Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak przeżyć z kobietą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jak przeżyć z kobietą. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 grudnia 2021

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 23

    Koledzy. Kamraci i współtowarzysze. Oraz przysłuchujące się temu wystąpieniu wysłanniczki Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie. Wydawać by się jeszcze całkiem niedawno mogło, iż wyczerpaliśmy repertuar. O naiwności. Im starsi tym wcale nie mądrzejsi, a bardziej naiwni. Kobiety nasze - żony, narzeczone, kochanki, przyjaciółki - piękne, mądre i wspaniałe oczywiście. Jednakowoż na tych idealnych istotach pojawiają się czasem rysy naszego niezrozumienia. Nasza to jest zawsze wina, jakżeby inaczej. Bezsporna i bezdyskusyjna. A nawet jeśli nie nasza, to i tak lepiej głośno tego nie mówić. Krócej się śpi na kanapie. Ale…

    Mówią różni ludzie, że jeśli w zdaniu jest ‘ale’ to wszystko co powiedziano lub napisano przed owym ‘ale’ nie ma żadnego znaczenia. Może i nie ma, ALE my się z tym nie zgadzamy. Podobnie jak z inną bzdurą, że niewinni się nie tłumaczą. W idealnym świecie nie muszą. W naszym, jeśli się nie tłumaczą to siedzą w pierdlu, a na ich kontach siedzi Urząd Skarbowy i komornik, ewentualnie była żona, której nie wytłumaczyliśmy, że ta laska na zdjęciu z imprezy firmowej to tylko koleżanka z sąsiedniego działu, ma męża, trójkę dzieci a w ogóle to jest lesbijką.

Zatem ALE.

    Ale to nie nasza wina, że na początku romantycznej przecież z założenia znajomości nie uzgodniliśmy, czy na pewno podobnie rozumiemy znaczenie niektórych słów. Całkiem w zasadzie prostych słów: spacer, dobre, zaraz, posprzątaj itp. Ileż by to problemów zaoszczędziło w przyszłości, tego się niestety dowiemy za późno. Chyba że skorzystamy z naszego krótkiego poradnika “Jak przeżyć z kobietą? Krótki poradnik oparty na faktach autentycznych”, gdzie na stronie 3765 zaczyna się rozdział, który proces dowiadywania się ileż to problemów zaoszczędzi nam w przyszłości ustalenie wspólnych definicji skraca znacząco. Znacząco jednocześnie podnosząc jakość i święty spokój w relacji z naszą kobietą. Nie nasza to wina, gdyż przed przeczytaniem naszego krótkiego poradnika przeciętny mężczyzna nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo mogą się różnić znaczeniem słowa powszechnie uważane za mające całkiem proste znaczenia.

    Weźmy taki spacer. Cóż jest niebezpiecznego w słowie spacer, o szanowni słuchacze? No przecież nic i każdy mężczyzna na pytanie czy lubi spacery z czystym absolutnie sumieniem…

A propos czystego sumienia…
Wiecie dlaczego większość ludzi ma czyste sumienie?
Bo nieużywane.
Trochę śmieszno, trochę straszno.

    …z czystym absolutnie sumieniem odpowie “Ależ oczywiście, kochanie ty moje, słońce i niebo bezchmurne”. Zaprawdę powiadam wam, drogie panie z Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie, prawdę mówi. Nie wie jednak, biedaczysko, że to co On rozumie przez spacer to nawet nie stało w pobliżu tego jak spacer rozumie dowolna kobieta. Czymże jest spacer dla mężczyzny? Odpuszczę sobie tutaj epitet “przeciętnego”, który mógłby sugerować, iż są jacyś, którzy jednak spacer rozumieją inaczej niż wspomniany mężczyzna. Nie ma. Finito. Pominę najbardziej oczywiste i powszechne w męskim gronie, oczywiście jak najbardziej poprawne definicje spaceru, czyli spacer do żabki po piwo, spacer do lokalnego pubu szantowego na piwo - proszę szanownych słuchaczek z Małychbutów Wielkich - z kolegami, zawsze z kolegami. A te laski co czasem przy naszych stolikach można spotkać, to my je jak zwykle pierwszy raz na oczy widzimy. No i przecież jak nie ma miejsca to przecież - jako gentlemani - nie pozwolimy niewiastom stać na stojąco. Zwłaszcza tym, co cnoty niewieście mają niczego sobie i na miejscu. Spacer ze śmieciami (śmiećmi?) nie ma już tego uroku co dawniej, gdy odpowiednio synchronizując spacery można było z kolegami przy trzepaku na piwko lub siedem się spotkać. I trzepaków już nie ma i synchronizacja trudniejsza, bo się żony, kochanki, narzeczone, przyjaciółki (do konkubin się jakoś przekonać nie mogę, jakoś to patologicznie brzmi) przez telefon synchronizują i puszczają nas w innych okienkach czasowych. No nie jest lekko w tych nowoczesnych czasach. Nawet jak człowiek kupi kilka piw w tej żabce, do której cichcem udało mu się wyrwać nie wzbudzając alarmu, to zanim wróci do domu już żona dostaje powiadomienie o zakupie z aplikacji bankowej i blokuje kieszonkowe na następny tydzień.

Zatem
“Lubisz spacery?” - pyta Ona niewinnie na początku znajomości romantycznej.
“Oczywiście luba ma, spacery to to co tygrysy lubią najbardziej, mrrrrauu” - odpowiada z czystym (i nie dlatego, że nie używanym) sumieniem On. Przy czym wszystko po “luba ma” odbywa się wyłącznie w wyobraźni. I nawet wariograf by nie piknął, bo szczery jest On, ten mężczyzna, nie wariograf przecież, jak… I tu mi zabrakło epitetu. Można podpowiadać. A jakby kłamał, to by mu nos rósł jak jednemu drewnianemu chłopcu i jak powinien rosnąć jednemu drewnianemu premieru.

    Jakżesz się biedni, ledwo co romantycznym związkiem połączeni, nie rozumieją. Jakżesz ich definicje się różnią. Jakżesz On się zdziwi, gdy Ona zabierze go na pierwszy wspólny spacer. Niepokój wzbudza już fakt, że na spacer jedzie się samochodem. Potem pieszo pierwszy kilometr jeszcze spoko, jakby do żabki, ale tej trzeciej od domu. Idziemy z uśmiechem na twarzy, podtrzymując pogawędkę, zabawiając ukochaną ciekawostkami z zakresu psychologii, która to ukochana z lekkim uśmieszkiem i delikatnym rumieńcem przysłuchuje się naszym opowiastkom. Potem dopiero okazuje się, że rumieniec był z powodu niskiej temperatury a ukochana zawodowo zajmuje się psychologią i uśmieszek był uśmieszkiem pobłażliwości tudzież politowania. Drugi kilometr zaczyna powoli wzbudzać niepokój. Gdyż ciągle oddalamy się od samochodu, co oznacza, że jeszcze trzeba wrócić. Czyli razem będzie co najmniej 4 kilometry, co z naszą definicją spaceru ma tyle wspólnego co Prawo i Sprawiedliwość z prawem i sprawiedliwością. Dziarsko jednak idziemy do przodu. Dowcip nam się trochę kurczy, bo więcej czasu przeznaczamy na łapanie oddechu. Przy trzecim kilometrze, ciągle w kierunku od samochodu, zaczynamy żałować, że nie zabraliśmy kanapek. Przy czwartym już w ogóle nic nie mówimy udając, że podziwiamy krajobraz, tak naprawdę walcząc o każdy oddech i starając się zapamiętać drogę powrotną do samochodu. Bo ciągle jeszcze nie zawracamy. Wreszcie jest! Luba nasza, kobieta która się kilometrom nie kłania, pyta czy może powinniśmy już wracać. Alleluja! Werble i fanfary dla naszych strudzonych nóg i płuc. Wszystko oczywiście tylko wewnątrz naszej głowy. Zewnętrznie natomiast zastanawiamy się przez chwilę (gdy tak naprawdę staramy się oddech uspokoić) i odpowiadamy “Jak sobie życzysz, kochanie” sprytnie i podstępnie traktując jej pytanie nie jako pytanie, ale propozycję.

    Tu dygresja. Niestety traktowanie jej - żony, narzeczonej, kochanki - pytań jako propozycji, zazwyczaj nie do odrzucenia, wejdzie nam w krew i tak już zostanie. Ktoś o charakterze bardziej niż my paranoidalnym mógłby uznać, że cały ten tzw. spacer był tylko podstępem mającym wyrobić w nas nawyk traktowania jej pytań jako propozycji nie do odrzucenia. Ale nie, przecież te istoty niewinne, cnót niewieścich pełne, nie mogłyby w tak wyrafinowany sposób nas warunkować. Prawda?

    Wracamy zatem. Powrót jest zawsze łatwiejszy, bo wiemy jak daleko jeszcze. A wiedza ta mniej więcej od połowy drogi powrotnej przynosi ulgę, spokój i nadzieję na rychły koniec. Spaceru oczywiście. Gdyż kontakt z naszą ukochaną chcielibyśmy aby trwał i trwał. Choć raczej w pozycji siedzącej. Lub ewentualnie leżącej. Przy muzyce.

Jesteśmy przy muzyce zatem.
“Lubisz dobrą muzykę?” - pyta zupełnie niepodstępnie Ona.
“Oczywiście. Któż nie lubi dobrej muzyki?” - odpowiada w swej naiwności retorycznie On.
Gdyż okazuje się, że szanty to nie jest dobra muzyka. Zranione serce krwawi, ale miłość jest silniejsza. Znosimy te zniewagi w milczeniu. Żeby się pocieszyć zabieramy ją do fajnej knajpy. Ale okazuje się, że szantowe puby z zajebistą atmosferą, z koncertami przy stoliku do 3 nad ranem w nocy z wtorku na środę, to nie są fajne knajpy. No dobra, raz na pół roku są.

