie rzuciłem w czeluść okienka - “Róże poproszę”, “Ile?” - padło z czeluści. “Wszystkie” - odpowiedziałem jednocześnie nonszalancko w stronę czeluści i hardo w stronę pokonanego przeciwnika, ugruntowując swoją bezsprzeczną dominację. “Zośka, zapakuj obie” - padło z czeluści. Zadrżałem. Poziom niedoszacowania popytu przez kwiaciarzy był druzgocący. “Obie? I to wszystko? Cóż, pozostanie zgrywać twardziela do końca, nawet gdy żona już wróci do domu.” - pomyślałem. I wtedy zobaczyłem jego. Pokonanego przeciwnika. Nie płakał. Faceci nie płaczą. Ale w oczach widać było jakąś pustkę, beznadzieję. Nie! Przecież to facet, towarzysz w niedoli, nie można go tak zostawić! Nie jego wina, że trafił na mnie, nie jego wina, że kwiaciarze niedoszacowali. Nie godzi się kamrata w potrzebie zostawić. Rozwinąłem papier i dałem mu jedną różę. Nie dziękował. Nie musiał. W tym momencie braterstwa dusz rozumieliśmy się bez słów. I bez słów odwróciliśmy się od siebie i odeszli. On w kierunku zachodzącego słońca. Ja w kierunku wschodzącego księżyca.

Wracamy do narracji trzecioosobowej.

A włosy rozwiewał im popołudniowy wiatr.

czwartek, 8 marca 2018

Oby Wam się

        Drogie Panie (oraz wszyscy pozostali identyfikujący się jako płeć żeńska), wybaczcie, że obudzi Was powiadomienie o tak nieludzko wczesnej porze. Z okazji Waszego Święta życzę Wam dobrego życia i dobrych ludzi w otoczeniu. Oczywiście na co dzień, nie tylko dzisiaj. Na dzisiaj natomiast życzę dużo cierpliwości w przyjmowaniu marnej jakości życzeń od Waszych znajomych płci przeciwnej ;-)

piątek, 22 września 2017

Dlaczego to jest zabawne?





...zapytano na jednej ze stron na Facebooku i dołączając obrazek, który pozwalam sobie również zamieścić (autorstwo: @nieladnierysuje).



Otóż to nie jest zabawne w ogóle. Wyjaśniam dlaczego.

        Niezabawny ów obrazek co pokazuje? Widzimy anonimowego, zdehumanizowanego - tak, właśnie zdehumanizowanego, bo jak inaczej nazwać narysowanie go bez połowy ciała, a zwłaszcza głowy? - mężczyznę puszczanego z torbami... z torbą właściwie, gdyż nie ma powodu aby sądzić, że ma więcej niż jedną torbę. Postawa owego nieszczęśnika sugeruje, iż stracił wszelką nadzieję. Po miesiącach prób, jednostronnej walki o związek, cierpliwego znoszenia żartowania ze spraw poważnych, zaciskania zębów z powodu nieodkładania kluczy na miejsce i zajmowania jego jedynej półki w łazience poddał się. Odchodzi zabierając wszystko co mu pozostało - jedną torbę i brudne dżinsy. Ze smutkiem oznajmia zrezygnowany "- Odchodzę". Jednak nawet w takim momencie - poniżony, zrezygnowany, porzucony - potrafi zachować się z honorem, jak na mężczyznę przystało. Jego "- Odchodzę" nie jest zakończone kropką nienawiści. "Odchodzę, ale nie nienawidzę cię", "Odchodzę, ale pozostań w pokoju", "Odchodzę, kocham cię więc wypuszczam cię na wolność". Choć bądźmy szczerzy, większości z nas na usta w takiej sytuacji cisną się zgoła inne słowa.


