Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą programista. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 sierpnia 2023

algoRYTM

     Jacek (czyli ja, podobno pisanie o sobie w trzeciej osobie da się jakoś zdiagnozować) był wczoraj na firmowym piwie z frytkami. W pubie, który kiedyś służył do wypadów na piwo i frytki bez zagrożenia tańcem. Piwo i frytki są ciągle, natomiast pojawiły się tańce do muzyki na żywo. Już kieliszki do wina porozstawiane na wszystkich stolikach powinny wzbudzić Jackowe podejrzenia, ale nie wzbudziły. To pewnie z przepracowania i pragnienia.

    No więc jak zaczęli grać to się nie dało porozmawiać i chcąc nie chcąc człowiek popatrzył na ludzi tańczących. Znacie skecz 'Typy tancerzy' kabaretu Hrabi? Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=vSaOp-Wn5WA . No więc wszyscy byli na parkiecie. Wszystkie typy plus kilka, o których Aśka nie wspomniała. Był gość rzucający się jak ryba wyciągnięta z wody. Jacek nie wiedział, że facet może się zginać w takich miejscach. Tańczył przed stolikiem z niewiastami (ten facet, nie Jacek przecież). Niewiasty miały miny, jakby wolały być akurat w Muzeum Ziemi Podlaskiej z Bożydarem ( https://www.youtube.com/watch?v=M1eO0DVCIRk , część 2 jest zaraz potem). Był taki co miotał laską jak szatan. Jacek wiedział, że dziewczyny się zginają w więcej miejscach niż faceci, ale chyba nawet ta biedna dziewczyna nie miała pojęcia, że aż w tylu. Jednakowoż przeżyła. Sprawiedliwości trzeba oddać, że było na parkiecie ze trzech facetów, którzy taniec ogarniali. No są wyjątki, dziewczyny, przy odrobinie cierpliwości można trafić. Aśka nie wspomniała w skeczu o jeszcze jednym typie tancerza. Niezbyt często spotykanym, ale po kilku piwach (programiści mają słabe głowy) co mniej zdziczali owi programiści czasem dają się na parkiet porwać. Sami się raczej nie rzucają znając swoje niedoskonałości w tym temacie. Znaczy programiści, jako umysły generalnie raczej ścisłe, ogarniają takie tematy jak rytm. Gorzej, że potem próbują to w tańcu przełożyć na algoRYTM. A to łatwe nie jest, bo każda kończyna to oddzielny task, ale jednak trzeba je jakoś synchronizować. A to wszystko w czasie rzeczywistym. No i jeszcze dochodzi głowa. Trzeba pamiętać, żeby nie patrzeć na nogi (co utrudnia sterowanie taskami kończyn dolnych), żeby nie patrzeć kobiecie, powiedzmy, na serce. W oczy patrzeć trza. No i widać było w oczach tych biednych ludzi, że procesor zajęty na 95%, reszta zasobów też prawie na wyczerpaniu. A jeszcze trzeba rozmawiać.

    Generalnie ewolucja z jakiegoś powodu uznała, że facet się ładnie ruszać nie musi. Co na parkiecie było widać. Oraz z jakiegoś również powodu uznała, że kobietom to się jednak przyda. Jakby naturalny dar miały. W większości.
   Dziewczyny, programista, choć spędza większość dnia w swojej norze i coś tam klika, to jednak też żywe stworzenie jest. Brać jak się trafi, nie grymasić, można trochę wychować i nauczyć nie bać się światła. Nie zabierać zbyt często na plażę, żeby nie straszyć ludzi i da radę z programisty wyhodować człowieka. I tylko w tańcu musicie się pogodzić, że nie pogadacie, bo procesor zajęty. Nawet czasem szturchnąć trzeba, bo o wzięciu oddechu może zapomnieć.

poniedziałek, 25 lipca 2022

Góry nie są dla mięczaków

"Idziemy do cyrku!" - usłyszał pewnego dnia Jacek. Jacek nie jest wielbicielem cyrków, bo nie lubi klaunów i przetrzymywania zwierząt w podłych warunkach. Ale że ostatnio był tylko w Cirque de Soleil a tam zwierząt nie było to się nawet ucieszył. Radość jego zmąciło tylko wspomnienie cennika w Cirque de Soleil, ale trudno, żyje się raz, czasem trzeba pójść co cyrku. Zwłaszcza, że "Idziemy do cyrku" w ogóle nie niosło w sobie intonacji pytającej. Nic a nic. Więc Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca uznał, że jeśli nie pytanie to rozkaz. A z rozkazami się nie dyskutuje. Co nie znaczy, że z pytaniami można. Pytania w wojsku są jeszcze bardziej podchwytliwe niż rozkazy. Rozkaz jest prosty: polecenie, czasoprzestrzeń (np. zaczynacie malować tutaj, a kończycie o 22), wykonać. Pytania są podstępne, nie wiadomo czym grożą i lepiej, jak się słyszy pytanie, stać w trzecim szeregu.

"Kto się zna na muzyce?" - pyta porucznik. Zgłasza się dwóch młodych, niewinnych, a reszta plutonu, bardziej doświadczona lub po prostu sprytniejsza już cichcem ma bekę. Bo co dalej mówi porucznik? "Świetnie, wniesiecie majorowi fortepian na czwarte piętro". Reszta plutonu ma już bekę w ogóle nie cichcem. "Dobierzcie sobie jeszcze dwóch" mówi porucznik i beka znika momentalnie. I dwaj młodzi i niewinni nie dość, że będą targać fortepian na czwarte piętro to jeszcze sobie narobią wrogów w plutonie, bo we dwóch nie dadzą rady i kogoś wybrać muszą. I cóż z tego, że niewinni?

