Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2024

Excalibut!

    Oto jest! Po latach przedzierania się przez (miejskie) dżungle, po licznych walkach z tubylcami w barwach wojennych okolicznych klubów piłkarskich, po wątpiących spojrzeniach rodziny i znajomych, znalazłem.
    Jedyny w swoim rodzaju, zaginiony wieki temu, pierwszy i jedyny miecz legendarnego wojownika o wyzwolenie mężczyzn, założyciela tajnego, pacyfistycznego stowarzyszenia No Ma'am Club, pierwszego i ostatniego tego imienia, pracownika miesiąca przez niepobite do dzisiaj 123 miesiące z rzędu - legendarnego Ala Bundy'ego (4 przyłożenia w jednym meczu). Oto on! Równie jak Al Bundy legendarny Excalibut! Tylko sprzedawca butów o czystym sercu może go dzierżyć.
    Czy jest śmiałek, który zechce czystość swego sumienia rzucić na salę i spróbować wyrwać miecz z tychże zarośli?

(20 zł za jedną próbę, 80 zł za 5 prób, 250 abonament miesięczny)



czwartek, 31 sierpnia 2023

sobota, 12 sierpnia 2023

algoRYTM

     Jacek (czyli ja, podobno pisanie o sobie w trzeciej osobie da się jakoś zdiagnozować) był wczoraj na firmowym piwie z frytkami. W pubie, który kiedyś służył do wypadów na piwo i frytki bez zagrożenia tańcem. Piwo i frytki są ciągle, natomiast pojawiły się tańce do muzyki na żywo. Już kieliszki do wina porozstawiane na wszystkich stolikach powinny wzbudzić Jackowe podejrzenia, ale nie wzbudziły. To pewnie z przepracowania i pragnienia.

    No więc jak zaczęli grać to się nie dało porozmawiać i chcąc nie chcąc człowiek popatrzył na ludzi tańczących. Znacie skecz 'Typy tancerzy' kabaretu Hrabi? Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=vSaOp-Wn5WA . No więc wszyscy byli na parkiecie. Wszystkie typy plus kilka, o których Aśka nie wspomniała. Był gość rzucający się jak ryba wyciągnięta z wody. Jacek nie wiedział, że facet może się zginać w takich miejscach. Tańczył przed stolikiem z niewiastami (ten facet, nie Jacek przecież). Niewiasty miały miny, jakby wolały być akurat w Muzeum Ziemi Podlaskiej z Bożydarem ( https://www.youtube.com/watch?v=M1eO0DVCIRk , część 2 jest zaraz potem). Był taki co miotał laską jak szatan. Jacek wiedział, że dziewczyny się zginają w więcej miejscach niż faceci, ale chyba nawet ta biedna dziewczyna nie miała pojęcia, że aż w tylu. Jednakowoż przeżyła. Sprawiedliwości trzeba oddać, że było na parkiecie ze trzech facetów, którzy taniec ogarniali. No są wyjątki, dziewczyny, przy odrobinie cierpliwości można trafić. Aśka nie wspomniała w skeczu o jeszcze jednym typie tancerza. Niezbyt często spotykanym, ale po kilku piwach (programiści mają słabe głowy) co mniej zdziczali owi programiści czasem dają się na parkiet porwać. Sami się raczej nie rzucają znając swoje niedoskonałości w tym temacie. Znaczy programiści, jako umysły generalnie raczej ścisłe, ogarniają takie tematy jak rytm. Gorzej, że potem próbują to w tańcu przełożyć na algoRYTM. A to łatwe nie jest, bo każda kończyna to oddzielny task, ale jednak trzeba je jakoś synchronizować. A to wszystko w czasie rzeczywistym. No i jeszcze dochodzi głowa. Trzeba pamiętać, żeby nie patrzeć na nogi (co utrudnia sterowanie taskami kończyn dolnych), żeby nie patrzeć kobiecie, powiedzmy, na serce. W oczy patrzeć trza. No i widać było w oczach tych biednych ludzi, że procesor zajęty na 95%, reszta zasobów też prawie na wyczerpaniu. A jeszcze trzeba rozmawiać.