“No to może dobre książki?”
“Tak!” - z całym swym młodzieńczym (wewnętrznie, bo lata swoje już ma) entuzjazmem odpowiada On.
“Ale sajens fikszen? Co to w ogóle jest? A ten Świat Dysku? To coś o kręgosłupie? Kwanty i skwarki to coś o nowoczesnej kuchni?”

Albo ‘zaraz’. Jak facet mówi, że zaraz zrobi, to zrobi. I nie trzeba mu o tym co pół roku przypominać.

    I tak dalej i et cetera. Definicje, moi drodzy. Nie będzie łatwo. Z kobietami nigdy nie jest. Ale ustalenie wspólnych definicji na początku uchroni was przed wieloma nieszczęściami i nieporozumieniami w trakcie.

“Lubisz spacery?”
“Oczywiście kochanie. Preferuję jednak spacer po okolicznym parku w świetle dnia niż po Kampinosie w świetle księżyca z żółtymi ślepiami okolicznej menelni mrugającymi alfabetem Morse’a ‘kierowniku, poratuj dychą’ (bo inflacja)”
Ona oczywiście uzna to za żart, ale to już jej problem. I jej koleżanek, którym będzie opowiadać na jakie bezczelne chamidło trafiła.

Definicje, moi drodzy.

Do następnego.

piątek, 18 września 2020

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 22

    Czcigodni i szanowni koledzy (i koleżanki identyfikujące się jako koledzy), współtowarzysze ( i współtowarzyszki identyfikujące się jako współtowarzysze) szeroko rozumianej doli i niedoli. 

    W naszym życiu z niewiastami niewątpliwie naszego życia nadchodzi taki czas, że nasz urok osobisty, nasz zwierzęcy magnetyzm, czar, powab i słodkość przestają działać. Dla nieprzygotowanego mężczyzny zmiana ta… Och, nie, nie zmiana w nas, w nas się nic nie zmieniło. Zmiana następuje w odbiorze nas przez niewiastę niewątpliwie naszego życia. Już nie mówi “Misiu”, już nie mówi “bierz mnie, tygrysie”. Chce nas zamienić na innego zwierza. Tak, szanowni, zdewaluowaliśmy się. Dla nieprzygotowanego mężczyzny taka zmiana może być zabójcza. Ale na szczęście macie nas. Dzisiaj nauczymy się jak sobie poradzić, gdy kobieta chce innego słodziaka.

    Nadchodzi bowiem taki dzień nieuchronnie, w którym kobieta powie czule “Miśku…” - i tu czujność powinna skoczyć do poziomu maksymalnego. Zwykłe “Miśku” oznacza, że nastąpi jakieś trywialne polecenie, zwane dla niepoznaki prośbą. “Wynieś śmieci, skocz do żabki po jakiegoś browarka dla mnie, zawieź moją mamę do Międzyzdrojów” i takie tam trywialne polecenia. Prośbom z definicji można bezkarnie odmówić, trywialnym poleceniom zwanym dla niepoznaki prośbami szczerze odradzamy odmawiać. Przed nami i Wami jeszcze kilka lat życia, lepiej spędzić je we względnym spokoju. “Miśku…” zatem podstępne, a po nim nieuchronne “...może byśmy sobie sprawili pieska?”

    Powiało grozą? Od razu powiem, że standardowa taktyka polegająca na udawaniu, że się nie słyszało, nie zadziała. Na śmieci i wieszanie prania działa, ale na pieska nie zadziała. Żeby niepotrzebnie nie ciągnąć nieuniknionego w nieskończoność - gdy pada takie zdanie jesteście już, szanowni, na pozycji przegranej i będziecie mieć psa. Tak. I nie ma szansy innej niż zawał, żeby tego uniknąć. Chwilowo. Bo jak tylko poczujecie się lepiej temat wróci nieubłaganie.

Cóż więc począć, jak żyć - zapytacie.
Głos z sali - “Cóż więc począć, jak żyć?”

    Otóż, moi drodzy koledzy, nasi sowicie opłacani amerykańscy uczeni nie marnowali czasu i po latach badań wypracowali algorytm postępowania, aby w tej z góry przegranej sytuacji mieć jednak coś do powiedzenia. 

    Cóż zatem należy robić? Otóż w pierwszej kolejności należy odwlec nieuchronne jak długo się da. Po cóż mamy wstawać o 5, żeby wyjść z psem, od jutra, jeśli możemy od za miesiąc? Dozwolone są wszelkie środki - porozmawiamy jak wrócę z delegacji (w międzyczasie pod stołem sms do szefa, że jednak bardzo chętnie pojedziecie w delegację do klienta w Sosnowcu, nawet na tydzień), zastanowię się, nie mogę teraz rozmawiać, bo mam trudną sytuację w pracy, muszę wynieść śmieci (i zniknąć na tydzień), kupić papierosy, zrobić pranie, poodkurzać, wyprasować poprzednie pranie, wywiercić te dziury, o których mi przypominasz co pół roku, posprzątać garaż, pomalować mieszkanie, płytki na tarasie odpadają. Nie ograniczajcie się. To i tak da Wam co najwyżej tydzień.

    W następnej kolejności możemy podjąć heroiczną i skazaną na porażkę próbę podstępnego odwiedzenia niewiasty niewątpliwie Waszego życia od tego pomysłu poprzez znalezienie kandydata na pieska najdalej jak się da. Macie pecha, jeśli mieszkacie w Warszawie, bo stąd jest wszędzie góra 6 godzin drogi. Ale należy walczyć i szukać daleko. Na nic to się nie zda, po prostu dalej będziecie po niego lub nią jechać.

    Co dalej? Ponieważ nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że większość obowiązków związanych z psem spadnie na Was, bo “właśnie pomalowałam paznokcie, już jestem w piżamie, pada śnieg, deszcz, grad, meteoryty, jest zimno, ciemno, gorąco, parno, za wcześnie, za późno…” dopilnować należy, aby stworzenie nie było brzydkie. Z dwóch powodów. Po pierwsze z brzydkim wstyd wychodzić. Po drugie za ładnym się dziewczyny oglądają. Co ma szczególnie znaczenie w moim i Waszym przypadkach, bo jak tak patrzę na salę to etap, kiedy dziewczyny oglądały się za nami mamy już dawno za sobą. Teraz zostało nam tylko oglądać się za nimi. A i to dyskretnie, bo niewiasty niewątpliwie naszego życia mają oczy dookoła głowy. Takie ewolucyjne udogodnienie, żeby lepiej pilnować dzieci w jaskini, gdy mąż - wojownik i predator - poszedł polować na tyranozaury. My patrzymy wąsko na cel, zwłaszcza ruchomy, i musimy się oglądać - taki archaiczny imperatyw. One nie muszą się oglądać, żeby wiedzieć, że się oglądamy. Więc piesek powinien być ładny. I mały. Przypominam, że to Wy w większości będziecie z nim wychodzić i po nim sprzątać. Wolicie po jamniczku czy dogu argentyńskim?

    Wybraliście więc najdalszą z możliwych hodowlę, w miarę ładną rasę, sprawdzacie cenę. Spadacie z krzesła, wstajecie i jeszcze raz sprawdzacie cenę. Jeszcze raz wstajecie i podejmujecie kolejną heroiczną i nieskuteczną próbę przekonania kobiety niewątpliwie Waszego życia, że może za te pieniądze lepiej kupić nowe mieszkanie. Nic to oczywiście nie daje. 

    Przystępujemy zatem do kolejnego etapu negocjacji - umowa. Wiadomo, że musi zostać spisana i podpisana przez wszystkich członków rodziny umowa dotycząca zakresów opieki nad psem. Dobrze sformułowana umowa zapewni spokój w domu, gdyż zawsze będzie wiadomo co i do kogo w związku z psem należy. Każdy z zaangażowanych członków rodziny musi mieć rozpisane szczegółowo kiedy przypada jego zadanie. Każde wyjście z psem musi zostać zaplanowane i przydzielone odpowiedniej osobie. Uwaga! Tylko u nas podpowiedź, która pozwoli Wam uniknąć niejednej, zakończonej oczywiście Waszą porażką, kłótni. Pierwszy rok psa należy rozpisać w najdrobniejszych szczegółach, z uwzględnieniem, że pies będzie szczeniakiem lejącym na wszystko z częstotliwością warszawskiego metra (przypominam: co 1:20 w godzinach szczytu). 
    Dobrze sformułowana umowa pozwoli Wam odnosić małe triumfy w kolejnych tygodniach, miesiącach i latach. Pozwoli uniknąć nieporozumień, zbędnych zatargów i zrzucania na Was 17-ego wyjścia dzisiaj. Ma być rozpisane kto karmi, kto sprząta, kto jeździ do weterynarza, do sklepu po jedzenie, kto wraca wcześniej z imprezy, bo trzeba wyjść z psem i kto nie jedzie na urlop, bo nie wpuszczają z psami.
    Targujecie się więc jak lew o każde wyjście i każde sprzątanie. Wreszcie jest! Umowa w ostatecznym kształcie. Każdy szczegół opisany, 1374 strony, na każdej parafka każdego z członków rodziny. Jeszcze tylko zdjęcie umowy i można ją wyrzucić do kosza.

    Gdyż jedynym elementem umowy, który będzie przestrzegany, będzie imię psa. Jedyną osobą, która będzie próbowała przestrzegać postanowień umowy będziecie, szanowni współtowarzysze niedoli, Wy. A próby wyegzekwowania jej przestrzegania na innych sygnatariuszach spotkają się w najlepszym przypadku z pobłażliwym uśmiechem. Doradzamy zatem dobrze zastanowić się nad imieniem, bo zostanie z Wami na długo.