"Kto jest chętny do chóru?" - pyta porucznik. Nauczeni doświadczeniem młodzi i niewinni siedzą już cicho. Pluton ustawiony w dwuszeregu usiłuje jak najmniej rzucać się w oczy. A to nawet nie są zajęcia z kamuflażu. (A propos zajęć z kamuflażu, dowcip będzie: wkurwiony sierżant krzyczy do Kowalskiego: Kowalski nie widziałem was dzisiaj na zajęciach z kamuflażu! Na to Kowalski uśmiechnięty: dziękuję panie sierżancie! Kto zrozumiał daje plusa, like'a czy co tam się dzisiaj daje). Wobec braku chętnych porucznik podejmuje demokratyczną decyzję: "Pluton, w szeregu zbiórka, co trzeci wystąp. Jesteście ochotnikami do chóru. O 17 zgłosicie się do pani Sylwii". Pani Sylwia, w swej naiwności naprawdę myślała, że tylu było chętnych i kompletnie nie mogła zrozumieć, skąd ten skowyt wydobywający się z kilkunastu młodzieńczych gardeł. Trzeba jej przyznać, że była dzielna i dała radę wytrzymać 3 zajęcia.

Ale to nie o wojsku miało być, choć historii z wojska mam bez liku (a byłem na jednym tylko poligonie, a com widział i com przeżył, to bym mógł dłużej opowiadać niż koziołek Matołek).

Przyjąłem więc polecenie pójścia do cyrku. Trochę mnie zdziwiło, że mam się na kilka dni spakować. Wygodne buty do górskich wędrówek wzbudziły już poważne wątpliwości. Udałem się więc do źródła uszczegółowić informacje. I słusznie, bo jak się okazało nie "Idziemy do cyrku!" tylko "Jedziemy do Szczyrku!". A Szczyrk niebezpiecznie kojarzy mi się z górami. Może niezbyt wysokimi, ale jednak. Dostałem zadanie zorganizować lokal. Co robi Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca? Przeprowadza rekonesans. Z racji odległości do miejsca docelowego rekonesans został przeprowadzony z pomocą starożytnej technologii, czyli na mapie, z użyciem nowoczesnej technologii, czyli w Google Maps. Szczyrk znajduje się na wysokości ok. 500 m.npm. Najwyższy szczyt w okolicy 1257 m. npm. Założyłem (przyszłość pokazała, że słusznie), że nie uda mi się tego szczytu nie zdobyć, więc trzeba zminimalizować wysiłek do tego niezbędny. Jak się minimalizuje wysiłek do tego niezbędny? Szuka się noclegu jak najwyżej, wtedy do wspięcia się pozostaje najmniej. 900 m. npm powinno wystarczyć, żeby mnie nie zabić, pomyślałem. Jakżesz, o jakżesz byłem w błędzie.

5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) gdy już prawie o zmroku udało się po kamienistej drodze z sarnami rzucającymi się pod koła wjechać na górę to oczom naszym ukazał się las. Prawdziwy, nie krzyży. Miejscówka fajna i wg mapy było tylko 250m do schroniska. W razie czego będzie blisko po piwo. Podziwiliśmy piękno wieczoru i poszliśmy spać, gdyż rano trzeba było iść. Jacek, jak się niektórzy domyślają, jest umiarkowanym zwolennikiem nadmiernego przemieszczania się pieszo, zwłaszcza wertykalnie. Ale rozkaz to rozkaz. 250m do schroniska, potem jeszcze trochę i będzie szczyt. Dam radę.


Podjąłem samodzielną, męską decyzję, że tam wejdziemy.

Zdjęcie nie oddaje grozy tego podejścia.

Poinformuję Was o terminie pogrzebu.



Otóż okazało się, że do schroniska jest owszem 250 m, ale w pionie. A droga prawie pionowa w górę. A nie zabrałem czekanów ani raków. Nawet łańcuchów żadnych nie było. Z racji dzieci przebywających z nami starałem się robić dobrą minę. Ale trudno się robi dobrą minę, jak pot zalewa ci oczy a powietrze łapiesz jak ryba wyrzucona na brzeg. Ale do schroniska dotarłem.



2 godziny i 700m później...
Uważni czytelnicy zauważą, że byłem dzielny i na paragonie nie ma piwa. Choć 9 zł za małą butelkę wody wypadałoby oblać.


Myślałem, że to już blisko szczytu, bo zostało jakieś 100 m. wysokości. A potem spojrzałem w górę. W oddali majaczył szczyt. Żeby chociaż jakiś imponujący czy coś. Nie, nic szczególnego. Bo jak się okazało 3 godziny i 3 litry mojego potu potem, to było zaledwie Małe Skrzyczne. A normalne jest jeszcze wyżej.


Powiem Wam, że wiem, że nie mam kondycji. Z moją pracą muszę tylko bez zadyszki wejść na pierwsze piętro i wytrzymać 8 godzin w klimatyzacji z trzema oszołomami takimi jak ja. Niezbyt wielkie wyzwanie. Ale ta góra prawie mnie zabiła. Ostatni raz byłem taki wykończony jak na studiach zaliczałem bieg na 3 kilometry. Bieganie zawsze mnie zabijało i z podziwem patrzyłem na szaleńców co przed biegiem robili 800 m. na rozgrzewkę. Na rozgrzewkę! Ja po 800 m. zastanawiałem się jak przeżyć pozostałe 2200. Zaliczałem ten bieg zawsze za pierwszym razem, zawsze mając kilka sekund zapasu. Z jedną motywacją - jeśli nie zaliczę, to będę musiał biec jeszcze raz. Więc zawsze zaliczałem. A po biegu padałem na trawę i pół godziny odzyskiwałem przytomność. W połowie tej góry czułem się jak po połowie biegu - jeszcze żyję, ale przy życiu trzyma mnie tylko to, że jak nie wejdę to będę musiał powtarzać. Wszedłem. A jeszcze trzeba było zejść. Wydawać by się mogło, że z góry łatwiej. Nie jest łatwiej. Ale za to jak zeszliśmy do schroniska to piłem najlepsze piwo na świecie. Żaden żywiec w życiu mi tak nie smakował. A mój zegarek, który - powiadam Wam - wie, co mówi, powiedział tak (przypominam, był czwartek):







 

 


 
 


 
 
 
 
To są owce, z tego się robi ser.