    Generalnie ewolucja z jakiegoś powodu uznała, że facet się ładnie ruszać nie musi. Co na parkiecie było widać. Oraz z jakiegoś również powodu uznała, że kobietom to się jednak przyda. Jakby naturalny dar miały. W większości.
   Dziewczyny, programista, choć spędza większość dnia w swojej norze i coś tam klika, to jednak też żywe stworzenie jest. Brać jak się trafi, nie grymasić, można trochę wychować i nauczyć nie bać się światła. Nie zabierać zbyt często na plażę, żeby nie straszyć ludzi i da radę z programisty wyhodować człowieka. I tylko w tańcu musicie się pogodzić, że nie pogadacie, bo procesor zajęty. Nawet czasem szturchnąć trzeba, bo o wzięciu oddechu może zapomnieć.

poniedziałek, 13 grudnia 2021

Konkurs z nagrodą.

Uwaga, uwaga. Ogłaszam konkurs, w którym do wygrania jest prawdziwa butelka Jacka Danielsa. Pełna.
Zwycięzcą zostaje osoba, która jako pierwsza, poczynając od 12 grudnia 2021 roku godzina 22:00, złamie sobie zupełnie niechcący i bez sensu rękę, nogę albo inna kończynę. Dodatkowe punkty przyznaję za złożenie deklaracji, że nagroda zostanie opróżniona w moim towarzystwie.
Zwracam uwagę na podchwytliwe słówko "niechcący". Proszę nie walić się młotkiem po nogach, bo nie zaliczę.
Czas start.

sobota, 14 marca 2020

1, 2, 3 próba wyłudzenia.

        PKO BP ostrzega przed oszustami próbującymi wyłudzić dane logowania strasząc ludzi, że NBP przejmie ich oszczędności. Oczywiście nie należy klikać żadnych linków w mailach i smsach, nawet jeśli wyglądają na wysłane przez Wasz bank.
        Jeśli ktoś jednak obawia się utraty swoich pieniędzy, to oferuję prawie darmową usługę ich (pieniędzy, nie kogoś) przechowania na moim koncie. Niedawno sprawdzałem, jest prawie puste, więc spokojnie, wszystko co przyślecie na pewno się zmieści. Zainteresowanym podam nr konta w prywatnej wiadomości. 😇😇😇

wtorek, 5 lutego 2019

O bezpieczeństwie

        Wikipedia twierdzi, że dzisiaj jest Dzień Bezpiecznego Internetu. Aby uczcić ten dzień postanowiłem całkowicie za darmo przetestować Wasze zabezpieczenia. Proszę zatem o podesłanie mi loginów i haseł do Waszej bankowości internetowej, oraz ewentualnie otrzymanych haseł SMS, a ja sprawdzę czy jest bezpieczna.

Oczywiście w wiadomości prywatnej, przecież ma być bezpiecznie.


piątek, 17 sierpnia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Portugalia

        Portugalia w styczniu, Czcigodni, jest miejscem i czasem, w którym chcielibyście przebywać. Idealna na zwiedzanie temperatura w zakresie 17-20 stopni. Idealny na zwiedzanie brak tłumów. Idealne ceny wynajmu samochodów, niecałe 200 zł za 5 dni, wliczając dodatkowe polskie ubezpieczenie od kosztów niespodziewanych przy zwrocie pojazdu. Idealny smak porto w Porto. 

        Zaczęliśmy od Porto. Od razu rzuca się w oczy, że Portugalczycy gardzą zakazami. Czerwone światło jest sugestią, a nie zakazem. Przechodzą na czerwonym, w dowolnym miejscu, przez środek skrzyżowania. Nawet nie próbują się chować przed policją, która nawet nie próbuje udawać, że ma coś przeciwko temu. Dopiero parę dni później przewodnik wyjaśnił nam, że podstawowa zasada podczas przechodzenia przez jezdnię w Portugalii to “po prostu nie umrzyj”. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta zasada podoba. Choć zajęło mi ze dwa dni żeby nauczyć się tak przechodzić bez nerwowego rozglądania się na boki w poszukiwaniu policjanta.