        Zatem mamy z jednej strony opisanego powyżej mężczyznę. Co mamy z drugiej strony? Kobieta, nieanonimowa, bo narysowana cała. W przeciwieństwie do mężczyzny jej nie odebrano człowieczeństwa. Leży sobie wygodnie na miękkiej sofie, wsparta nonszalancko o jeszcze bardziej miękką poduchę. Kreująca się na intelektualistkę - "czytam sobie książkę i sprawy maluczkich tego świata mało mnie obchodzą". Patrzy wyniośle i przez rozchylone z pogardą usta mówi bez mrugnięcia okiem "- Dobra, idź.". Z kropką. "Dobra, idź, nienawiść". I nawet w takiej chwili nie może się powstrzymać od żartów z poważnych spraw. "A weźmiesz śmieci?" - nóż w serce tego biednego stojącego ze smutkiem w drzwiach człowieka. Gdyby gramatyka polska to dopuszczała to też byłoby z kropką nienawiści. Skąd tyle nienawiści, zapytacie, o niedomyślni. Z genów, moi drodzy. Nieprzypadkowo kobieta na obrazku jest ruda. A rude, wszyscy to przecież wiedzą, są wredne i fałszywe. A ta jest ruda do szpiku kości i aby to podkreślić autor rysunku również brwi wyraźnie namalował na rudo.


        To nie jest zabawne w ogóle, gdy ruda do szpiku kości kobieta żartuje sobie podle z wrażliwego do szpiku kości mężczyzny.





Uwaga, powyższy komentarz ma być z założenia komentarzem humorystyczno-ironicznym i nie ma obrażać kobiet ani mężczyzn, bez względu na ich płeć, kolor włosów, ulubioną literaturę, wyznanie lub jego brak, ulubioną pozycję na miękkiej sofie, liczbę toreb zabieranych przy odchodzeniu, sprawy uważane przez nich za poważne oraz używanie kropki nienawiści lub nie. Oraz ze wszystkich innych. Przy czym należy uwzględnić fakt, że czasem moje komentarze są humorystyczne i ironiczne tylko dla mnie.

piątek, 22 lipca 2016

Suchar informatyczny #4

"Złota myśl informatyka:
Dziewczyny są dla frajerów, którzy nie potrafią sobie ściągnąć pornosa z netu".

        Jakżesz krzywdzący, och jak krzywdzący stereotyp (i całkowicie, w przeciwieństwie do stereotypów np. o kobietach, fałszywy) został w powyższym sucharze przedstawiony. Gdyż jakie albowiem informacje niesie ze sobą ów tekst? Objaśnię pokrótce.

Informacja pierwsza:
        Informatyk nie potrafi sobie znaleźć dziewczyny. Żywej znaczy. Dlaczego to bzdura? Aby zweryfikować dowolne twierdzenie (fachowo nazywa się to falsyfikacją i jest podstawą metody naukowej, każda poważna teoria naukowa musi być falsyfikowalna), bierzemy owo twierdzenie - tutaj: informatyk nie potrafi znaleźć sobie żywej dziewczyny - i sprawdzamy, czy postawiona w nim teza jest prawdziwa. Tutaj uwaga, będzie podstępnie. Nawet 1000 informatyków bez dziewczyn nie dowodzi prawdziwości postawionej tezy, ale wystarczy jeden przykład informatyka z dziewczyną, aby teza okazała się nieprawdziwa. Znam osobiście dwóch… wróć… nawet trzech informatyków wyposażonych w kobiety. I nie zawaham się ich użyć, jeśli będzie trzeba. Teza obalona.
        Czego nas to nauczyło? Ano nauczyło nas, aby tez nie formułować tak bezwzględnie. Bo spróbujcie obalić taką tezę: Większość informatyków nie potrafi sobie znaleźć dziewczyny. Ciągle do obalenia, ale ileż więcej roboty wymaga. Trzeba by najpierw sprecyzować definicję informatyka (osoba wymieniająca toner w drukarce NIE jest informatykiem), znaleźć wszystkich informatyków, podzielić ich na informatyków posiadających (brzydkie słowo, ale w tym kontekście powinno być zrozumiałe) i nieposiadających dziewczyny, poradzić sobie jakoś z informatykami-dziewczynami (choć niektórzy uważają to za oksymoron), policzyć obie grupy i mieć nadzieję, że różnica między jednymi a drugimi będzie istotnie większa od błędu. Kupa roboty. Precyzja, moi drodzy, nie zawsze wychodzi nam na dobre. Generalnie się sprawdza, ale czasem trzeba być czujny.