    A potem cóż? Macie psa, radujcie się. On bowiem będzie się radował każdym Waszym powrotem do domu. Mogło być gorzej - niewiasta niewątpliwie Waszego życia mogła zażyczyć sobie kota. A kot na Wasze powroty do domu ma wywalone. Byle miska była pełna a kuweta pusta.

środa, 18 października 2017

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 21

        Przyjaciele, koledzy, współtowarzysze w niedoli i sporadycznych chwilach szczęścia. Dowiedliśmy w jednej z poprzednich części poradnika, iż powszechnie obśmiewane przez nasze i wasze kobiety niegroźne, wydawałoby się, dolegliwości, przez nas traktowane jak choroby śmiertelne, mają uzasadnienie ewolucyjne. A z ewolucyjnym uzasadnieniem się nie dyskutuje. Jeśli natura zechce skorygować, to skoryguje. Do tego czasu katar, gorączkę i skaleczony palec traktować będziemy jak śmiertelne zagrożenie i odpowiednio do tego się zachowywać. Czyli siedzieć w domu oraz domagać się troski, uwagi i obiadu.
        Wiemy zatem, że choroby nasze, myśliwych, predatorów, dostarczycieli mamuciego mięsa do jaskiń są potencjalnie śmiertelne. Nasze zachowanie w trakcie tych dolegliwości jest zatem jak najbardziej uzasadnione i niech się te baby z Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie wypchają. Gdy po latach bezustannych polowań, walk z mamutami, tyranozaurami i członkami innych plemion przydarzy się wam, szanowni, potencjalnie śmiertelna choroba, nie wahajcie się. Zasłużyliście na opiekę w tych dniach wielokrotnie. Leżcie wygodnie i patrząc hardo waszym niewiastom w oczy zmieniajcie kanały w TV i popijajcie piwo.

        Jednakowoż, czcigodni, zdarza się, iż dochodzi do sytuacji karygodnych. Otóż zdarza się, że “zachoruje” wasza kobieta. O ile w naszym przypadku, myśliwych i predatorów, spędzających godziny na tropieniu i upolowaniu zwierza, w warunkach najeżonych niebezpieczeństwami i śmiertelnymi pułapkami, deszczem, upałem, wilgocią i zimnem, choroby nie są niczym dziwnym, o tyle w przypadku kobiet nie ma to żadnego usprawiedliwienia. Siedzą całymi dniami w ciepłej i suchej jaskini, okryte futrami z upolowanych przez nas zwierząt, przygotowujące posiłki z upolowanych przez nas zwierząt, plotkując o koleżankach i najnowszych trendach w odzieży skórzanej przygotowywanej z upolowanych przez nas zwierząt. Nie ma jak zachorować. Z tego właśnie powodu - i mamy na to liczne dowody z wykopalisk - kobiety genetycznie i ewolucyjnie nie chorują. Lub też - nie powinny chorować. Lub też - nie powinny robić z tego wielkiego łolaboga.

        I tu przechodzimy do sedna. Nie powinny, ale jednak im się zdarza. No i wtedy jest ambaras. Gdyż kobieta, z jakiegoś powodu przekonana o posiadaniu takich samych praw jak mężczyźni, domaga się prawa do opieki podczas choroby. Takiej samej opieki jakiej z wielką łaską dostarczają nam, gdy przydarzy się nam czasem prawie śmiertelne 37 stopni gorączki lub krwawiący palec. Wiadomo, że my musimy wyzdrowieć szybko i skutecznie. Nie możemy się podczas choroby rozpraszać, całe siły organizmu rzucamy na chorobę. A dla kogo to wszystko? No przecież nie dla nas te polowania. Dla nich. Z naszej miłości. I trochę z ich narzekania:

- Siódmy raz w tym tygodniu mamut?
- Suknie ze skóry mamuta są już niemodne. Nie mógłbyś zapolować na tygrysa szablastozębnego?
- No co się tak wylegujesz? Słońce wstaje za 3 godziny. Leć po bułki i świeżą antylopinę.
         
        Przecież, bądźmy szczerzy panowie, każdy z nas potrafi przeżyć tydzień zużywając jeden talerz, jeden kubek, jeden komplet sztućców i jeden udziec mamuta. Dopóki nie ucieka, jest jadalny. Ale one nie. Więc wstajemy przed świtem, ruszamy na łowy, do sklepu, przedzierając się przez mrok, zimno, śnieg, grad i tygrysy. Wszystko dla naszych ukochanych. W zamian chcemy tylko móc spokojnie rzucić wszystkie siły na walkę z chorobą. W tych oczywiście rzadkich chwilach, gdy zdarzy nam się zachorować. Czy naprawdę podanie nam pilota leżącego poza zasięgiem naszej ręki to taki wysiłek? Naprawdę wymaga wzdychania i przewracania oczami? Czy podanie nam piwa z lodówki naprawdę jest takie trudne? Przecież, droga żono/narzeczono/kochanko, nie musisz się na nie czaić w mroku bez ruchu przez pięć godzin. Nie ryzykujesz stratowania przez stado uciekających piw. Nie musisz nieść stukilowego udźca z piwa przez 20 kilometrów. Sięgnięcie do lodówki - tak na marginesie wtarganej przez nas i naszych kolegów na plecach do jaskini na czwartym piętrze - i wyjęcie piwa jeszcze nikogo nie zabiło. W przeciwieństwie do niezaleczonej gorączki, skaleczenia czy kataru.

        Ten przydługi odrobinę wstęp służył jednemu celowi - bez najmniejszych wątpliwości dowieść, że nie dostajemy należącej się nam opieki w rzadkich chwilach ciężkiej choroby. Dowiedzione zostało. Wróćmy zatem do tematu tego wykładu.
        
        Tematem tego wykładu jest, że teraz choruje kobieta. Ni stąd ni zowąd, siedzi sobie spokojnie w ciepłej jaskini, plotkuje z koleżanką o najnowszych trendach w odzieży skórzanej i nagle bach - gorączka. No 40 stopni, myślałby kto, i już leży i nie ma siły ugotować obiadu. W dżungli to by jej jakieś niebezpieczeństwo groziło, ale w jaskini? Co na nią zapoluje w jaskini? No przecież nic, gdyż kto zadbał o bezpieczeństwo? Tak, mężczyzna. Oraz lekki ból gardła objawiający się chrypką, przez co, biedaczka, mówić nie może za bardzo. Na co - nawiasem mówiąc - jeszcze żaden mężczyzna nigdy się nie skarżył. Czasem dochodzi do tego podobno “okropny” ból głowy. Phi, żeby jedna z drugą wiedziała jak boli głowa odgryziona przez tygrysa, to by zredefiniowała znaczenie słowa “okropny”. Niemniej, niezależnie od okoliczności i sensowności tego przedsięwzięcia, kobieta czasem choruje i na nas, myśliwych i predatorów, spada obowiązek zadbania o domostwo. Jaskinię znaczy.

        Zadanie pierwsze: “posprzątaj”. Chora, z gorączką i “okropnym” bólem głowy kobieta stawia zadanie “posprzątaj”. Czy któremuś z Was, szanowni i czcigodni, wpadłoby podczas śmiertelnej choroby martwić się o porządek? Nie wpada nam to do głowy nawet w szczycie formy, a co dopiero podczas choroby. Podczas śmiertelnej choroby ważne jest, aby przygotować ostatnie słowa. Historia zapamiętuje ostatnie słowa. “Ja nie skoczę? Potrzymaj mi piwo” znają wszyscy, a czy ktoś zapamiętał jaki był wtedy bałagan/porządek w pokoju? No oczywiście, że nie, bo nikt na to nie zwraca uwagi. Ale ok, chora kobieta, bredzi w gorączce, posprzątamy.
Dwie minuty rozglądania się po jaskini później…
Na twarzy mina what the fuck. Gdyż rozglądamy się po jaskini, a tu wszystko w najlepszym porządku. Niczego do posprzątania. Zatem znikamy na godzinę z oczu chorej małżonki, odpalamy z Youtube dźwięk odkurzania i rozkoszujemy się chłodnym browarkiem.

        Zadanie drugie: “ugotuj”. Trochę bardziej zrozumiałe niż “posprzątaj”. Ale tylko trochę. Ugotuj? Gdy zawsze było “upoluj”? Kobieto! Mówisz do wytrawnego i wytrwałego myśliwego, zdolnego do wielogodzinnego czatowania bez ruchu na dogodny moment do ataku. Zdolnego do tropienia rannego mamuta przez wiele kilometrów. Do przyniesienia do domu 30-kilogramowego udźca z owego mamuta. Ale “ugotuj”? Dotychczas część pomiędzy “zrzuć mięcho w kuchennej części jaskini” a “spożyj przygotowany z niego posiłek” pozostawała dla nas ukryta w mrokach kuchni. Tymczasem bez przygotowania mamy w te mroki wkroczyć. Ale przecież jesteśmy nieulękłymi łowcami. Wkraczamy i bierzemy się do pracy. Gdzie tu się zapala światło? Jak ona to dzieli na takie małe kawałki? Ogień! Gdzieś tu powinien być ogień. Jak ona to rozpala? Przecież nasi przodkowie jedli to na surowo i żyją. Znaczy nie żyją, ale przyczyną był tyranozaur a nie surowa potrawa. I tak właśnie wymyśliliśmy tatara i sushi (następnego dnia).
        Drodzy koledzy. Mroki kuchni to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem tylko kilka dni wysłuchiwania rzucanych mimochodem “mówiłam ci, zostaw tego ochlapusa”, “a ten Janek spod dwójki jest ciągle wolny”, “co to za chłop, co nawet steku z mamuta nie umie przyrządzić”, “a Marta ze Zdziśkiem kupili nową jaskinię, a ten twój to niczego nie umie załatwić” i małżonka wraca do zdrowia, a my odzyskujemy możliwość zniknięcia na cały dzień na polowaniu. Czyli nareszcie spokój.