Dzień drugi. Byłem sprytniejszy i choć do schroniska znowu musiałem pójść, to dalej wjechaliśmy kolejką. Że niby atrakcja, a nie że nie dam rady drugi raz wejść. Górą po szczytach już poszło łatwiej. Horyzontalnie chodzi mi się łatwiej niż wertykalnie. No i były widoki. Powiadam Wam, mógłbym tam tylko siedzieć i podziwiać. Ale jednak trochę szliśmy. Po drodze wyprzedziła nas pani, jakieś 85 lat. Ale miała kijki, a nam się nie spieszyło. Potem nas wyprzedziła rodzina z dwójką dzieci w wieku około 5-6 lat. Kto ma dzieci, ten wie, że dzieci nie mają czegoś takiego jak zmęczenie. Dzieci więc biegły, a rodzice musieli za nimi. Nam się ciągle nie spieszyło. W drodze powrotnej wyprzedziła nas wycieczka emerytów, ale nam się przecież nie spieszyło. Ale jak szliśmy ze Skrzycznego do kolejki, żeby zjechać na dół i się okazało, że mamy 1,5 km i tylko 7 minut to trochę nam się spieszyło.


Mieliśmy iść w góry, ale zanosi się na burzę, więc jednak nie.

Dzień trzeci objawił się zachmurzeniem. Rozsądni ludzie nie idą w góry przy takiej pogodzie. Więc zarządziłem czas wolny, każdy robi co chce. Nie chciało mi się iść po piwo do schroniska. Na szczęście szczęśliwym zrządzeniem losu mieliśmy wino.




Potem tylko po kamieniach z górki i 5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) do domu. Na płaszczyznę.


niedziela, 12 września 2021

Jak co roku...

Przypominam, że jutro Dzień Programisty. (Kto wie dlaczego akurat jutro, a czasem jednak 12. września?) Życzenia oraz darowizny (tylko okrągłe kwoty: 64,128,256 itd) przyjmuję w godzinach od 2^3 do 2^5-2^3.

poniedziałek, 27 maja 2019

Suchar informatyczny #10

        Czcigodni radiosłuchacze. Niewyczerpane źródło drętwych i zrozumiałych tylko przez informatyków kawałów o informatykach nie wyschło, jak mogłoby się wydawać patrząc na datę poprzedniego posta/u. Drętwe i zrozumiałe tylko przez informatyków kawały o informatykach nie bez powodu nazywane są sucharami. W sensie, że twarde i nikt poza nielicznymi wyjątkami ich nie lubi. Źródło więc dziurawe, owszem, jest, ale się nie poddaje (wbrew rzucanym z zagranicy kalumniom).

W dniu dziesiejszem zajmniemy się otóż tzw dowcipem następującem:

Poszedł informatyk z synem na szczepienie. Po wszystkim napisał mu na plecach:
"Baza wirusów zaktualizowana 2019.05.27”

        Cóż szanowne państwo widzą w powyższem tzw sucharze? Co w tym zabawnego? Że informatyk ma syna? Proszę Was, nie raz i nie dwa tu i w innych miejscach udowadniałem, że informatyk to prawie idealny kandydat na męża. I wbrew obiegowej opinii nie wszyscy informatycy pracują w norach i wyglądają jak neandertalczycy. Tylko niektórzy. A wiecie ile się trzeba napracować, żeby sobie taką przyzwoitą, ciemną norę zorganizować? Ile się trzeba namarudzić administratorom budynku, że słońce nam na cerę źle działa, że klawiatura się nagrzewa i parzy, że się te gołe kobiety z budynku naprzeciwko w ekranach odbijają i nie widać kodu, że oszczędność światła będzie, że nie będziemy musieli ze wstrętem patrzeć na te kalendarze na ścianach z ledwo co ubranymi kobietami (jak boga kochamy, już tam były jak się wprowadzaliśmy, my tylko zmieniamy miesiące), żeby nam w końcu zainstalowali rolety, to sobie nawet nie wyobrażacie.
        Że w ekranach? No oczywiście, że liczba mnoga. Szanujący się informatyk ma co najmniej 3 monitory ustawione w rzędzie. Wybitni mają jeszcze dodatkowe 3. Zazwyczaj puszczamy na nich jakieś skrypty, które w kółko wykonują się w czarnym okienku albo skomplikowane arkusze w excelu, co dla sporadycznie pojawiających się w norze gości wygląda jak ciężka praca. Zwłaszcza gdy o coś pytają, a my z tajemniczymi minami gapimy się w te ekrany, kiwając od czasu do czasu głową ze zrozumieniem, a innym razem notujemy coś szybko na kartce. Zazwyczaj idą sobie wtedy skąd przyszli mówiąc : “widzę, że zapracowani jesteście, wpadnę kiedy indziej”.

        Ale ja nie o tym chyba miałem. Skupmy się na tekście. Widzimy więc optymistyczną wieść, że informatyk a ma syna. Sformułowanie to daje rzeszom bezdzietnych jeszcze informatyków nadzieję na posiadanie potomstwa, która to nadzieja z kolei nierozłącznie wiąże się z nadzieją posiadania - chociaż przez chwilę, i nie przywiązujmy się do słowa ‘posiadania’, pasuje do konwencji - nadzieją posiadania kobiety. Dla większości - być może pierwszy raz.
        Poszedł na szczepienie. Informatycy, powszechnie zresztą znani ze swojej inteligencji - choć wredni ludzie mówią, że znani ze swojego przekonania o wysokiej inteligencji, tak czy owak zazwyczaj znani z wysokiej pensji… Chwila, muszę to przeczytać. A tak. Na szczepienie. Czyż zaprowadzenie dziecka na szczepienie nie jest kwintesencją inteligencji, zdrowego rozsądku i asertywności? W obliczu szerzących się po internecie bzdur o szkodliwości szczepionek, o magicznej mocy wody morskiej, o jaszczurach z kosmosu (tak, szlachetni, to wszystko jednakowe bzdury) on, informatyk, niezłomny, na białym koniu niemalże, hardo idzie z dzieckiem na szczepienie. Śmiało spogląda wyznawcom Ziemby w oblicza, płaskoziemcom mającym wyznawców na całej kuli ziemskiej z dumą pokazuje koszulkę z obrazem kuli ziemskiej widzianej z kosmosu z podpisem “a jednak się kręci”, jasnowidzom mówi “jak tak wszystko widzicie to czemu sprzedajecie porady po 3 zł + VAT za minutę zamiast wygrać w Eurojackpot?”. Czyż nie jest wspaniały?
        Złośliwi mogą powiedzieć “Hola, hola Jacek. Gdzie tam napisane, że on tego syna zaszczepił? Tam jest tylko, że poszedł z nim na szczepienie. Przecież może z tego wynikać, że on to dziecko wziął dla towarzystwa, albo go nie miał z kim zostawić, albo się boi szczepionek i chciał, żeby go ktoś potrzymał za rączkę, a syn przypadkowo dzielny jest.” Ja na to: “phi, pies was trącał, złośliwi, ja, informatyk Jacek, zaświadczam, że informatyk zaprowadził syna aby go - syna - zaszczepić”.