Informacja druga:
        Informatyk potrafi ściągnąć pornosa z netu. To akurat prawda. Ale prawda wyrwana z kontekstu i stawiająca informatyków w złym świetle. Informatyk bowiem, jako istota światła, wszechstronnie technicznie wykształcona, potrafi ściągnąć z netu nie tylko pornosa, ale i ebooka z Kamasutrą, najnowszy film produkcji jakiegoś niszowego irańskiego reżysera, śmieszne obrazki z kotami, instalkę Windows 10 w formacie ISO, horoskop dla koziorożca na rok 2017 i transkrypcję rozmowy księdza Stanisława z panią Zofią ze Starachowic prowadzoną wczoraj o 3 w nocy w radiu Maryja. Informatyk, szanowni, jest takim waszym proxy (poproście znajomego informatyka to Wam wytłumaczy) do świata komputerów, internetu, systemów operacyjnych, nowoczesnych telewizorów i do tego, że macie w domu internet w telefonie, telewizorze, tablecie, komputerze, lodówce, klimatyzacji, pralce. No.

Informacja trzecia:
        Zamiast żywej dziewczyny informatyk woli dziewczynę z pornosa. To akurat teza niefalsyfikowalna, ponieważ została źle sformułowana. Jeśli informatyk konkretny to należałoby podać, o którego chodzi. Jeśli informatyk ogólnie, liczba pojedyncza, ale jako personifikacja anonimowej rzeszy informatyków, oznaczająca wszystkich, to znowu wystarczy jeden dowód przeczący tezie, aby ją obalić. A już wcześniej podałem, że znam dwóch… wróć… trzech informatyków wyposażonych w dziewczyny. Czepialscy mogliby powiedzieć, że fakt, iż informatycy, o których mówię posiadają dziewczyny nie oznacza jeszcze, iż owi informatycy wolą żywe dziewczyny od internetowych. Uwaga jak najbardziej słuszna. I choć nie ma podstaw, aby tak twierdzić, to jednak aby uspokoić czepialskich zapytałem znanych mi informatyków wyposażonych w dziewczyny, czy wolą dziewczyny żywe czy internetowe.

Krzysiek:
        Nie, no, żywe oczywiście. Można z nią pogadać, pójść na spacer przy księżycu, kupić kwiaty i zabrać na randkę. A z taką ściągniętą to przecież nie pogada. No popatrzeć owszem można, ale ileż można się gapić, jak ona ciągle w jednej pozycji leży. No i kolegom raczej trudno ją zaprezentować. Bo jak tylko zaprezentujesz, to zaraz też ściągną i też się będą gapić. I słyszysz potem "aaa, znam, miałem ją w zeszłym roku". Stanowczo żywe.

Darek:
        Ale Ty poważnie pytasz? A, czepialskim w internecie chcesz coś udowodnić. Bez sensu, przecież w internecie jeszcze nikt nikogo nie przekonał. Tam się nie idzie kogoś przekonywać do swojej racji, tylko udowadniać, że ktoś nie ma racji. Nara stary.