 

        Z drugiej strony gdy chodniki w Porto wyglądają w większości tak, jak na zdjęciach powyżej, to nie dziwne, że chce się spędzać więcej czasu na ulicy. I nie dajcie się uwieść rzekomej urodzie tych kostek. Po deszczu stają się tak śliskie, że ortopeda to drugi po piłkarzu najbardziej dochodowy zawód w Portugalii. No i w tym przypadku po prawej zdecydowanie odradzam wkraczanie tam po alkoholu. Nie ma siły żeby zejść z tego placu na stojąco. Nawet na trzeźwo ma się ochotę usiąść i zamówić taksówkę.

        Podróżuje się po Porto na dwa sposoby: pieszo lub zabytkowym tramwajem. Podobno w częściach Porto zamieszkałych przez tubylców jeżdżą również tramwaje niezabytkowe, ale kto by się zapuszczał w miejsca nieturystyczne.



        Powyżej tramwaj turystyczny. Poniżej schody. Mnóstwo schodów. W Porto nie uznają czegoś takiego jak teren płaski. Nawet jak kawałek płaski był to położyli na nim płytki w fale, żeby się nawet po płaskim nie dało iść prosto. Wszędzie idzie się pod górę lub z góry. Przy czym w górę zawsze prowadzą trzy drogi a z góry tylko jedna.



        Jak już się i tak idzie to nie sposób nie zobaczyć tych ich niebieskich płytek, które są wszędzie. Naprawdę. Na zewnątrz budynków, wewnątrz, w przejściach, wszędzie. Ale to nie są takie zwykłe płytki jak się u nas kładzie - jakiś wzorek powtarzalny, czasem obrazek i już. O nie, te tam to są dzieła sztuki. Nie istnieje coś takiego jak seryjna produkcja. Na każdej ścianie inna scena. Scena, nie scenka, bo to naprawdę zajmuje całe ściany.



W drodze do Lizbony zahaczamy o kto zgadnie co? Dla ułatwienia wrzucę obrazek.


        Nie, nie pojechaliśmy do krainy Disney’a. Zahaczyliśmy o Fatimę. Ale przyznać musicie, że w odpowiednim oświetleniu i słabym fotografie trochę zamek z czołówki Disney’a przypomina. Zajechaliśmy w przypadkowy dzień, o przypadkowej godzinie. Wchodzimy na plac. Placzysko własciwie, bo gigantyczny. Z jednej strony zamek Disney’a, z drugiej symboliczny Jezus wiszący na nie mniej gigantycznym niż plac krzyżu.


        Wchodzimy więc w przypadkowy dzień i przypadkową godzinę na plac między krzyżem i zamkiem a uszy naszych dobiega odgłos mszy. “Po polsku” - stwierdziła młoda. “Alleluja brzmi tak samo we wszystkich językach” - stwierdziłem ja. “W imię ojca i syna…” - stwierdził ksiądz rozwiązując spór. To trzeba jednak mieć pecha jak ja - lecieć 3000 km na mszę. Fatima, targowisko próżności. W okolicznych sklepikach można kupić Jezuski i Matki Boskie we wszystkich rozmiarach, kolorach, z przeróżnych materiałów, Jezuski ruchome, Matki Boskie przepowiadające pogodę. Wszystko. Jeśli czyjeś uczucia religijne nie czują się przez to targowisko obrażone, to nie wiem co może je obrażać.

        Po drodze (choć wcześniej, ale już mi się nie chce zamieniać akapitów) Coimbra. Uniwersytet, a w nim mokry sen każdego bibliofila - biblioteka ze starodrukami. Dotykać nie wolno, ale już patrzeć i powąchać można.


        Z mokrych snów to jeszcze księgarnia z Porto, która była ponoć inspiracją dla JK Rowling przy opisywaniu księgarni w Harrym Potterze. Gdyby tak wyglądały księgarnie - kupowałbym.


A gdyby tak wyglądały wszystkie sklepy rybne też kupowałbym. Poniżej naprawdę sklep rybny, właściwie sardynkowy, bo wszystko tam to sardynki w puszkach. Albo szprotki, nie pamiętam.


W temacie zakazów, z których drwią sobie Portugalczycy to w głębokim poważaniu mają również zakaz wprowadzania psów na plażę.