        Ale ja nie o tym miałem. Pomińmy milczeniem, że na plecach napisał, bo gdzie miał zapisać, żeby nie zapomnieć i żeby się nie zmyło? No na plecach, w miejscu, do którego ręka nie sięga, więc syn nijak tego nie zmyje. A pamiętać kiedy była ostatnia szczepionka bezwzględnie należy. Choćby po to, żeby wiedzieć kiedy się spodziewać poszczepiennego autyzmu czy innego NOP-a.

        Ale ja nie o tym miałem. “Baza wirusów została zaktualizowana”. Ręka do góry kto ani razu nie podskoczył pod sufit zdzierając słuchawki z głowy na dźwięk tych słów. Siedzicie sobie w słuchaweczkach na uszach, dźwięki ściszone do komfortowego poziomu, oglądacie kucyki pony czy co tam kto lubi i nagle jak Avast nie ryknie delikatnym głosem syreny okrętowej na sterydach, że właśnie w tym momencie możecie poczuć się spokojnie i bezpiecznie, gdyż “baza wirusów została zaktualizowana”. Ja bym osobiście wolał usłyszeć, że baza zabezpieczeń przed wirusami została zaktualizowana, ale ja raczej czepialski i upierdliwy jestem. No więc zapisał sobie rozsądnie w rozsądnym miejscu kiedy zaktualizował dziecku bazę wirusów. I w tym przypadku o aktualizacji bazy wirusów mówić można, gdyż właśnie próbki wirusów się dziecku podczas szczepienia aplikuje. Małe, osłabione, czasem zupełnie nieżywe, ale jednak wirusy.

        Suchar dzisiejszy polega więc w zasadzie na tym, że to nie żaden suchar, tylko podana w żartobliwy sposób informacja o nieograniczonych pokładach zdrowego rozsądku, którym obdarzeni są informatycy. Jak już kiedyś zatem wspominałem - kochajcie informatyków, dziewczęta. I w ogóle nie wierzcie w krążący bez sensu po internecie tekst, że marynarze są lepszymi kandydatami na mężów. Phi.



wtorek, 28 listopada 2017

Suchar informatyczny #8

        Witajcie nadobni. Po długiej nieobecności witamy ponownie suchara informatycznego. Numer bodajże 8.

"Żona do męża informatyka:
- Poznajesz człowieka na fotografii?
- Tak
- Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola."

        I to ma być podobno zabawny, krótki dowcip o informatykach. Że niby nawet nie pamięta jak jego własne dziecko wygląda. Tymczasem ileż pozytywnych i przeczących stereotypom informacji niesie powyższy tzw suchar.

        Po pierwsze: wspomniany sucharowy informatyk ma żonę. Co obala stereotyp, że informatycy nie umieją się obchodzić z kobietami. Jak widać umieją. I te żony nawet czasem do informatyków mówią. Co oznacza, że wiedzą, że informatycy umieją słuchać. A czyż umiejętność umiejętnego słuchania nie jest umiejętnością najbardziej przez kobiety wśród mężczyzn pożądaną?* Ileż pozytywnych informacji w jednym, krótkim zdaniu.

        Po drugie: wspomniany sucharowy informatyk, pomimo wątpliwości małżonki, rozpoznaje bez najmniejszych wątpliwości przedstawioną na zdjęciu osobę. Jak się później okazuje - dziecko, choć nie można wykluczyć, że nie jego**. Jednakowoż bez wahania i rozważania licznych możliwych implikacji odpowiada zdecydowanie ‘TAK’.

        Po trzecie: wspomniana żona nie boi się przekazać mu pod chwilową opiekę najcenniejszej rzeczy jaką posiadają żony - dziecka. Czyż ten objaw nieprawdopodobnego zaufania nie świadczy o szacunku jakim cieszy się informatyczny lud?

        Ale, jak mówi stare przysłowie pszczół, nie ma róży bez ognia. Do kogóż bowiem zwraca się sucharowa żona? Do informatyka. A informatycy jak działają? Algorytmicznie***. A co widzimy w sucharze? Algorytm, owszem, ale niedokończony. Informatyk odbierze dziecko z przedszkola o 15 (choć bądźmy szczerzy - 16 to dużo lepsza liczba****) i zakończy działanie. I tak będą stać z tym dzieckiem przed przedszkolem, bo się biednemu informatykowi program skończył. Zatem dziewczyny, precyzyjnie się wyrażamy, tak? No. Czyli co powinno być po “Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola.”?


* Co jest oczywiste biorąc pod uwagę, że legendarną umiejętnością kobiet jest nieumiarkowane mówienie.
** Suchar nie mówi wprost, że dziecko zostało zainstalowane przez owego informatyka. Może być pozostałością po poprzednim systemie operacyjnym. Niemniej rozpoznał? Rozpoznał. A jeśli to nie jego to nawet większa mu chwała.
*** Patrz jeden z poprzednich sucharów o tym jak zająć informatyka. Też zresztą nietrafionym.
**** Kto wie dlaczego 16 to lepsza liczba niż 15 niech podniesie rękę i naciśnie przycisk.

piątek, 28 kwietnia 2017

Suchar informatyczny #7

        W poprzednim odcinku pasjonującej podróży przez zakamarki mętnych umysłów informatyków dowiedzieliśmy się jak i jakiej dziewczyny szukają informatycy. Wielkich wymagań, jak się okazuje, nie mają. W tym odcinku mieliśmy zahaczyć o sferę SF, czyli poruszyć temat niemal niespotykany. Zatem.