Jacek:
        Stary, w ogóle nie rozumiem pytania. Mam żywą, miałem mnóstwo ściągniętych, mam więc porównanie i wiem, że nie ma żadnego porównania. Ze ściągniętą żadnych kłopotów. Jedyne czego wymaga to parę megabajtów miejsca na dysku. Nie ma problemu, że wracasz późno. Nie marudzi, że masz inne. Możesz ją wyświetlić kiedy zechcesz. Zamknąć kiedy zechcesz. Odpalasz po miesiącu, w środku nocy, a ona chętna, umalowana i nie narzeka, że jest noc i musi rano wstać. A żywa? Żywą to do kina czasem trzeba zabrać, na kolację, jej rodziców odwiedzić, znosić koleżanki wpadające w odwiedziny, sterczeć godzinami przed sklepami z ciuchami, gdy ona przymierza 17-ą sukienkę, odpowiadać na podchwytliwe i absurdalne pytania "kochanie, buciki karmazynowe czy amarantowe". Co to, kurwa, jest amarantowy? Ej, nagrywasz to? Haha, żartowałem, stary, ale się dałeś nabrać. Oczywiście, że żywa. Z żywą to i do kina można pójść i na kolację. Można wpaść do jej rodziców napić się z teściem wina. Czasem wpadają jej koleżanki, to można pogadać o literaturze i sztuce. No i te urocze momenty kiedy ona pyta "kochanie, buciki te karmazynowe czy amarantowe", a ty, choć zastanawiasz się co to kurwa jest amarantowy, odpowiadasz z uśmiechem "amarantowe kochanie, świetnie się komponują z Twoją szminką". Bezapelacyjnie żywa. Kocham cię, Zosiu. Masz to?


        No i czego się, Jacek, czepiasz, przecież ten tekst nie musi dotyczyć informatyków - mógłby ktoś słusznie, wydawałoby się, zauważyć. Otóż niesłusznie. Pomimo, iż samo stwierdzenie "Dziewczyny są dla frajerów, którzy nie potrafią sobie ściągnąć pornosa z netu" jest sformułowane na tyle ogólnie, że może dotyczyć nie tylko informatyków, ale również frajerów innych zawodów, to już informacja, że to złota myśl informatyka jednoznacznie wskazuje, iż to właśnie informatycy obdarzeni są absolutną nieumiejętnością radzenia sobie z kobietami żywymi przy jednoczesnej fantastycznej umiejętności radzenia sobie z kobietami ściągniętymi z internetu. Stąd mój protest i wyjaśnienia oraz wniosek do Komisji Weneckiej, aby z urzędu zajęła się osobami szkalującymi w internecie dobre imię moje i przesiadujących ze mną w piwnicy kolegów.

piątek, 8 stycznia 2016

A jednak żyje



        Dochodzą mię słuchy, iż pojawiły się słuchy, iż blog ów ten umiera. Niniejszym dementuję owe kalumnie. Blog żyje i żył w swej zieloności będzie. Do samego końca. Mojego albo jego.

        Ja natomiast, jako osoba w wieku już podeszłym, tak, podeszłym, szukam miejsca na emeryturę. Takiego gdzie dziewczyny gorące (choć tylko popatrzeć już zostało), wino schłodzone (tego mi jeszcze nie odebrano), a temperatury znośne przez cały rok. No i w poszukiwaniach swych popatrzajta co znalazłem:

         Chlip. Aż się wzruszyłem. Wprawdzie nic nie piszą o dziewczynach i o winie, ale bądźmy szczerzy - dla nas, starych ludzi, liczy się najbardziej, żeby ogrzać gnaty. Od stycznia do grudnia temperatura pomiędzy 24 a 29 stopni. W nocy od 15 do 22 stopni. W wodzie od 19 do 23 stopni. A w Polsce w sierpniu bywało 9. Tak, gdzieś tam jest mój dom.