Na plażę, na której i my byliśmy. Choć kąpieli jednak nie zażywaliśmy. Urywający głowy wiatr zniechęcał skutecznie.


        Z Lizbony niedaleko do Sintry, gdzie sam jeden zdobyłem zamek Maurów. Z trudem, zipiąc ciężko, wyprzedzony przez podskakującą lekko i bez odrobiny zmęczenia kózkę 9-wtedy-letnią. Sam wszedłem. Tam. Bez niczyjej pomocy. Na najwyższy czubek.


A strudzone me oblicze ratowałem w barze o wdzięcznej nazwie:


A z Sintry niedaleko do Cabo da Roca. Dalej na Zachód już się suchą stopą nie da.


Z miejsc interesujących odwiedziliśmy jeszcze:
- knajpę z płonącą kiełbasą


- mnóstwo kościołów


- oceanarium (piękne jest, powiadam Wam)





- cmentarz


- panoramę Porto


- oraz (co szczególnie polecam) zachód słońca nad oceanem (polecam zachód, bo łatwiejszy jest niż wschód)



Tymczasem bywajcie. Jadę dalej.

piątek, 23 marca 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Fuerteventura, część 1.

        Antwerpia Antwerpią, ale trzeba było ruszać dalej. Prawie 6 godzin lotu. Bez możliwości wyprostowania kolan. Bez możliwości rozłożenia oparcia fotela. Bez możliwości uniknięcia zabawy Wonder Woman. BTW nauczyłem Wonder Woman robić pompki, okazało się, że nie miała o tym najmniejszego pojęcia. Okazało się również, że istnieją tzw pompki dziewczęce, gdzie większość ciała cały czas leży na ziemi, a podnosi się w zasadzie tylko głowę. Pfff.

        Pierwszą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu w Puerto del Rosario jest to, że wyspa nie nazywa się Fuertaventura, jak sądziłem od wczesnych lat młodzieńczych, kiedy zaplanowałem sobie tam emeryturę. Wyspa nazywa się Fuerteventura. Błąd podobno tak powszechny, że używając poprawnej nazwy masz od razu +5 do szacunku u tubylców. Mogę się czasem pomylić, 30 lat warunkowania robi swoje, więc proszę mnie nie poprawiać, tylko nauczyć się poprawnej formy. Fuerteventura.
        Drugą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu jest to, że niebo nad Fuerteventurą wygląda tak:

Farfocle na niebie
        Zdjęcie prosto z aparatu, żadnych retuszów (poza oczywiście automatyczną korektą zrobioną przez aparat). Jak widać Fuerteventura jest przereklamowana. Miało być bezchmurne niebo, a widzimy co? Jakieś białe farfocle. Co to są te białe farfocle? Się grzecznie pytam. Czy ja płaciłem za jakieś białe farfocle? Czy ja po to leciałem 6 godzin z kolanami pod brodą w towarzystwie plastikowej Wonder Woman, żeby patrzeć na jakieś białe farfocle? Żądam usunięcia białych farfocli z mojego zdjęcia i z mojej pamięci.
        Gdy już myślisz, że nic gorszego cię, turysto, w życiu nie spotka pojawia się trzecia rzecz, jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu. Trzecia rzecz nazywa się Wałbrzych* i pojawia się jak tylko autobus transferowy opuści stolicę (tak, tam każda wyspa ma stolicę) i wygląda tak:

Wałbrzych
        No pardąsik, ale czy to jest krajobraz rajskiej wyspy? Czy tak wygląda miejsce, w którym mam spędzić 11 dni? Czy na pewno wylądowaliśmy na odpowiedniej wyspie? Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że marudzę i narzekam tylko w wyjątkowych okolicznościach. Limit narzekania i marudzenia na Fuerteventurze wyczerpałem w 2 godziny. 
Ale potem nadeszło to:

To
Właśnie tak powinien wyglądać ocean.
I to:

I to
Bo tak powinny wyglądać fale na oceanie.
I to:

I to
Bo tak się powinno siedzieć pod palmą z drinkiem i widokiem na niebieskie morze.
I to:

I to
Bo tak wygląda kawał plaży. Wielkiej plaży. Piasek i piasek.
I nie możemy zapomnieć o czym? O stopach informatyka na plaży:

Stopy informatyka (są tam, wierzcie mi) na plaży
Zaprzeczam niniejszym plotkom, że leciałem taki kawał drogi z podkulonymi kolanami i plastikową Wonder Woman i nawet się nie wykąpałem. Mam zdjęcie na dowód, że się w oceanie kąpałem:

Dowód
        Tak, to ocean, a nie jakaś lokalna kałuża. Z prostego powodu - na Fuerteventurze nie ma czegoś takiego jak lokalna kałuża. Deszcz pada tam może z 5 dni w roku. Nazywają to porą deszczową, zamykają sklepy i restauracje, chowają okulary przeciwsłoneczne do piwnicy, siedzą w oknach, gapią się bezrozumnym wzrokiem na deszczyk i popadają w depresję. Dobrze, że tylko 5 dni. Po tygodniu nie byłoby co z nich zbierać. Jak tam cokolwiek rośnie, zapytacie. Ano rośnie tylko tam, gdzie podlewają. Wodę biorą z oceanu, odsalają metodą odwróconej osmozy (jeśli dobrze zapamiętałem) i nadaje się do mycia i podlewania. Przy czym z myciem jest pewien problem, bo woda jest tak miękka, że trudno z siebie mydło zmyć. Wszystko jest podlewane. Miejsca zamieszkane przez ludzi są poprzecinane różnej średnicy rurkami gumowymi dostarczającymi wodę. Czy im w zimie nie zamarza? Nie zamarza. Przewodniczka powiedziała, że najniższa temperatura jakiej doznała przez ostatnie 10 lat to było -12°. To było tak niedorzeczne, że zamarzłem i nie zaprotestowałem. Bo tak naprawdę to było +12°. Dałbym radę takie zimy znosić.
        Owszem, są palmy. Potwierdzam i nawet się wylegiwałem pod. Moje kończyny to te zgrabne po lewej, dodam, żeby uniknąć pytań o to, gdzie kupiłem taki ładny lakier.

Palmy, drinki i widok
        Co bardziej uważni zauważą w tle plażę. Obrzydliwie niekolorową. Polskie plaże pełne są różnokolorowych parawanów porozkładanych w finezyjne wzory układające się, gdy popatrzeć z góry, w wielokolorowy dywan obejmujący całą powierzchnię plaży. Ale niech Was ten brak kolorów nie zmyli, niech nie prowadzi do błędnych wniosków**. Gdyż w temacie parawanów fuerteventuriańczycy się nie pierdolą. Po co rozkładać tysiąc małych, jak można walnąć jeden gigantyczny?

Janusz płakał jak zobaczył
        Ocean tam jest dziwny. Zasypiasz sobie spokojnie na leżaczku w cieniu, 30 metrów od wody, z drinkiem zamocowanym w wykopanym w piasku dołku. Budzisz się, bo zimna woda sięga ci do ja… bo woda zalewa nie tylko drinka ale i leżak. I nawet przez chwilę się rozglądałem, kto mi taki dowcip zrobił, ale okazało się, że wszystkim ktoś taki dowcip zrobił i nie było na kogo zwalić winy. Cóż poradzić na siły przyrody? Pójść na basen. 

Nad pięknym, modrym Dunajem
        Tu od razu prostuję - ten pan w środku to nie ja. Ja pilnuję żeby na zdjęciach zawsze mieć wciągnięty brzuch. Co mi przypomniało dowcip.

- Kiedy na plaży facetowi jest smutno?
- Jak mu żona mówi “wciągnij brzuch”, a on już wciągnął.

        Żona mojego kolegi nie jest tak okrutna i mówi do niego “Grzesiek, kontroluj się”. I proszę się, dziewczyny, trzymać tej wersji. Ok? Wtedy jest szansa na “żyli długo i szczęśliwie” zamiast na “koniec bajki”. ;-)


I tym optymistycznym akcentem kończymy część pierwszą i zapraszamy do kolejnej. Która pojawi się niewątpliwie wkrótce.***


-----------------------
* Przepraszam mieszkańców pięknego niewątpliwie Wałbrzycha, ale to było pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy. Musicie popracować nad PR.
** Podpowiadam błędny wniosek - jak nie ma kolorów to nie ma i parawanów.
*** Wkrótce to bardzo niezdefiniowany termin.

czwartek, 18 stycznia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 2.