Suchar informatyczny na dziś:

“Jak informatyk rzuca dziewczynę?
SHIFT + DELETE”

        Magiczna ta kombinacja klawiszy powoduje usunięcie pliku bez przenoszenia go do kosza. Trzeba powiedzieć, że wspomniany w powyższym sucharze informatyk poczyna sobie dość nonszalancko. Odważnie nawet. Żeby nie powiedzieć - heroicznie. Bowiem usuwanie bez przenoszenia do kosza znacząco podnosi poziom trudności związany z odzyskaniem takiego pliku. Standardowy informatyk rzuca dziewczynę naciskając po prostu DELETE, co powoduje umieszczenie dziewczyny w koszu. Co z kolei zapewnia informatykowi miłe poczucie satysfakcji, że jak chce to owszem może rzucić, dzielny jest, zero desperacji i już. Jak również miłe poczucie komfortu, że gdyby się jednak stęsknił to szybko może ją sobie sprowadzić z powrotem. Informatyk sucharowy poczyna sobie śmiało, bo od razu chlast, bez kosza, nie ma powrotu, adieu, orrewuar, doswidanja, żegnaj, nawet łzy nie uronię, to było piękne 4 dni.

        Przy czym z tym “nie ma powrotu” to oczywiście nie do końca prawda. Sprawny informatyk potrafi odzyskać dziewczynę nawet jeśli wyrzucił ją nonszalancko, odważnie, żeby nie powiedzieć - heroicznie. Sprawny informatyk ma narzędzia do odzyskiwania plików, które pospolity korzystacz z komputera uznał za skasowane. Więc szanowni pospolici korzystacze z komputera - nigdy przenigdy pod żadnym pozorem nie dajcie swoich dysków sprawnym informatykom. Zwłaszcza jeśli jesteście młodą, ładną korzystaczką i zdarzyło się Wam trzymać na dysku niecałkowicie ubrane fotki ;-)

piątek, 22 lipca 2016

Suchar informatyczny #4

"Złota myśl informatyka:
Dziewczyny są dla frajerów, którzy nie potrafią sobie ściągnąć pornosa z netu".

        Jakżesz krzywdzący, och jak krzywdzący stereotyp (i całkowicie, w przeciwieństwie do stereotypów np. o kobietach, fałszywy) został w powyższym sucharze przedstawiony. Gdyż jakie albowiem informacje niesie ze sobą ów tekst? Objaśnię pokrótce.

Informacja pierwsza:
        Informatyk nie potrafi sobie znaleźć dziewczyny. Żywej znaczy. Dlaczego to bzdura? Aby zweryfikować dowolne twierdzenie (fachowo nazywa się to falsyfikacją i jest podstawą metody naukowej, każda poważna teoria naukowa musi być falsyfikowalna), bierzemy owo twierdzenie - tutaj: informatyk nie potrafi znaleźć sobie żywej dziewczyny - i sprawdzamy, czy postawiona w nim teza jest prawdziwa. Tutaj uwaga, będzie podstępnie. Nawet 1000 informatyków bez dziewczyn nie dowodzi prawdziwości postawionej tezy, ale wystarczy jeden przykład informatyka z dziewczyną, aby teza okazała się nieprawdziwa. Znam osobiście dwóch… wróć… nawet trzech informatyków wyposażonych w kobiety. I nie zawaham się ich użyć, jeśli będzie trzeba. Teza obalona.
        Czego nas to nauczyło? Ano nauczyło nas, aby tez nie formułować tak bezwzględnie. Bo spróbujcie obalić taką tezę: Większość informatyków nie potrafi sobie znaleźć dziewczyny. Ciągle do obalenia, ale ileż więcej roboty wymaga. Trzeba by najpierw sprecyzować definicję informatyka (osoba wymieniająca toner w drukarce NIE jest informatykiem), znaleźć wszystkich informatyków, podzielić ich na informatyków posiadających (brzydkie słowo, ale w tym kontekście powinno być zrozumiałe) i nieposiadających dziewczyny, poradzić sobie jakoś z informatykami-dziewczynami (choć niektórzy uważają to za oksymoron), policzyć obie grupy i mieć nadzieję, że różnica między jednymi a drugimi będzie istotnie większa od błędu. Kupa roboty. Precyzja, moi drodzy, nie zawsze wychodzi nam na dobre. Generalnie się sprawdza, ale czasem trzeba być czujny.

Informacja druga:
        Informatyk potrafi ściągnąć pornosa z netu. To akurat prawda. Ale prawda wyrwana z kontekstu i stawiająca informatyków w złym świetle. Informatyk bowiem, jako istota światła, wszechstronnie technicznie wykształcona, potrafi ściągnąć z netu nie tylko pornosa, ale i ebooka z Kamasutrą, najnowszy film produkcji jakiegoś niszowego irańskiego reżysera, śmieszne obrazki z kotami, instalkę Windows 10 w formacie ISO, horoskop dla koziorożca na rok 2017 i transkrypcję rozmowy księdza Stanisława z panią Zofią ze Starachowic prowadzoną wczoraj o 3 w nocy w radiu Maryja. Informatyk, szanowni, jest takim waszym proxy (poproście znajomego informatyka to Wam wytłumaczy) do świata komputerów, internetu, systemów operacyjnych, nowoczesnych telewizorów i do tego, że macie w domu internet w telefonie, telewizorze, tablecie, komputerze, lodówce, klimatyzacji, pralce. No.

Informacja trzecia:
        Zamiast żywej dziewczyny informatyk woli dziewczynę z pornosa. To akurat teza niefalsyfikowalna, ponieważ została źle sformułowana. Jeśli informatyk konkretny to należałoby podać, o którego chodzi. Jeśli informatyk ogólnie, liczba pojedyncza, ale jako personifikacja anonimowej rzeszy informatyków, oznaczająca wszystkich, to znowu wystarczy jeden dowód przeczący tezie, aby ją obalić. A już wcześniej podałem, że znam dwóch… wróć… trzech informatyków wyposażonych w dziewczyny. Czepialscy mogliby powiedzieć, że fakt, iż informatycy, o których mówię posiadają dziewczyny nie oznacza jeszcze, iż owi informatycy wolą żywe dziewczyny od internetowych. Uwaga jak najbardziej słuszna. I choć nie ma podstaw, aby tak twierdzić, to jednak aby uspokoić czepialskich zapytałem znanych mi informatyków wyposażonych w dziewczyny, czy wolą dziewczyny żywe czy internetowe.