        Zadanie trzecie: “herbaty”. To taki napój. W przygotowywaniu napojów, wydawać by się mogło, jesteśmy od pokoleń nieźli. Tajemna wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie niczym u jakichś druidów. Napoje rozgrzewają nas podczas wielogodzinnych polowań, podczas rytualnych, wtorkowych, męskich rozmów o najnowszych trendach w dziedzinie broni miotającej antymamuciej. Krótko mówiąc - w warzeniu napojów jesteśmy nieźli. A przynajmniej tak się wydawało zanim nie zabraliśmy się do robienia herbaty. “Za gorąca! Chcesz mnie zabić? Pewnie żeby się bez problemów spotykać z tą lafiryndą spod trójki. Bez cukru? Pewnie, żałuj chorej żonie cukru. Tej lafiryndzie spod trójki pewnie byś 5 łyżeczek zasypał. A cytryna? Wiesz, że chory potrzebuje witamin, a ty mi bez cytryny. Już mnie nie kochasz. Takie wielki kawał cytryny? Jak mam to teraz pić jak cytryna wszystko zasłania? Herbata owocowa? Oszalałeś? Wiesz, że są radioaktywne? Teraz to już na pewno chcesz się mnie pozbyć. Bio, mówiłam wiele razy, że ma być czarna bio. Inne są hodowane przy drodze i zawierają ołów i inne świństwa. Chcę tylko bio, hodowane na odchodach młodych mamutów karmionych bio-trawą, zbierane o świcie w noc przesilenia wiosenno-letniego przez nastoletnie dziewice karmione tylko bio-herbatą. Nie obchodzi mnie, że dzisiaj niedziela i sklep zamknięty. Nie kochasz mnie. Chcę umrzeć. Idź po moją mamę. Gdzie idziesz? Wracaj tu. Przytul mnie. Odsuń się, nie lubię cię teraz. Przytul mnie. Nie zbliżaj się do mnie.”
        Szanowni koledzy. Sztuka zrobienia herbaty to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem kilka dni jak wyżej.

        Zadania czwarte: “lekarstwo”. U facetów to łatwo. Albo umieramy albo da się nas wyleczyć za pomocą napoju. W przygotowywaniu napojów jesteśmy nieźli, więc w domu zawsze jest jakieś lekarstwo na wszelki wypadek. W przypadku chorej żony odkorkowujemy lekarstwo, nalewamy odrobinę do szklanki i podajemy żonie. Chwilę później wykonujemy unik przed rzuconą, z niebywałą jak na chorą kobietę siłą, szklanką oraz robimy zdziwioną - całkowicie szczerze - minę. Gdyż nie takie to miało być lekarstwo. A gdzież my, kochanie, trzymamy lekarstwo? - pytamy grzecznie i potulnie, nie będąc pewnym czy chora małżonka nie ma pod ręką drugiej szklanki. “Boshe, przecież to oczywiste. W łazience, w szafce z detergentami, w puszce po kawie z napisem sól.” Trywialne.

        Po kilku dniach takiej mordęgi nawet najwytrwalszy z nas zasługuje na kilka tygodni odpoczynku. Czy dany nam będzie ten odpoczynek? Naiwni pomyślą, że owszem. Doświadczeni wiedzą, że nie. Jedyne na co możemy liczyć to niezbyt wiele pogardy i zniecierpliwienia w słowach “A ty co się tak po jaskini szwędasz? Nie dość się obijałeś przez ostatnie kilka dni? Weź się do jakiejś roboty.” Nie dyskutujemy, ale wykorzystując okazję udajemy się na wielodniowe polowanie na wściekłego tyranozaura na terytorium zamieszkanym przez krwiożerczych ludożerców, pełnym trujących roślin, wielkich ptaków drapieżnych, tygrysów szablastozębnych, skorpionów i komarów wielkości małego mamuta roznoszących nieuleczalne choroby. Należy nam się w końcu trochę odpoczynku.

środa, 3 czerwca 2015

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 20

        Szanowni koledzy, współtowarzysze niedoli. Nadchodzi w życiu każdego mężczyzny taki dzień, że jego kobieta - choćby nie wiem jak idealna wydawała się do tej pory - zada niewinne z pozoru pytanie: “Misiu*, a może poszlibyśmy w piątek potańczyć?”. Powiało grozą, co? Jednakże jako doświadczeni czytelnicy tego poradnika wiemy, że ani to pytanie, ani niewinne. I nie zmyli nas znak zapytania na końcu. Tak naprawdę to wykrzyknik, a dopuszczalne na to “pytanie” odpowiedzi to:

- tak, kochanie
- oczywiście, kochanie
- koniecznie na tę okazję musisz sobie kupić nową sukienkę, kochanie.

         Zatem z trudem powstrzymujemy bolesny odruch parsknięcia śmiechem**. Spoglądamy na naszą kobietę z poważnym wyrazem twarzy… Nie, jeszcze raz z trudem powstrzymujemy się od parsknięcia śmiechem. Powstrzymujemy się również od wygłaszania przychodzących nam do głowy, idealnych na taką okazję cytatów z kultowych, polskich komedii jak np “Czy tobie czasem, Wąski, sufit na łeb się nie spadł?”. Można pomyśleć, ale ostrożnie, żeby się na głos nie wyrwało. Bo też potem boli. Długo.

        Tańce zatem. Wiedzcie, szanowni koledzy, że gdy padnie słowo “tańce” to los wasz już przesądzony, wyrok został wydany i zostanie wykonany. Można jedynie powalczyć o odroczenie egzekucji...

         Pan tam z siódmego rzędu, proszę się tak nie uśmiechać. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu tańca na rurze**** kobiety nie uznają za taniec, na który chciałyby się wybrać. Tańca brzucha też nie. W temacie tańców, jak widać, kompletnie się nasze definicje nie zazębiają. nic a nic. Już nie tak wesoło, co?

         ...egzekucji. W celu odroczenia egzekucji dozwolone są wszelkie środki. Legalne i nie. Zakazane przez konwencję genewską i nie. Humanitarne i nie. Można płakać, błagać, padać na kolana. Można straszyć i grozić. Można się obrażać i strzelać fochy. Wróć - faceci nie strzelają fochów. Można się obrażać i mieć uzasadnione pretensje. Można nie mieć odpowiedniego obuwia, kurtki, płaszcza, krawata, skarpetek - cokolwiek przyjdzie wam do głowy. I tak nie zadziała. Zyskacie kilka minut, które ona przeznaczy na pobłażliwe spojrzenie, po czym zacznie dzwonić do koleżanek z informacją, że - uwaga - zabieracie ją na tańce. Wy! Ją! Nie odkryliśmy jeszcze, dlaczego koleżanki muszą o tym wiedzieć, ale muszą. Choć wolelibyśmy oczywiście, aby świadków naszego upokorzenia było jak najmniej. Najlepiej zero.

         Dlaczego w ogóle taniec to takie przerażające dla mężczyzn zjawisko. Otóż mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, ewoluowali ku celom praktycznym i pożytecznym. Nie ma nic pożytecznego ani praktycznego w podrygiwaniu w rytm muzyki. Żeby to chociaż jakoś ustandaryzowane było, to by się człowiek dał radę tego nauczyć. Ale gdzie tam, każdy tańczy po swojemu, każdy do innej muzyki. No nie do ogarnięcia. A my nie lubimy niepraktycznych, niepożytecznych rzeczy nie do ogarnięcia. Stąd nasza legendarna, genetycznie uwarunkowana niechęć do tańca. Faceci nie tańczą. Tak już jest i z tym się nie dyskutuje. Zresztą czy widział ktoś tańczących ze sobą facetów? Nie, bo żaden uczciwy facet nie robi tego dla samej wątpliwej przyjemności tańczenia. Robimy to dla kobiet. Albo przez kobiety. Czy taniec przydaje się wojownikowi w boju? Czy przydaje się predatorowi polującemu na tyranozaury? Nie przydaje. Dlatego ewolucja nie umieściła go w arsenale naszych umiejętności. Koniec. Kropka. Finito. Nie tańczymy i już.

        A teraz wróćmy do tematu, że jednak musimy zatańczyć. Kobiety, które - jak widać - w czasie ewolucji miały za dużo wolnego czasu, zapragnęły ten czas wykorzystać w sposób niepraktyczny i bezużyteczny. Jak to kobiety. Wymyśliły więc taniec. Nie powiem, fajnie się to czasem w ich wykonaniu ogląda. Zwłaszcza taniec brzucha i taniec na rurze. Ale żeby od razu brać w tym udział? Jak więc to odwlec? Szczęściarzom uda się załatwić zwolnienie lekarskie. I lepiej niech będzie dobre, bo nawet ZUS tak zwolnień nie prześwietla, jak kobieta podejrzewająca, że chcemy się wymigać od tańca. Ale zwolnienie nie będzie wieczne. Niektórym uda się może na kilka dni wyjechać w delegację, odpocząć i psychicznie przygotować się do nadchodzącego nieszczęścia. Potem niestety trzeba kombinować już mocniej. Kino, kolacja i wino załatwiają sprawę na jeden wieczór. Stosunek kosztów do zysków jest więc kompletnie nieakceptowalny. Spacer, też jeden wieczór, ale prawie za darmo. Trzeba tylko pamiętać, żeby się nie zapędzić w okolicy zamieszkane przez ludzi, bo gdzieś tam ktoś może zorganizował imprezę taneczną. Kąpiel z pianką dla wybranki - koszt zerowy, można - jak już się rozluźni - wytargować z tydzień.