        Ach, bo mnie tu szturchają, żeby powiedzieć co w święta i jak Sylwester. Sylwester dziękuje, ma się dobrze, a w święta tradycyjnie odpoczywałem. Gdyż jako słabo wierzący wdzięczny jestem katolikom za te dodatkowe dni wolne w roku. I uważam, że w ramach równouprawnienia dni święte wszystkich religii powinny być wolnymi od pracy. Dlaczego mielibyśmy dyskryminować pastafarian (zarejestrowali ich w końcu?), dla których dniem świętym jest, o ile się nie mylę, piątek. Bardzo bym sobie cenił wolny piątek. Albo wyznawców boga kraba z jakiejś zapyziałej wysepki na Pacyfiku, którzy świętują każdy pierwszy tydzień po pełni księżyca. Albo dni święte pozostałych kilkuset religii, z których każda uważa się za jedyną prawdziwą, a swojego boga/bogów za wszechmocnego i wszystkowiedzącego. Tak, w tym temacie jestem za pełnym równouprawnieniem.

piątek, 25 września 2015

Jakie piękne święto :)

        Przypominam Paniom, że jutro jest Dzień Całowania Dziewczyn. Jeśli zatem macie faceta, który się niezbyt do całowania kwapi*, to proszę wydrukować kartkę z Kalendarza Świąt Nietypowych, podstawić mu tę kartkę** pod oczy i niech wtedy spróbuje znaleźć wymówkę.



* Po co Wam taki facet?
 ** W razie trudności z papierem, kartkę można zastąpić dekoltem.

poniedziałek, 9 marca 2015

A nie powiem

        Będę się dzisiaj użalał nad niesprawiedliwościami tego świata. Tym gorszymi, że powszechnie akceptowanymi, a na nielicznych mężczyzn, którzy jeszcze walczą patrzy się z nieukrywaną pogardą oraz odmawia im się miejsca przy stole i w łożu. Dobrze, że mamy jeszcze swoje miejsca w pubach, bo inaczej pogrążylibyśmy się w smutku i żalu. A może nawet lekkiej depresji. O przygnębieniu nie wspominając.

        Walentynki. Teoretycznie święto zakochanych, a praktycznie to facet musi załatwić kolację, prezent i kino. Nawet dla tych kobiet, które "nie obchodzą". Po jednej próbie nieobchodzenia mężczyzna uczy się, że "nie obchodzę" znaczy tak naprawdę "nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ale ma być kolacja, kino i prezent. Wiesz jaki. Pół roku temu, gdy byliśmy w centrum handlowym, pokazywałam ci pierścionek i mówiłam, że mi się podoba. Powinieneś zapamiętać." Pokażcie jednego faceta, którego to kobieta zabrała na kolację i do kina (prezenty lubimy robić sobie sami, tylko wtedy jest gwarancja, że będą nam się podobać). Już? To uwaga: "50 twarzy Greya" się nie liczy. I co? Zmalało do zera? We współczesnym świecie to faceci powinni domagać się równouprawnienia. Kobiety mają już dawno wszystko czego chciały. Rzekłem.

        Dzień Kobiet. Trudno kwestionować, że Dzień Kobiet to święto kobiet. Zapytajcie na ulicy dowolną osobę kiedy jest Dzień Kobiet. Wiedzą wszyscy. Dobra, może pomijając Tarzana, który po 20 latach wychowywania przez małpy wrócił właśnie do cywilizacji i dopiero uczy się kto to jest kobieta. Choć w sumie? My, wychowani w tej cywilizacji od plemnika, też ciągle uczymy się kto to jest kobieta. I ciągle nie możemy się nadziwić. Mniejsza o dygresje - wszyscy wiedzą. 8 marca. Bez najmniejszych wątpliwości. Od zawsze.
        Dzień Mężczyzn. Najpowszechniejszą odpowiedzią na zadane tym samym osobom pytanie "Kiedy wypada Dzień Mężczyzn?" będzie - "ke???". Nie tylko nie wiedzą kiedy. Nie tylko są zdziwieni, że nie wiedzą kiedy. Są zdziwieni, że w ogóle ktoś pyta o taką bzdurę. Nawet wikipedia jest zdziwiona:
        "W Polsce nie istnieje tradycja obchodzenia tego święta. Nie jest ono i nie było obchodzone. Niektóre media próbują jednak je wprowadzić od kilku lat, proponując datę 10 marca. Data nie jest przypadkowa: w tym dniu w polskim Kościele katolickim obchodzone jest wspomnienie 40 Świętych Męczenników z Sebasty (oficjalnie do 1969 roku). Prawdopodobnie lokalnie dzień ten świętowany był już przed 2000 rokiem w miejsce zniesionego wspomnienia męczenników."