Krzysiek:
        Nie, no, żywe oczywiście. Można z nią pogadać, pójść na spacer przy księżycu, kupić kwiaty i zabrać na randkę. A z taką ściągniętą to przecież nie pogada. No popatrzeć owszem można, ale ileż można się gapić, jak ona ciągle w jednej pozycji leży. No i kolegom raczej trudno ją zaprezentować. Bo jak tylko zaprezentujesz, to zaraz też ściągną i też się będą gapić. I słyszysz potem "aaa, znam, miałem ją w zeszłym roku". Stanowczo żywe.

Darek:
        Ale Ty poważnie pytasz? A, czepialskim w internecie chcesz coś udowodnić. Bez sensu, przecież w internecie jeszcze nikt nikogo nie przekonał. Tam się nie idzie kogoś przekonywać do swojej racji, tylko udowadniać, że ktoś nie ma racji. Nara stary.

Jacek:
        Stary, w ogóle nie rozumiem pytania. Mam żywą, miałem mnóstwo ściągniętych, mam więc porównanie i wiem, że nie ma żadnego porównania. Ze ściągniętą żadnych kłopotów. Jedyne czego wymaga to parę megabajtów miejsca na dysku. Nie ma problemu, że wracasz późno. Nie marudzi, że masz inne. Możesz ją wyświetlić kiedy zechcesz. Zamknąć kiedy zechcesz. Odpalasz po miesiącu, w środku nocy, a ona chętna, umalowana i nie narzeka, że jest noc i musi rano wstać. A żywa? Żywą to do kina czasem trzeba zabrać, na kolację, jej rodziców odwiedzić, znosić koleżanki wpadające w odwiedziny, sterczeć godzinami przed sklepami z ciuchami, gdy ona przymierza 17-ą sukienkę, odpowiadać na podchwytliwe i absurdalne pytania "kochanie, buciki karmazynowe czy amarantowe". Co to, kurwa, jest amarantowy? Ej, nagrywasz to? Haha, żartowałem, stary, ale się dałeś nabrać. Oczywiście, że żywa. Z żywą to i do kina można pójść i na kolację. Można wpaść do jej rodziców napić się z teściem wina. Czasem wpadają jej koleżanki, to można pogadać o literaturze i sztuce. No i te urocze momenty kiedy ona pyta "kochanie, buciki te karmazynowe czy amarantowe", a ty, choć zastanawiasz się co to kurwa jest amarantowy, odpowiadasz z uśmiechem "amarantowe kochanie, świetnie się komponują z Twoją szminką". Bezapelacyjnie żywa. Kocham cię, Zosiu. Masz to?


        No i czego się, Jacek, czepiasz, przecież ten tekst nie musi dotyczyć informatyków - mógłby ktoś słusznie, wydawałoby się, zauważyć. Otóż niesłusznie. Pomimo, iż samo stwierdzenie "Dziewczyny są dla frajerów, którzy nie potrafią sobie ściągnąć pornosa z netu" jest sformułowane na tyle ogólnie, że może dotyczyć nie tylko informatyków, ale również frajerów innych zawodów, to już informacja, że to złota myśl informatyka jednoznacznie wskazuje, iż to właśnie informatycy obdarzeni są absolutną nieumiejętnością radzenia sobie z kobietami żywymi przy jednoczesnej fantastycznej umiejętności radzenia sobie z kobietami ściągniętymi z internetu. Stąd mój protest i wyjaśnienia oraz wniosek do Komisji Weneckiej, aby z urzędu zajęła się osobami szkalującymi w internecie dobre imię moje i przesiadujących ze mną w piwnicy kolegów.

środa, 29 czerwca 2016

Suchar informatyczny #3

Suchar informatyczny na dziś:

"– Dlaczego programista na umycie głowy zużywa całą butelkę szamponu?
– Bo w instrukcji jest napisane: nałożyć, spłukać, czynność powtórzyć."

Komentarz dla nie-informatyków:
        Informatyk, jako stworzenie piszące instrukcje (dla komputera) z założenia instrukcjom się bezrefleksyjnie poddaje (jak komputer). Dlatego łatwo nim kierować - postępuje zawsze według instrukcji. Dlatego też trudno nim kierować - postępuje zawsze według instrukcji. Nieprecyzyjne instrukcje (choćby wspomniane niedawno polecenie obrania połowy ziemniaków) informatyk stara się zrealizować precyzyjnie, co czasem prowadzi do kupienia 6 butelek mleka zamiast butelki mleka i 6 jajek.
        Powyższy suchar opiera się na konstrukcji zwanej pętlą nieskończoną. Dlaczego zatem wspomniany informatyk zużywa butelkę szamponu i kończy jednak mycie głowy? Otóż butelka szamponu ma ograniczoną pojemność. Pomimo najszczerszych chęci nie da się czynności powtórzyć, gdy szamponu brak. "Ale przecież pętla nieskończona być miała" - zauważycie słusznie. Ano miała. Jednak brak szamponu generuje wyjątek EMissingShampooException, a to powoduje przerwanie pętli i przywrócenie informatyka do normalnego życia. Można go znowu wysłać po mleko i jajka.

Dziękuję za uwagę.

środa, 8 czerwca 2016

Święto nadejszło.

        My tu gadu gadu o tym jaki to wspaniały naród z tych informatyków, a tu cichcem nam święto nadejszło.


        Uwaga dziewczyny. Dziś DZIEŃ INFORMATYKA (koniecznie dużymi literami). Zatem jeśli przegapiłyście Światowy Dzień Pocałunku (skandal), umknął Wam jakoś Dzień Seksu (karygodne), to dzisiaj macie okazję wszystko nadrobić. Czem prędzej rzucajcie się obdarzać swoich informatyków pocałunkami i seksem. Ale już.

        No chyba, że ten informatyk tylko naprawia Wam komputer, pomaga skręcać meble, wnosi do domu ciężkie zakupy, wysłuchuje opowieści o Waszych sercowych porażkach, przytula gdy Wam smutno, jest na każde prawie zawołanie i patrzy na Was cielęcymi oczami gdy nie widzicie. Wtedy ten informatyk to tylko przyjaciel. Jutro zatem (Dzień Przyjaciela) złóżcie mu z tej okazji życzenia. Niszcząc przy okazji jego marzenia, mówiąc jakim wspaniałym jest tylko przyjacielem.