        Co byśmy jednak nie robili, jakich środków nie używali, nadchodzi dzień, od którego nazwę wzięła druga część Terminatora, Dzień Sądu. Dzień, w którym pokornie spuszczamy głowę, rozglądamy się, czy nikt znajomy nas nie widzi i idziemy z wybranką naszego serca (lub rozumu, zależy co kto preferuje) pokiwać się na parkiecie. Gdyż tańcem w żaden sposób nazwać się tego nie da.


* Kotku, Skarbie, Kochanie - ich perfidia w zmiękczaniu nas jest niezmierzona.
** Samo parsknięcie śmiechem oczywiście bolesne nie jest***, bolesny jest srogi kuksaniec w żebro chwilę PO parsknięciu śmiechem.
*** Chyba, że ktoś ma akurat złamane żebra.
**** Taniec na rurze jest, jak się okazuje, dyscypliną sportową. Nazywa się to poledancing. Od dziś nie gapimy się na laski na rurze, tylko oglądamy sport.

piątek, 16 stycznia 2015

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 19

        Szanowni Koledzy. Drodzy towarzysze. Niedoli oczywiście. Otrzymujemy od naszych przyjaciół z całego świata rozpaczliwe listy. Listy, w których niepokój miesza się z bezsilnością, rozpacz z przerażeniem, a niewypowiedziane pytanie wisi nad nimi w powietrzu. "Jak żyć", szanowni koledzy, "jak żyć z kobietą po seksie". A w zasadzie - o czym z nią pogadać. A w zasadzie, szanowni koledzy w niedoli, pytanie brzmi : "o czym z nimi po seksie NIE rozmawiać? ".

        Mieliśmy już kurs na temat seksu. Wiemy więc na ten temat wszystko. Przynajmniej w teorii. Co oczywiście nie znaczy, że rozumiemy. No bo kto by zrozumiał, że najpierw trzeba je tygodniami na seks namawiać. I jak już je w końcu przestanie boleć głowa, skończy im się trwający 3 tygodnie okres, nie będą zmęczone, wyczerpią się pozostałe wymówki i łaskawie wyrażą zgodę, to następuje całodzienna gra wstępna. Gra, której zasady nie są nam znane, więc możemy bez ostrzeżenia przegrać w każdej chwili. Cały dzień chodzenia na palcach, mówienia 'dzień dobry' i 'proszę', mówienia komplementów i innych bzdur. Kto by zrozumiał jak im się chce to wszystko dla 30 sekund przyjemności. Nam potrzeba po prostu tych 30 sekund i już. Ewolucja ewidentnie coś skopała w ich przypadku.

        Ale nie o tym miało dzisiaj być. I nie będzie. Będzie o tym co potem. Gdyż mężczyzna, jako istota ewolucyjnie bardziej doskonała, po seksie fizycznym potrzebuje seksu intelektualnego. Kobieta wiadomo, seks, papieros, odwraca się tyłkiem (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da) i poszłaby spać. Mężczyzna natomiast, mężczyzna, choć łowca i predator w nim drzemie, to jednak aż kwiczy do stymulującej rozrywki intelektualnej. Pogadałby, no. Ale przecież nie o teleportacji, nie o zimnej fuzji, nie o kryptografii kwantowej, a już zwłaszcza nie o świeżo odkrytej planecie podobnej do Ziemi - Kepler 186f. O tym to sobie możemy z kolegami przy piwie porozmawiać. Z kobietą po seksie nie próbujcie. Odpowiedzią będzie tylko przeciągły jęk. I - zapewniam - nie będzie to jęk rozkoszy.

        O czym więc? - zapytacie, o naiwni i uciemiężeni. Wszak przeciętny mężczyzna, istota inteligentna i oczytana, może wyrwana z najgłębszego snu rozmawiać o literaturze i sztuce nawet. Tu zaś erystyczne zapędy trzeba dostosować do uroczej wprawdzie niewiasty, lecz tyłkiem odwróconej (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da) i ochoty na dialektyczne spory niewykazującej.

        W przeciwieństwie do kobiet, które na problemy reagują emocjonalnie, a często nawet - nie bójmy się tego słowa - histerycznie (na co mamy liczne udokumentowane przypadki historyczne), podeszliśmy do tematu w jedyny rozsądny sposób, czyli naukowo i metodycznie. Za pomocą testów na żywych, niczego niepodejrzewających organizmach naszych żon, narzeczonych, dziewczyn, kochanek. Z racji dużego zagrożenia urazami do testów przystąpili wyłącznie ochotnicy. Cześć ich pamięci. Obiekty testowe zostały podzielone na 4 grupy.

Grupa 1: mężczyźni po seksie, po tym jak już kobieta zapaliła i odwróciła się tyłkiem (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da), zaczynali prawić dyrdymały... wróć... komplementy na temat tego jak wspaniały był to seks i że to na pewno jej zasługa, gdyż była cudowna, wspaniała, i w ogóle niezapomniana. A poza tym to jest piękna, inteligentna, ma wspaniałe poczucie humoru, niemalże jednorożec wśród kobiet. Słowem - skupiali się na pozytywnych cechach kobiet. Chwała im, gdyż wiemy, że łatwe to nie było.

Grupa 2: mężczyźni po seksie, po tym jak już kobieta zapaliła i odwróciła się tyłkiem (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da), poruszali tematy z szeroko rozumianej kultury i sztuki. To akurat łatwizna, bo o tym to my zawsze i chętnie. Któż by chętnie nie pogadał o muralizmie meksykańskim, o wyższości neoimpresjonizmu nad strukturalizmem, o czołowych malarzach nurtu color field painting, tudzież o ulubionych kawałkach Mozarta czy Straussa, albo o tegorocznych nominacjach do literackiej Nagrody Nobla.

Grupa 3: mężczyźni po seksie, po tym jak już kobieta zapaliła i odwróciła się tyłkiem (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da), poruszali tematy bliskie przeciętnej kobiecie: najnowsze trendy w dziedzinie manicure, najnowsze osiągnięcia w technice mikrodermobrazji, modne w tym sezonie fryzury oraz że czarny jest passe. I temu podobne dyrdymały.

Grupa 4: mężczyźni po seksie, po tym jak już kobieta zapaliła i odwróciła się tyłkiem (cóż z tego, że zasadniczo fajnym, jak dotknąć nie da), usiłowali rozmawiać na tematy, które powszechnie - i błędnie - uważa się za domenę mężczyzn. O wyższości piłki nożnej nad koszykówką. Bez sensu, bo jedynym sportem związanym z piłką, który nas interesuje jest siatkówka plażowa kobiet. O samochodach. Bez sensu. Po co mielibyśmy gadać o samochodach? Relacje z targów samochodowych oglądamy tylko po to, żeby popatrzeć na hostessy. O piwie z kolegami. A o czym tu niby rozmawiać? Toż wiadomo, że piwo to tylko wymówka dla żony/narzeczonej/dziewczyny. Przecież nie uwierzy, że idziemy pogadać o bozonie Higgs-a, teleporacji albo zimnej fuzji. I w pięknej główce zaczną kiełkować absurdalne przecież podejrzenia, że na pewno idziemy do kochanki. My? Wzorce wierności i piewcy monogamii? Do kochanki? Proszę was. Zatem mówimy, że idziemy na piwo. Pijemy potem to piwo w trakcie rozważań czy lepiej stosować do obliczeń równanie Schrödingera czy macierze Heisenberga. Nie dlatego, że lubimy. Przecież to nawet słodkie nie jest i żaden facet nie pije tego dobrowolnie. Pijemy, bo to najtańszy napój w knajpie. Nawet woda jest droższa. A czymś trzeba nawilżać wysuszone dyskusją usta.

        Ruszyli więc nasi dzielni ochotnicy w świat testować opcje. Niejeden odniósł przy tym ciężkie obrażenia. Niejeden został psychicznie złamany. Wielu poświęciło tym badaniom najlepsze lata swojego życia. Cześć ich wszystkich pamięci.

        A jaki wniosek? - zapytacie. Wniosek definitywny, niepodlegający dyskusji. Nieoczekiwany i absolutnie zaskakujący. Udowodniony naukowo. A jednocześnie potwierdzający legendarną, męską intuicję. Najbezpieczniejsze bowiem okazało się to, co tysiące mężczyzn na całych świecie stosują instynktownie od lat. Najbezpieczniej bowiem, moi drodzy przyjaciele w niedoli, jest zapalić po seksie papierosa i odwrócić się tyłkiem.

Tylko skąd, do cholery, one to wiedziały?

środa, 1 października 2014

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 18

        Foch, panowie i towarzysze niedoli, foch jest u kobiet zjawiskiem tak niemalże przewidywalnym jak okres. Jeśli dawno nie było to wkrótce będzie. Nauczymy się zatem jak poradzić sobie z kobietą, która z miłej i uroczej niewiasty pląsającej z gracją po domu zamieniła się w dyszącą żądzą zemsty krwawą harpię poruszającą się po owym domu z nonszalancją rozpędzonej dywizji pancernej oraz pozostawiającą ślady pazurów w kuchni na gresie o twardości 9 w skali Mohsa. Oczywiście bez żadnego danego przez nas powodu, bo jakże by inaczej.
         Foch jest zjawiskiem o tyle interesującym, że niewyszkolony nieszczęśnik może focha nie zauważyć nawet przez kilka dni. Jak mawiają internetowi starzy mędrcy do młodych internetu adeptów: "Chcesz wiedzieć jak to jest w związku? Dzisiaj dowiedziałem się, że od trzech dni biorę udział w kłótni". Niektórym, jak widzę, wydało się to zabawne. Cóż, może jest zabawne. Chyba że właśnie się dowiedziałeś, że od trzech dni bierzesz udział w kłótni. Nauczymy się dzisiaj jak przeżyć focha żeby nie bolało. Co należy rozumieć jako "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".