        Zatem Antwerpia właściwa. Antwerpia właściwa składa się ze strony prawej, cywilizowanej, nadającej się do zamieszkania oraz lewej, dzikiej, nieprzyjaznej, porośniętej krzakami, w których mieszkają wilki. Czyli jak w Warszawie, tylko odwrotnie. W przeciwieństwie do Warszawy jednak, w Antwerpii do części dzikiej dostać się można nie mostem a tunelem. Jakieś 30 metrów w dół po schodach, potem pół kilometra pod ziemią i wodą i znowu 30 metrów w górę po schodach. Znam z opowieści tylko, gdyż jako człowiek rozsądny unikam miejsc, w których od milionów litrów wody dzieli mnie tylko belgijska myśl budowlana. A propos wody. Ichniejsza Wisła nazywa się Skalda i wygląda tak:

Taka tutejsza Wisła.
Zdjęcie zrobione z brzegu cywilizowanego. Jak się dobrze przyjrzeć na brzegu po drugiej stronie rzeki widać polujące wilki.

        Zwiedzanie Antwerpii rozpoczęliśmy od wniesienia walizek (bo to nigdy nie jest jedna walizka, nigdy) na drugie piętro bez windy. “Pff” - pomyślałby ktoś, kto nie był, nie widział i generalnie się nie zna. Gdyż schody w budynkach mieszkalnych w Antwerpii wyglądają tak:

Schody kręcone mocno.
        Po takich schodach bez walizki wchodzi się niezbyt komfortowo. Z walizką wchodzi się koszmarnie, Dla porównania na zdjęciu stopy Jacka na belgijskich schodach. Jak widać filigranowej postury Jacek zajmuje całą niemal szerokość schodów. Już schody na okrętach podwodnych dają większe pole manewru niż te tutaj. Osoby z lekką klaustrofobią lub chorobą morską (po dwóch piętrach chodzenia w kółko nieźle kręci się w głowie) proszone są o robienie przerw na półpiętrach. W tym akurat budynku była nawet winda. Właściwie to… Ej, jakie jest zdrobnienie od ‘winda’? Windusia? Windziunia? Gdyż to nie była winda, to raczej była windziunia. Za dowód niech posłuży informacja, że Jacek po ujrzeniu owej windy stwierdził, że jednak wejdzie po schodach. A kto mnie zna, ten wie, chodzenie po schodach nie jest moją pasją. Nic a nic. Nie zrobiłem zdjęcia wnętrza windziuni, bo musiałbym użyć trybu makro, a jeszcze nie umiem go używać.

        “Zaraz, zaraz...” - napadnie myśl kogoś dociekliwego, “jak oni mają tam takie mikroskopijne schodki, to jak oni wnoszą lodówkę na czwarte piętro?”. Odpowiadam:

W ostępach czają się dzikie podnośniki.
        “W tle, ukryty w gąszczu jednego z nielicznych w Antwerpii drzew, czai się samiec podnośnika. Jego organ dostawczy sterczy w całej okazałości. Wcześniej oznakował teren jaskrawą taśmą, aby podczas aktu dostarczania nie był niepokojony przez tubylców i turystów. Ten dorodny okaz bez problemu sięga do trzeciego piętra i bez trudu może dostarczyć za jednym razem ofiarę o wadze solidnej sofy. Na wysokości trzeciego piętra jego dzisiejszy cel, mieszkanie niczego niepodejrzewającego antwerpianina, gotowe do aktu, z oknem rozwartym na pełną szerokość. Tu widzimy mieszkanie z podgatunku planus fenestram mantis, czyli z oknem uchylnym do góry. Tereny Antwerpii zamieszkuje również nie mniej popularny podgatunek planus fenestram latus, czyli z oknem uchylnym na boki. Podnośniki równie chętnie krzyżują się z oboma podgatunkami.”
Czytała Krystyna Czubówna.