Pozdrawiam informatyków. I informatyczki.

piątek, 19 grudnia 2014

Jeszcze o kroju.

        Okazuje się, że nie tak łatwo zostać drwalem. Informatycy, którzy po usłyszeniu o lumberseksualizmie, w podnieceniu stadnie wybiegli na ulice (choć niektórzy z powodu nadmiaru światła słonecznego natychmiast wrócili w kojące mroki swoich piwnic) szybko przekonali się, że flanelowa koszula i zarost nie wystarczą. Znaczy wystarczą. O ile koszula jest od Timberlanda albo Hilfigera. A zarost bardziej gęsty niż 3 włoski na centymetr kwadratowy. A przecież wiadomo, że informatykami zostają pryszczate, przemądrzałe i ścigane w szkole przez sportowców nastolatki, u których pielęgnacja zarostu na twarzy oznacza wyrwanie raz w miesiącu trzech włosków. Siedzimy potem w tych swoich piwnicach, piszemy kod, o którym nie wiemy nawet do czego ma służyć, opracowując dzień w dzień kolejne plany zapanowania nad światem. Tak, słusznie przychodzi Wam teraz na myśl genialna bajka Pinky i Mózg: “Co będziemy dzisiaj robić Móżdżku? Jak to co Pinky? Będziemy opanowywać świat”.

        Przygotowując się do podboju żeńskiego świata naczytaliśmy się profesjonalnej literatury. Tak mamy, zanim zabierzemy się do czegoś nowego (kobiety dla większości informatyków to nowość, może pomijając Zuzanny, niekompletnie rozebrane, wiszące na ścianach) czytamy dokumentację. Zazwyczaj wydaną przez producenta, ale stwórca kobiet uznał, że dzieło wyszło mu tak znakomicie, że żadne instrukcje nie są potrzebne. Trudno go winić. Podobne podejście stosuje większość informatyków nie wyłączając mnie. Nasze programy są tak genialne, że pisanie instrukcji obsługi jest zbędne. Obsługi niektórych urządzeń można się nauczyć klikając - zazwyczaj opisane - guziczki na tychże urządzeniach. Guziczki na kobietach nijak nie są niestety opisane (co jest przyczyną licznych nieporozumień, a nawet powątpiewania w istnienie niektórych guziczków, jak na przykład legendarnego i owianego złą sławą guziczka G), a bezmyślne ich klikanie dla niejednego informatyka skończyło się rękoczynem. Co w przypadku informatyków, mężczyzn (tak, mężczyzn!) niespecjalną posturą przez naturę obdarzonych, może się skończyć nawet złamaniem karku. Taki plaskacz w twarz boli. Fizycznie, ale jeśli kark przetrwa, to urażona duma boli bardziej. Chociaż nie. Co o dumie może wiedzieć człowiek spędzający życie w piwnicy przy komputerze, żrący pizzę popijaną litrami koli i lurowatą kawą? Gdyby miał odrobinę dumy to wyskoczyłby z okna. Znaczy, podskoczył do okna i wyszedł na zewnątrz. Z okna w piwnicy trudno się raczej wyskakuje. Znam kolegów, którzy żeby nie przyznać się co naprawdę robią, udają, że pracują na zmywaku w Irlandii. Tak. Znam. To lepsze niż życie w piwnicy, do której światło słoneczne wpada raz na 5 lat, gdy Ziemia jest w opozycji do Saturna i w koniugacji z Plutonem. Cokolwiek to znaczy.

        Zatem nie ma instrukcji. Zatem nie próbujemy guziczków. Pozostaje sięgnąć do opinii użytkowników. Gdzie informatycy szukają opinii użytkowników? W Internecie są liczne strony z życiowymi poradami dla życiowych niedorajd. Weźmy takiego np Kwejka, choć równie dobrym źródłem informacji o kobietach są Demotywatory. Pomijamy głupie obrazki z kotami (wszystkie już widzieliśmy, proszę Was, jesteśmy informatykami) i skupiamy się na poradach dotyczących kobiet.

Obrazek pierwszy: Stoi facet przed ogromną tablicą pełną wzorów gapiąc się na nią bezmyślnie. I tytuł: “Kiedy próbujesz ogarnąć za co się obraziła”.

Obrazek drugi: Kobieta w samochodzie i podpis: “Jeśli kobieta włącza wycieraczki kiedy nie pada, znaczy będzie skręcać”.

Oraz niszczący wszelkie nadzieje obrazek trzeci: Zaorane. Tylko link, nie mogę nic napisać, gdyż łzy smutku na myśl o moich nieszczęsnych kolegach napływają mi do oczu. O tych tysiącach skromnych, dobrych mężczyzn (tak, mężczyzn!), dla których jedyne chwile, gdy mogą popatrzeć na skryte miłości swego życia to te, w których oni naprawiają ich komputery, a one w tym czasie opowiadają o kolejnym mięśniaku, który je zdradził, zawiódł i zranił i ona w ogóle z nikim już nigdy nie będzie i jak to dobrze, że mam chociaż Ciebie, bo Ty mnie nigdy nie opuścisz i zawsze przy mnie będziesz. Ale nie bliżej niż pół metra. To zarezerwowane dla mięśniaków. I wracają potem chłopaki do swoich pokoików w piwnicach z mocnym postanowieniem pójścia na siłownię od nowego roku. I nawet raz poszli. Ale wyobraźcie sobie tego bladego chudzielca wśród… no powiedzmy wśród reszty prężącej się przed lustrami. Nawet Jean-Luc Piccard nie czuł się tak dziwnie, gdy został zasymilowany przez Borg. Nie macie pojęcia o czym mówię, prawda? I tu docieramy do kolejnego problemu informatyków z kobietami. Właściwie z całym światem.

        Informatycy otóż mówią niby po polsku, ale używają słów powszechnie uznanych za niezrozumiałe. Jak w opowieści o tym jak siedzi informatyk w knajpie ze wspomnianą już skrytą miłością jego życia oraz jej aktualnym mięśniakiem oczywiście. Rozmawiają o jakichś planach i w pewnym momencie informatyk pyta dziewczynę co na to jej harmonogram. I w tym momencie zrywa się mięśniak z okrzykiem - Kogo nazywasz harmonogramem, chuju?! A ten biedny informatyk nawet nie próbował żartować. To pomyślcie co się dzieje jak próbuje.