1. Przed fochem właściwym.
        Jako że, jak wspomniałem, nie ma żadnych objawów zbliżającego się focha to nie sposób się do focha przygotować. Foch uderza znienacka, celnie, boleśnie i bezlitośnie. I zawsze w sytuacji gdy jesteśmy najmniej na to przygotowani. Co ja mówię. Nigdy nie jesteśmy przygotowani. Zawsze zaskoczeni. Zawsze szczerze. Zatem skoro nie sposób przygotować się na histeryczny wybuch irracjonalnej agresji, jak sobie radzić? Żyć panowie. Korzystać z nielicznych błogich chwil spokoju. Robić to co zwykle robią mężczyźni, gdy nie muszą zajmować się pierdołami wymyślanymi przez kobiety i udawać maczo żeby im imponować. Poczytać książkę, obejrzeć film, pójść do teatru, poeksperymentować w piwnicy nad zimną fuzją albo popracować w schronisku dla piesków jako wolontariusz. Korzystajcie z życia, panowie, gdyż nie wiecie kiedy nadejdzie foch właściwy. Albo nadszedł.

2. Foch właściwy.
        Przyjęliśmy dla potrzeb tego kursu, że fochem właściwym nazywamy focha od momentu, w którym dowiedzieliśmy się, że on trwa. Nic nie możemy zrobić z tymi kilkoma dniami kiedy foch trwał bez naszej wiedzy, nie ma zatem żadnego sensu zajmować się tym okresem.
        Dowiedzieliśmy się zatem o fochu. Krokiem pierwszym jest zamknąć otwarte ze zdziwienia usta. Krokiem drugim uszczypnąć się w celu upewnienia się, że nie śnimy. Z doświadczenia powiem, że nigdy nie śnimy. Również z doświadczenia, że zawsze jednak się szczypiemy. Po dłuższej chwili jesteśmy w końcu gotowi do podjęcia kroków.

        Etap 1 - Kobieta mówi o co chodzi
        Na tym etapie lepiej milczeć. I dać się wygadać. Jak mówi stare indyjskie przysłowie "żmija, która dużo mówi słabo kąsa". Milczenie nie jest trudne, gdyż ciągle jesteśmy w szoku. Zatem kobieta mówi o co rzekomo chodzi. Mówi. Mówi. Mówi, mówi, mówi, mówi, macha rękami, mówi, pokazuje na coś palcem, mówi, mówi. Kiwamy głową z udawanym zrozumieniem i milczymy. Kluczowe na tym etapie jest milczenie.

        Etap 2 - Próbujemy się dowiedzieć o co właściwie chodzi od 3 dni.
        Bo przecież nie mamy najmniejszego pojęcia o czym kobieta mówiła machając rękami przez ostatnią godzinę. Grzecznie pytamy zatem “ale o co chodzi kochanie?” Tu kobieta przystępuje do rzeczowego wyłożenia swoich racji, ze szczególnym ale delikatnym naciskiem na rzeczy, które jej zdaniem mogliśmy zrobić inaczej, gdyż byłoby to ku naszej wspólnej korzyści…
       
        Wyrazy niedowierzania na twarzach jak najbardziej uzasadnione. Gdyż odpowiedzi na pytanie “ale o co chodzi kochanie?” możliwe są przeróżne, ale rzeczowe wyjaśnienie o co naprawdę chodzi nie jest jedną z nich. Nigdy. Najpopularniejsze odpowiedzi to:
  1. Litania z kroku pierwszego, jednak mówiona i machana rękami głośniej i dynamiczniej. Co jest uzasadniane bezpodstawnym oczywiście twierdzeniem, że nie słuchaliśmy. Słuchaliśmy, ale rzeczy irracjonalne trudno nam się utrwalają.
  2.  “O nic”. Powtórzone 5 razy po naszym powtórzonym 5 razy pytaniu “ale o co chodzi kochanie?”.
         W obu przypadkach ciągle nie mamy najmniejszego pojęcia o co chodzi. “Już mnie nie kochasz” to oczywista bzdura i przykrywka mająca na celu zamaskowanie prawdziwego problemu, zapewne o dużo cięższym kalibrze. Głosem cichym, jednostajnym i łagodnym - tak się uspokaja dzikie, wściekłe bestie wg Animal Planet - przemawiamy do niewiasty do czasu, aż uzyskamy upragnioną odpowiedź. Która nieodmiennie wprawia nas w kolejne zdumienie. “Nie zauważyłeś mojej nowej fryzury”, “Od dwóch tygodni nie wywierciłeś dziury w ścianie”, “Miałeś poodkurzać”, czy zupełnie absurdalne “Kupiłeś nową koszulę, więc na pewno masz kochankę”. Powodem do focha może być cokolwiek. Potencjał naszych, uroczych skądinąd, towarzyszek życia w kwestii wymyślania zabawnych powodów do focha jest - zaprawdę powiadam wam - niezmierzony. Nie sposób być przygotowanym na wszystkie, więc mamy na to tylko dwie rady: nauczyć się szybko zbierać szczękę oraz parskać śmiechem tylko i wyłącznie wewnętrznie.

        Etap 3 - Negocjacje w celu zakończenie focha.
        Etap ten, w zależności od tego kto został uznany winnym może mieć dwa zakończenia.
                1. To nasza wina.        W przypadku, gdy foch jest uzasadniony i to nasza wina, gdyż np zapomnieliśmy o 10 rocznicy ślubu, imieninach ulubionej cioci, 2000 dni od pierwszego pocałunku po 5 rocznicy pierwszego pocałunku, albo że mieliśmy kupić rano mleko przystępujemy do procesu przepraszania, kajania, obiecywania poprawy i innych nierealizowalnych bzdur, których nasza jedyna niewiasta sobie zażyczy. Nie sposób ich oczywiście dotrzymać. Ba, rano nie będziemy pamiętać ani co obiecywaliśmy, ani że w ogóle był jakiś foch.
                2. To nie nasza wina.        Buahahahaa :) Żartowałem oczywiście. To ZAWSZE nasza wina. Patrz procedura z punktu 1.

3. Po fochu.
        Najkrócej mówiąc - skocz do punktu 1. Gdyż punkt 3 to nic innego jak punkt 1 przed następnym fochem. Który nadejdzie wkrótce. Lub nadszedł.


         Wspominałem na początku, że foch, niczym okres, jest nieunikniony. Otóż jest. Niestety, o ile okres przychodzi w miarę regularnie, o tyle foch nadchodzi niespodziewanie. Taki paradoks. Wiadomo, że będzie. Wiadomo, że w miarę regularnie. A jednak jak już jest to okazuje się, że trwa od trzech dni. I nie ma żadnego sposobu na zmianę tego stanu. Mam jednak nadzieję, że ten skrócony poradnik pozwoli wam, moi drodzy towarzysze niedoli, przeżyć focha tak "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".

środa, 3 września 2014

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 17

        Czy nam się to, Szanowni Koledzy, podoba czy nie, w małżonkach naszych, a czasem niekoniecznie jeszcze małżonkach, wzbudzają się tak zwane uczucia macierzyńskie. Nieszczęście to jest nieuniknione. Niech się zatem nie cieszą ci, których jeszcze to nie spotkało. Spotka. Spadnie na was niczym jastrząb na niespodziewającą się niczego ptaszynę. Zakończy błogi czas. Zniknie spokój i błoga cisza o poranku. Skończą się noce przespane w całości. Wasze domostwa zapełnią się pieluchami i mlekiem w proszku. Odwieczna trasa radości w supermarkecie (piwo, papierosy, gazeta) zamieni się w trasę rozpaczy (pieluchy, mleko, artykuły dla niemowląt). Wasza praca, która do tej pory była przykrym obowiązkiem, stanie się - wiem, trudno w to uwierzyć - jedynym miejscem, w którym zaznacie wytchnienia i złapiecie niczym niezakłócaną drzemkę. Zatęsknicie za sąsiadem rzeźbiarzem. Słodki dźwięk wiertarki udarowej próbującej wryć się w żelbetonową ścianę wyda się śpiewem skowronka. W dodatku śpiew wiertarki skończy się najwyżej o 22, podczas gdy wycie... wróć... słodkie odgłosy wydawane przez potomka skończą się w 2032.
Ale zanim do tego dojdzie czeka was 9 miesięcy gehenny. Gehennę ową podzielić możemy na 3 części.

Część pierwsza, zwana roboczo "W zasadzie niegroźna" - miesiące 1-3.
        To tytuł jednej z książek Douglasa Adamsa. Genialnych, muszę dodać. Ów tytuł całkiem nieźle oddaje również poziom niebezpieczeństwa jaki nam grozi. należy jednak zachowywać podstawowe środki bezpieczeństwa. Przede wszystkim nie wolno dać się zaskoczyć z głupią miną, gdy małżonka wasza, tudzież niekoniecznie jeszcze małżonka (problem się zaczyna gdy to małżonka, ale nie wasza - ale o tym w innej części), wychodzi z łazienki z miną radosną niosąc w uniesionej triumfalnie dłoni, wyciągniętej nie wiedzieć czemu w waszym kierunku niczym światełko nadziei (wersja męska: ogień piekielny), radosną nowinę (wersja męska: klątwę na lata), test ciążowy (wersja męska: test ciążowy) z wynikiem pozytywnym. Przy czym "pozytywnym" w rozumieniu kobiet zasadniczo różni się w tym przypadku od "pozytywnym" w rozumieniu męskim. Dla ułatwienia dodam, że test jest z wynikiem pozytywnym w wersji kobiecej. A więc zmierza w waszym kierunku żona (lub jeszcze niekoniecznie żona (lub w najgorszym przypadku żona kogoś innego)) z uśmiechem i ekstazą na twarzy. I tu należy wykazać się refleksem, gdyż jest to moment, w którym chwila zawahania w okazywaniu nieumiarkowanego entuzjazmu skończy się wielogodzinnymi szlochami, histerią, migreną, "nie kochasz mnie", "nie kocham cię", "idź sobie", "dokąd idziesz, jak możesz zostawiać mnie samą w takim stanie", "nie dotykaj mnie", "przytul mnie", "kocham cię", "nienawidzę cię". Zatem nieumiarkowany entuzjazm. Choć sam moment niebezpieczny jest absolutnie nieprzewidywalny, to jednak wcześniejsze ćwiczenia przed lustrem pozwolą zamaskować wyraz zaskoczenie i przerażenia na twarzy. Wyjściem awaryjnym jest przytulić wybrankę swego (lub czyjegoś) serca. "Po cóż?" - zadacie pytanie. Ano po tóż, aby wybranka nie widziała waszej przerażonej twarzy.
        Przeżyliśmy zatem moment najtrudniejszy części pierwszej. Do końca trzeciego miesiąca pozostaje nam tylko uśmiechać się sztucznie, przeżyć nalot ciotek, babek, koleżanek, mamy i teściowej, gorąco i żarliwie zapewniać jak jesteście szczęśliwi i że jeszcze nie wybraliście imienia oraz zaplanować przeróbkę waszego pokoju z kinem domowym na sypialnię dla malucha. Tak, ulubiony fotel wylatuje i zostanie zastąpiony łóżeczkiem. Modele samolotów wylatują i zostaną zastąpione zabawkami. Kolekcja Playboy-ów wylatuje i zostanie zastąpiona kolekcją bajek różnych narodów. Niewiasta w tym okresie jest "w zasadzie niegroźna". Byle nie usłyszała Waszej odpowiedzi na pytanie kolegi:

"- Słyszałem, że twoja żona jest w ciąży. Musisz być teraz szczęśliwy.
- Muszę".

        Rozkoszujcie się, gdyż nieuchronnie nadciąga część druga. Ale zanim to nastąpi należy koniecznie wrzucić na facebook-a zdjęcie USG, na którym wasza małżonka widzi dzieciątko a wy i reszta świata - plamę. Koniecznie ze słitaśnym podpisem.

Część druga, zwana roboczo "Będę rzygać" - miesiące 4-6.
        Skąd nazwa robocza, zapytacie o naiwni. Stąd, że "będę rzygać" to słowa, które będziecie teraz słyszeć najczęściej. We wszystkich sytuacjach. Czasem poprzedzone to zostanie wyrażonym wcale nie w tonacji proszącej krótkim: "z drogi!!!". Oczywistym jest, że niewiasta w tym okresie raczej nie będzie dysponować ponadprzeciętnym poczuciem humoru. "A kiedykolwiek dysponuje?" - zapytałby ze złośliwym uśmieszkiem mój przyjaciel. I czasem trudno się nie zgodzić. Z racji wyjątkowego w tym okresie braku poczucia humoru zalecamy mocno, aby powstrzymać się od skierowanych do niej lub w jej pobliżu dowolnych komentarzy, które mogą być odebrane nieprzychylnie. A że przeciętna kobieta potrafi odebrać nieprzychylnie cokolwiek, po prostu należy milczeć. Tyle ile się da. Zwłaszcza! Powtarzam - zwłaszcza! - należy unikać wszelkich uwag na temat jej wagi. Niewiasty obsesyjnie dbając o linię, przez całe życie jedząc jogurty light z trocinami na obiad, nagle gwałtownie przybierają na wadze. Jeśli nie chcecie dostać się w obroty jej ambiwalentnych bardzo uczuć (z jednej strony "moje dziecko rośnie", z drugiej "robię się gruba") - zaprawdę powiadam wam - zamilknijcie. Legendarne męskie poczucie humoru w starciu z kobietą w drugim trymestrze ponosi sromotną porażkę. Dla waszego dobra - zamilknijcie.
        Nadciąga nieuchronnie część trzecia. Ale zanim to nastąpi na facebooka wrzucamy zdjęcie rosnącego brzuszka. Żeby podkreślić jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, brzuszek musi być z uśmieszkiem lub napisem "loading..." i paskiem postępu. Koniecznie ze słitaśnym podpisem.

Część trzecia, zwana roboczo "To już wkrótce" - miesiące 7-9.
        Najgorsza. Zdecydowanie. Po części z powodu nieuchronnie zbliżającego się nadejścia potomka, czyli końca wolności, swobody i wysypiania się. Po innej części z powodu tego, że nie można już wypić jak człowiek cywilizowany 4 piw podczas meczu, gdyż "to już wkrótce" oznacza, że w każdej chwili może wystąpić konieczność zawiezienia małżonki (lub niekoniecznie jeszcze małżonki) do szpitala. Jakby nie mogła poczekać do końca meczu. Szczególnie trudne w tym okresie jest wyżywienie kobiety. Nie może ona albowiem, jak normalni ludzie, zjeść kanapek. O nie, to by było zbyt proste. Zwyczaje żywieniowe kobiety w trzecim trymestrze stają się... powiedzmy - nieprzewidywalne. Koniecznie należy wyznaczyć sobie najkrótszą drogę do sklepu spożywczego. Gdyż pokonywać ją będziecie wielokrotnie. Najlepiej całodobowego. Gdyż pokonywać ją będziecie w przeróżnych godzinach. Nasze badania statystyczne wykazują, że można znacząco zmniejszyć liczbę wyjść do sklepu posiadając w lodówce zapas kiszonych ogórków, śledzi, lodów i czekolady. Dania te, w konfiguracjach dowolnych, z jakiegoś powodu na liście żądań - bo przecież nie życzeń - występują najczęściej.
        Istnieje niebezpieczeństwo, iż kobieta wpadnie na absurdalny przecież pomysł, naszego uczestnictwa w tak zwanej "szkole rodzenia". Pojęcia nie mamy po co każą nam tam chodzić. Przecież mężczyźni nie rodzą dzieci. To nie nasza wina zresztą. Gdybyśmy rodzili, to na pewno nie byłoby z tym tyle ceregieli. "Sorry chłopaki, odpuszczę kolejkę, bo muszę urodzić. Zaraz wracam." Tak, tak właśnie by było. I nikt nie udowodni, że nie.

        Po trzech miesiącach tej katorgi nawet najwytrwalszy mężczyzna marzy o tym, aby jego potomek, niewątpliwie nadzieja ludzkości na lepszą przyszłość, raczył wreszcie pojawić się na świecie. Jesteśmy wrażliwi i widok krwi źle na nas działa, więc najlepiej gdyby nasza obecność nie była w tym momencie wymagana. Zresztą jest mecz. Po wszystkim wrzucamy na facebook-a zdjęcie dopiero co narodzonego potomka. Najlepiej ze słitaśnym podpisem. I staramy się nie obrażać na koleżanki żony piszące jakie to podobne do tatusia, myśląc, że to komplement. Choć wszyscy wiedzą, że nazywanie nowo narodzonego dziecka "ładnym" wymagałoby rewolucji w znaczeniu słowa "ładny". Następnie wrzucamy na facebook-a wszystkie zdjęcia dziecięcia jakie wpadną nam w ręce. Jeśli my mamy przechlapane, to dlaczego nasi znajomi mieliby mieć spokój? W międzyczasie odbieramy zasłużone gratulacje od kolegów i rodziny. "Gratulacje stary", "dobrze się spisałeś, chłopie", "dobra robota". Jakby było w tym coś dziwnego.

czwartek, 24 lipca 2014

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 16

        Mężczyzna, moi drodzy koledzy, prawdziwy mężczyzna musi czasem wyjść z kolegami. Tylko z kolegami. Żadne tam “może wpadnę z dziewczyną” albo “bo Krysia nalegała, żeby ją zabrać”. Również żadne “dzisiaj nie mogę, jadę z żoną kupować śpioszki dla dziecka”. Zostawmy babskie zajęcia kobietom. Męski wieczór to męski wieczór. Czasem przechodzący w noc, ale jednak wieczór. Jedyne kobiety dozwolone na męskim wieczorze to barmanki, kelnerki, striptizerki i Jessica Alba. Najlepiej w roli striptizerki.
        “Łatwo powiedzieć” powiecie. I macie niestety rację. Męski wieczór od czasu do czasu, z niezrozumiałego dla nikogo powodu, nie spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem naszych żon, narzeczonych, dziewczyn, kochanek. Zaprezentujemy na dzisiejszym wykładzie podstawy teoretyczne uzyskiwania pozwolenia na wyjście na męski wieczór, zachowania na męskim wieczorze w obliczu nieuchronnych kontroli ze strony naszych kobiet oraz w miarę bezpiecznego powrotu do domu. Przy czym, muszę od razu wyjaśnić, niebezpieczeństwo nie tkwi w tym, że w drodze do domu spotkamy kibiców lokalnego klubu. Tudzież zajadłych przeciwników uczciwej pracy, a zarazem zwolenników zdobywania przy pomocy łagodnej perswazji (“Portfel i komóra albo w ryj”) środków wcześniej uczciwą pracą zdobytych przez innych. Nie stanowi również niebezpieczeństwa przedarcie się przez pełną głodnych piranii i krokodyli rzekę. Jak również błahostką jest opędzanie się po drodze od wilków i innych groźnych drapieżników. Prawdziwe bowiem niebezpieczeństwo czai się tuż za bezpiecznym - wydawałoby się - progiem własnego domu. Ale o tym później.

         Męski wieczór co do zasady dzieli się na trzy części: wyjście z domu, wieczór właściwy i - wspomniany już - najbardziej niebezpieczny powrót do domu.

1. Wyjście z domu.
        Sam proces opuszczania domu nie jest właściwie niebezpieczny. Jak już go opuścimy to niebezpieczeństwo trafienia patelnią przez wściekłą małżonkę spada niemalże do zera. Dlaczego zatem wyróżniamy ten etap? Ano dlatego, że - o czym wszyscy pozostający w stałych związkach już dawno się przekonali - mężczyzna nie może ot tak sobie wyjść z domu.