        Tak, moi mili i czcigodni, w Antwerpii meble dostarcza się przez okna. Po dostarczeniu idzie się na to z czego słynie Antwerpia - diamenty i czekoladę. Przy czym na diamenty możemy tylko popatrzeć przez szybę, natomiast na czekoladę również możemy tylko popatrzeć przez szybę. Dobra, żartuję. Na czekoladę można popatrzeć z bliska. Mają nawet muzeum czekolady. Eksponaty tak wyeksponowane, że domyślam się, iż muszą je co jakiś czas uzupełniać. Gdyż kto by się oparł i nie schrupał kawałka wiewióra? No kto? Warto było zapłacić 200€ kary. I można tam sobie tych czekoladek kupić, ale chyba diamenty wyszłyby taniej.

Wiewiór z wnętrznościami z czekolady.
        Co robi każdy uczciwy Polak po posiłku? Idzie do kościoła. Tako i my poszliśmy. Nie było lekko, gdy główna ulica w mieście wygląda jakby budowali pod nią metro po warszawsku:

Budowa pierwszej linii metra w Antwerpii.
        I tak podobno od lat i jeszcze przez lata. Ale nam, mieszkańcom wiecznego miasta, znaczy wiecznie rozkopanego miasta, takie widoki niegroźne. Przybylim, przedarlim się i zobaczylim. Pal licho kościół (choć wypasiony, muszę przyznać), ale ten witraż. Trochę się chyba trzeba było przy nim napracować. Szukałem tam na dole napisu “Made in China”, ale nie było.

Witraż nie Made in China.
        Za to w okolicy była cała chińska dzielnica. Powiadam Wam, przekraczacie bramę i jesteście w Chinach. Wprawdzie nie ma wielkiego muru, tylko mury pobliskich budynków, ale po zamknięciu oczu słychać i czuć Chiny. I jak piszę, że słychać i czuć, to to nie jest metafora, alegoria ani onomatopeja.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy.
        W temacie schodów Antwerpia zadziwia raz jeszcze. Gdzieś w okolicy centrum, znaczy takiego ichniego placu targowego, mają bydynek. A przy budynku schody. I jak żałują schodów w budynkach mieszkalnych, tak tu nie żałowali.

Schody. Więcej schodów. Na dach.
        Możesz sobie, dostojny kliencie wybrać. Schody krótkie, średnio długie i najdłuższe. A wszystkie prowadzące na dach. Nie wiem co jest na dachu, bo jako znany miłośnik schodów nie mogłem się zdecydować, którymi wejść, więc nie wszedłem wcale.

        Nie mam lęku wysokości, gdyż - jak mawiają mądrzy ludzie (a konkretnie to Pratchett w jednej z części Świata Dysku) - to nie wysokość zabija tylko grunt. Mam zatem lęk gruntu. Zatem zdjęcia z wysokości mogą być nieostre i źle wykadrowane, bo ciężko się robi z zamkniętymi oczami. Z dołu to wyglądało tak:

Widok z dołu.
        Nie wiem czy zdjęcie odpowiednio przerażająco oddaje skalę przedsięwzięcia, ale w wagoniku mieści się 6 osób, to sobie dowyobrażajcie. A z góry to wygląda tak (nie wiem co widzicie, bo nie widziałem co robię):

Widok z góry. Chyba.
        Największą jednak atrakcją w Antwerpii w czerwcu był niepozorny turysta z Warszawy. Paparazzi tłoczyli się wokół tak bardzo, że na zdjęciu można policzyć nie tylko ile Jacek ma oczu, ale również ile ma siwych włosów na brodzie.

Przypadkowy turysta z Polski.
Antwerpia, jak i cała Belgia, słyną ze swoich piw. Ale żeby przeprowadzić porządną degustację, to trzeba tam pojechać na trzy tygodnie, a nie na trzy dni. Zatem następnym razem. 
PS. A poprzedni post był postem numer 300. A nikt mi nie powiedział i taka okazja do świętowania nam przeszła koło nosa.

czwartek, 7 grudnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 1

        Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii nie jest znalezienie biletu w cenie niezwalającej z nóg. Nie jest otrzymanie urlopu w terminie niekolidującym z zakupionym biletem. Nie jest nawet przekonanie dwóch niewiast, że jedna walizka na tydzień całkowicie im wystarczy. Jak również dopilnowanie, aby nie próbowały przemycić trzeciej, bo “ale tylko taka malutka, prawie się na podręczny zmieści”. Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii jest dostanie się tam z lotniska. W porównaniu z lotniskiem w Charleroi (czy jakoś tak) lotnisko warszawskie znajduje się w ścisłym centrum miasta. Nawet modlińskie jest dwa rzuty beretem od centrum. Tam się jedzie prawie półtorej godziny. Przy dobrym wietrze. Bez deszczu. Poza godzinami szczytu. Mam dowód.