Dowcip pierwszy: “Jak się modli informatyk? W imię ojca i syna i ducha świętego, enter”.

Dowcip drugi: “Informatyk do informatyka - pożycz 1000 zł. Pożyczę Ci 1024 to będzie taka okrągła liczba”.

Dowcip trzeci: “Jest 10 rodzajów ludzi. Ci, którzy rozumieją system binarny i ci, którzy nie rozumieją”.

Rozumiecie? No właśnie. I spróbujcie z tym poderwać kobietę.

        Z podkulonymi ogonami wracają informatycy do swoich legowisk. Z podkulonymi ogonami, ale i z lekkim westchnieniem ulgi, wracają do znajomego, bezpiecznego środowiska. Środowiska, w którym imiona kobiet kończą się na jpg i można do nich bezpiecznie pomachać, bo nie istnieje niebezpieczeństwo, że też pomachają i trzeba by potem jeszcze coś zrobić, a nie tylko odwrócić się z zawstydzeniem. A nie wiadomo co, bo nigdy żaden informatyk nie doszedł dalej.


Wesołych Świąt. Czy jakkolwiek nazywacie te 14 dni wolnego przy 7 tylko dniach urlopu.

piątek, 12 września 2014

Przypominam

        Przypominam, że jutro Dzień Programisty. Wyrazy uznania, uwielbienia oraz dozgonnej wdzięczności przyjmuję w dowolnym czasie i formie. Co bardziej kreatywne niewiasty mogą to połączyć z - również jutro wypadającym - Dniem Całowania Chłopaków w Usta.

Za Nonsensopedią:
         Dzień Programisty jest jedynym dniem w roku, w którym programiści wychodzą ze swoich nor stanowisk. Przebierają się ze swojej zbroi w coś bardziej fikuśnego i wybierają się na wielką pielgrzymkę do Krzemowej Doliny. W tym czasie odbywają rytualne tańce i chóralnie śpiewają majestatyczne pieśni. Niektórych można przypaczać jak porozumiewają się z płcią przeciwną. Ale i tak reszta porozumiewa się dziwnym dialektem.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Pamięci poległej nagle i niespodziewanie

        W dniu wczorajszym (które to sformułowanie jest błędem i powinno być kategorycznie tępione, jest natomiast tragicznie nadużywane) nagle i niespodziewanie odeszła od nas nasza ukochana karta graficzna. nVidia GeForce GTX 460 jej było, z domu Gainward. Chowaliśmy ją od szczeniaka. Taka była malutka jak ją kupiliśmy. Prawie nic się z nią nie dało zrobić. Nie obsługiwała żadnych sensownych rozdzielczości, nie rozróżniała więcej niż 256 kolorów, ledwo dawała radę wyświetlić skromny zestaw ikon na pulpicie. Nie radziła sobie z tapetą, nie wspominając o najmniej nawet wymagających grach. O zabraniu jej na Deathwinga do Warcrafta nie mogło być mowy. Ale wierzyliśmy w nią, nie traciliśmy nadziei. Głaskaliśmy ją dobrym słowem, czyścili z kurzu, karmili nowymi sterownikami. I rosła ona, i rosły możliwości jej. I rosła duma nasza ojcowska bo myśmy to przecież się do tego przyczynili. Z trudem wyciągane z przepastnych gardzieli internetu nowe sterowniki, wersje beta, wczesne wersje alfa, wszystko aby dziecko nasze ukochane zaspokoić. (Wróć. Wyjęte z kontekstu niezbyt dobrze brzmi.) … aby dziecko nasze mogło dorastać bez kompleksów. Nieprzespane noce spędzone na dostrajaniu konfiguracji, podczas gdy nasi koledzy pili piwo i podrywali dziewczyny. Dni spędzone na nerdowskich forach w poszukiwaniu świętego Graala - (fanfary i werble) Konfiguracji Optymalnej.

         I wreszcie nadszedł dzień. Ten dzień. Dzień, w którym nasza maleńka karta, nasze wypieszczone i skonfigurowane dziecko, pierwszy raz w życiu, wraz z dziewięcioma innymi kartami stanęło do dziewiczego boju. Boju, którego heroiczność i epickość do dziś głoszą w stołecznym mieście Orgrimmar, o którym krążą legendy, o którym matki, stare karty graficzne, opowiadają malutkim kartom do snu, za który starzy bohaterowie do dziś wznoszą toast w zajazdach i tawernach świata. Dzień, w którym pokonano Deathwinga. Niejeden i nie dwa smoki padły później rażone gromem 128-bitowej magistrali pamięci, setek milionów tranzystorów, pary buchającej z trzewi rozgrzanych nierzadko do 90 stopni. Oj, umiało pobrykać nasze maleństwo, umiało. Smoki, trolle, upadli i powstani królowie, królowie nieumarli w ogóle - padało to tałatajstwo jak muchy.

         A w wolnych chwilach umiało nasze maleństwo przydać się społeczności. Robiło CUDA licząc możliwe konfiguracje białek, szukając sygnałów z kosmosu, poszukując liczb pierwszych. Nie raz się przy tym rozpaliło do białości prawie.

         Wczoraj odeszła. Kilka tygodni temu osiągnęła wiek emerytalny (koniec gwarancji). Wczoraj niespodziewanie zakrztusiła się wypluwając niebieskie kwadraty rozrzucone bezładnie po ekranie. Zakrztusiła i zamarła. Restart nie pomógł. Próbowałem reanimacji, próbowałem wskrzesić siły w niej żywotne czyszcząc z wiekowego kurzu. Nie pomogło. Uruchomiła się jeszcze raz resztką sił rzucając z siebie BlueScreena z kodem błędu.

         Odeszła. Cześć jej pamięci. Niech spoczywa spokojnie w Krainie Poległych Kart (czyli w dolnej szufladzie mojego biurka). Będziemy o Tobie pamiętać. Chlip.



        A teraz powitajmy moją nooową, super, hiper wypasioną, błyszczącą jeszcze woskiem z fabryki i świeżym lakierem - MSI GeForce GTX 650. Trzy razy tańsza, dwa razy mniejsza, pięć razy bardziej wydajna. Witaj malutka. Chcesz sterowniczka?