        Dostrzegacie subtelną metaforę? Mężczyzna - męczennik. Metafora słuszna, ale ja nie o tym. Święto Kobiet istnieje odkąd pamiętam. Sugestia Święta Mężczyzn pojawiła się w 1999 roku i - cytując znowu wikipedię - Ingeborg Breines (dyrektorka programu Kobiety i Kultura Pokoju) powiedziała: "To doskonały pomysł i dałby jakąś równowagę płci." Dałby JAKĄŚ równowagę płci. JAKĄŚ! Nawet nie próbowała udawać, że chodzi o pełne równouprawnienie. "Rzucimy im jakiś ochłap i się na jakiś czas zamkną" - taki dymek widzę nad jej głową. I pomimo 16 lat od tej wiekopomnej decyzji na świecie nie dzieje się nic, aby dać nam - uciemiężonym mężczyznom, męczennikom - równouprawnienie.
        A termin? 10 marca. No proszę Was, przecież to kpina. To ja cały rok muszę pamiętać "8 marca, 8 marca, 8 marca - nie zapomnij, bo będzie zadyma". I nikt wcześniej nie przypomni. Budzi się człowiek rano i bach - 8 marca. I panika w oczach. A kobiety? 2 dni przed terminem dostają kwiaty, czekoladki, kolacje, prezenty i śmieci wyniesione bez szemrania. I tylko przez 2 dni - od 8-ego do 10-ego - muszą pamiętać, żeby kupić jakiś prezent. Przecież nie kwiaty. Cokolwiek. A jak będzie marudził to zatrzepotać rzęsami, uronić łzę i załkać "ja się tak starałam, a ty nie doceniasz, chlip". A jak to nie pomoże, to pokazać cycki. To działa zawsze. Jak broń ostateczna. 2 dni! My musimy pamiętać 363, a czasem nawet 364, a kobiety zawsze tylko 2. Czy to ma cokolwiek wspólnego z równouprawnieniem? Czy to chociaż stało w pobliżu równouprawnienia? Czy przechodziło obok księgarni, w której kiedyś mieli książkę o równouprawnieniu?


        Czy ktoś walczy w imieniu tych pozbawionych praw nieszczęśników? Czy ktoś domaga się, aby Dniu Mężczyzn towarzyszył taki sam show medialny jak Dniu Kobiet? Czy ktoś biega 10 marca po ulicach zadając przypadkowym kobietom pytanie "Czy już zrobiła pani niespodziankę swojemu mężczyźnie"? Czy "JUŻ", żeby nie było najmniejszych wątpliwości, że bez wątpliwości należy. Tak jak rano 8 marca biegali i pytali "Czy już pan zrobił niespodziankę swojej kobiecie?". Odpowiem - nikt nie biega.
        Dlatego ja, Jacek, samozwańczy obrońca męczenników, domagam się uroczyście, aby Dzień Mężczyzny obchodzić w 249 dniu roku, dokładnie 182 dni, dokładnie pół roku po Dniu Kobiet. Tak będzie uczciwie. Będą musiały pamiętać o naszym święcie 182 dni i nikt im o tym nie przypomni 2 dni wcześniej. Heroicznie zostawiam nam jeden dzień więcej pamiętania, czyli 183. Domagam się, albo z gołą klatą będę protestował przed Sejmem. Jak feministki mogą z gołymi cyckami tam protestować, to i ja mogę. A ostrzegam - przyjemny to widok nie będzie.