Mówiłem, że półtorej godziny? Mówiłem.


        Z Warszawy do Belgii - półtorej godziny, z lotniska do Antwerpii - półtorej godziny. W sumie i tak lajcik. W Szwajcarii z lotniska jedzie się 3 godziny pociągiem, a cena biletu przyprawia co słabszych o czkawkę.
        Niemniej dolecieliśmy. Pierwsze co się widzi na lotnisku to wszechobecne plakaty reklamowe Pairi Daiza. Takie ichni ogród zoologiczny. Prawie jak warszawski, tylko 50 razy większy, droższy i bardziej wypasiony. Zaprawdę powiadam Wam - przygotujcie wygodne buty, sporo €, dzien wolnego i koniecznie musicie odwiedzić. Mają tam nawet polski akcent.
Polski akcent.
Poza polskim mają również akcenty:

tajski…
Akcent tajski.

Tygrys biały w akcencie tajskim.
afrykański…
Afryka dzika.

Lemur. Po francusku - le murr.

Wujek Stefan. Obok tamtejsze gołębie.
antarktydzki (z unikalnym zdjęciem latającego pingwina)…
Unikalne zdjęcie pingwina, który zapomniał, że ma udawać nielota.

grzybowo - leśny…
Grzyby. Nie znam się, ale wyglądają na jakieś lewe.

Ładne drzewko. Albo krzak.
...oraz chiński, na którym zatrzymamy się dłużej. W akcencie chińskim atrakcją nieodmawialną stał się gabinet pedicurystyczny doktora Yu. Rolę pedicurzystek pełnią w nim wygłodniałe, małe rybki. Udostępnia im się kończyny dolne a one przystępują do pracy. Lub nie, jak widać na poniższym obrazku.
Przypadkowy turysta z Polski.
A tutaj chwilę później gdy dowiedziały się, że jestem znanym i poczytnym blogerem z Polski o międzynarodowej niemalże sławie. Nie dość, że przypłynęły wszystkie, to jeszcze dały znać koleżankom z sąsiednich zbiorników. Ech, sława.
Międzynarodowej sławy bloger i podróżnik z Polski.

        Teren jest gigantyczny, cały dzień spokojnie można rezerwować. Jest gdzie zjeść, jest gdzie odpocząć, lemury łażą luzem, dla znudzonych lub zmęczonych jeździ kolejka parowa. Całość podzielona na strefy tematyczne, z tematycznymi restauracjami. Na szczęście w każdej sprzedawali frytki.


        Uff, zmęczyłem się tym łażeniem. Na dzisiaj starczy, reszta w przyszłości. A przyszłość, jak wiadomo, jest nieokreślona. Mam na myśli taką ogólną przyszłość, nie jakieś konkretne drobiazgi. W konkretnych sytuacjach może być określona. Np jak zrzucam szklankę ze stołu na betonową podłogę to ona z pewnością się stłucze (dla upierdliwych - to normalna szklanka a nie jakaś pancerna, wysokość stołu tradycyjna a nie dla krasnali, nikt szklanki nie łapie po drodze, beton naprawdę jest betonowy). Jak kopnę małym palcem w szafkę to bez wątpienia będzie mnie ten mały palec bolał. Jak wydam 30 zł na kupony lotto to niewątpliwie będzie to stracone 30 zł. I tak dalej. Zatem kiedyś w przyszłości nastąpi część 2. O Antwerpii właściwej.

A teraz idę kupować prezenty. (Znaczy odpalam sklepy internetowe i kupuję. Czy ktoś jeszcze robi zakupy na żywo?)