- “Kochanie, wychodzę”
- “Oczywiście, skarbie” - nie usłyszał nigdy żaden mężczyzna. Usłyszał za to “Zara, dokąd. Śmieci wyrzucone? Znowu się idziesz schlać z tymi opojami? Przecież byłeś w zeszłym roku. Ileż można? Pewnie idź sobie, zostaw mnie tutaj samą, nie interesuj się mną, baw się dobrze. Gdzie idziesz? Masz zostać! Nie przytulaj mnie, nic nie wskórasz! Mówiłam idź sobie. Będę u mamy. Idziesz? W ogóle Cię nie obchodzi, że będzie mi przykro.” Logiki, jak widać, nie ma w tym żadnej, ale kto by tam od kobiet oczekiwał logiki. Niemniej z wypowiedzi tej wynika jednoznacznie - idź a pożałujesz.
        Młodzi i niedoświadczeni oczywiście nie słuchają rad starszych i przez los i swoje kobiety doświadczonych. Prawie każdy z nich raz w życiu, dokładnie raz, próbował po prostu wyjść nic nie mówiąc i wrócić rano. Niektórym wyjść się nawet udało. Kobieta zaskoczona tą niebywałą bezczelnością nie zdążyła zareagować na czas i małżonek szczęśliwie uniknął kary wychodząc. Z tym większą zajadłością małżonka przygotuje się na jego powrót.
         Jak zatem wyjść bezpiecznie? Podstawowa strategia opiera się na wcześniejszym zaspokojeniu swej kobiety. Nie mówię oczywiście o seksie, choć może on być jednym z elementów. Kobieta musi być zaspokojona psychicznie, emocjonalnie i zakupowo. Mniej więcej 2 tygodnie przed wyjściem należy wzmóc prawienie komplementów z zaskoczenia. Swoją robotę zrobią również “spontaniczne” przytulenia. Można zabrać wybrankę na zakupy i pozwolić jej kupić kolejną, niepotrzebną parę butów. Kupowanie butów zaspokaja je zakupowo, psychicznie i emocjonalnie. Nasi naukowcy ciągle wahają się czy seksualnie również. Idealnie by było gdyby w tym okresie wybranka naszego serca wybrała się gdzieś z koleżankami. Można to subtelnie zasugerować jakiejś koleżance wybranki. Propozycja wychodząca od koleżanki wyda się mniej podejrzana. “Ale czy trzeba tak tyrać aż przez dwa tygodnie” zapytacie. Otóż trzeba. Potwierdziliśmy doświadczalnie, że okres krótszy niż dwa tygodnie wzbudza w miłości niewątpliwie naszego życia podejrzenie, że to wszystko po to aby uzyskać zezwolenie na własne wyjście. Z kolei okres dłuższy niż dwa tygodnie powoduje przyzwyczajenie, wskutek czego po powrocie z męskiego wieczoru i oczywistym zaprzestaniu zbędnych już działań urabiających dama serca naszego zaczyna odczuwać efekt odstawienia. I zaczyna truć, a tego przecież nie chcemy. Dwa tygodnie, szanowni koledzy, to potwierdzony doświadczalnie optymalny okres.
        Po dwóch tygodniach tej pracy niby mimochodem wspominamy, że dawno niewidziani koledzy się spotykają. Bardzo pilnujemy, żeby twarz nasza nie wyrażała nawet odrobiny podekscytowania czy entuzjazmu. Właściwie można o tym wspomnieć myśląc o wizycie u dentysty. Odpowiednio przygotowana nasza jedyna miłość sama zacznie nas zachęcać do wyjścia. Opieramy się, lekko, żeby nie przesadzić, a w końcu wspaniałomyślnie zgadzamy się wyjść z tymi opojami.

        Etap pierwszy mamy za sobą, ale z okazywaniem radości należy wstrzymać się do opuszczenia jaskini miłości, czyli waszego wspólnego lokum.

2. Wieczór właściwy.
        Podstawową sprawą jest wybranie odpowiedniego lokalu. Żadne kluby ze striptizem nie wchodzą w grę. Nie z powodu obaw o niezapowiedziane najście naszej jedynej aktualnie kobiety. Jesteśmy przecież mężczyznami. Wysokie ceny piwa natomiast to dość dobra wymówka. Nie po to jednak mamy męski wieczór, żeby całkowicie pozbawić się widoków pięknych kobiecych umysłów, oczywiście. Szukamy więc knajpy gdzie piwo w cenie rozsądnej (trochę przecież zamierzamy wypić), a kelnerki i barmanki błyskotliwe i grają w szachy. Plakat z Jessicą Albą na ścianie daje dodatkowe punkty. Najważniejsze jednak w wyborze knajpy jest aby znajdowała się w rozsądnej odległości od miejsca zamieszkania każdego z uczestników. Rozsądna odległość zniechęcić ma panią serca naszego do niezapowiedzianych odwiedzin (czytaj: kontroli). Rozsądna odległość ma umożliwić jednocześnie dotarcie do domu pieszo przed świtem (w razie gdyby piwa poszło więcej niż się spodziewaliśmy i trzeba było wydać środki przeznaczone na transport). Rozsądny dystans każdy z uczestników zaproponuje oczywiście inny. Niektórzy nieszczęśnicy mają przecież żony, które pół miasta przelecą, żeby małżonka na draństwie jakimś przyłapać. A przecież wszyscy wiemy, że do tej podejrzliwości podstaw nie mają żadnych.
        Ustalenie lokalu przy wszystkich tych ograniczeniach wydaje się niemal niemożliwe. Nasi informatycy jednak, stosując algorytmy generyczne, optymalizacje wielokryterialne i logikę rozmytą, zdołali opracować program, który znacząco proces wyboru lokalu upraszcza. Program “WifeAvoider v. 2.3” do nabycia przy wyjściu. Tuż obok stoiska z książką “Jak przeżyć z kobietą - podstawy”. 3465 stron za jedyne 75 złotych.
        Mamy zatem lokal. Co w tym lokalu robimy? Ano to co zawsze na męskich wieczorach, a w co nigdy nie mogą uwierzyć niewiasty nasze: rozmawiamy o polityce, sporcie, reaktorze zimnej fuzji i teorii strun. A także pijemy piwo w ilościach niewątpliwie umiarkowanych i gramy z barmankami w szachy, żeby im się nie nudziło. Dyskretnie zerkając od czasu do czasu na plakat z Jessicą Albą. Nuda. Ale w męskim gronie nabiera uroku niebywałego.
        Wraz z upływem czasu koledzy nasi i my sami będziemy coraz częściej zerkać na zegarki. Co mi przypomniało dowcip:

- Po czym poznać samotnego faceta w barze?
- Zamawiając kolejne piwo nie zerka na zegarek.

         Po namyśle - to jednak nie dowcip. Zerkamy na zegarki oczywiście nie dlatego, że niebezpiecznie zbliża się wyznaczona przez nasze panie godzina powrotu do domu. Lekce-sobie-ważymy takie nakazy, jesteśmy wszak mężczyznami. Zerkamy na zegarki, żeby wrócić do domu na czas, aby nie przysparzać paniom naszym niepotrzebnego stresu. Tacy albowiem jesteśmy troskliwi. Tak, dokładnie z tego powodu.

3. Powrót do domu.
       
Powrót do domu jest trudny. Przyjemność albowiem już się skończyła, a niebezpieczeństwo wciąż czyha. Zaproponujemy tutaj całkowicie poważnie technikę żywcem zaczerpniętą z dowcipu:

Dwóch przyjaciół wraca późnym wieczorem męskiego wieczoru. Jeden skarży się drugiemu.
- Wiesz, nigdy nie mogę oszukać żony. Wysiadam z taksówki dwa domy wcześniej, zdejmuję buty, skradam się na piętro, przebieram się w łazience. Ale ona zawsze się budzi wydziera na mnie, że tak późno wracam.
- Masz złą technikę. Ja podjeżdżam taksówką z piskiem opon pod sam dom, trzaskam drzwiami, tupię nogami, wpadam do pokoju, klepię ją w tyłek i mówię: "Co powiesz na numerek?". Zawsze udaje że śpi…

Zalecamy wybrać tę skuteczną.

piątek, 27 czerwca 2014

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 15

        Szanowni przyjaciele! Towarzysze niedoli, bracia w cierpieniu. Nadejszły oczekiwane przez nas Mistrzostwa Świata. Nie muszę dodawać w czym. Wspaniałe to wydarzenie nieodmiennie rodzi konflikty na linii my - nasze bez wątpliwości urocze zazwyczaj żony/narzeczone/kochanki/dziewczyny. “Ale znowu mistrzostwa? Przecież niedawno były.” Patrzymy w tym momencie z ledwo co rzucającym się w oczy wyrazem politowania na twarzy na śliczną twarzyczkę, zachowując jednak myśli dla siebie. Bo jak niewieście wytłumaczyć, że owszem były, Mistrzostwa Europy. A w międzyczasie była Liga Mistrzów, liga polska, liga angielska, liga hiszpańska, liga włoska i kilka innych lig wedle uznania.

        Mistrzostwa Świata, moi szanowni przyjaciele, to trudny dla nas czas. Towarzyszki życia naszego dzielą się albowiem na dwie grupy.

1. Nie mają bladego pojęcia o piłce, ale udają, że chciałyby mieć.
        Mężczyzna obdarzony towarzyszką niemającą bladego pojęcia o piłce, ale udającą, że chciałaby mieć, nie ma łatwo. Gdyż kobieta zamiast zająć się stosownymi do jej płci zadaniami, czyli gotowaniem, szydełkowaniem, robieniem na drutach lub tym nowym, jak mu tam, dekupażem, postanawia wykazać zainteresowanie tym, czym tak bardzo fascynuje się jej mężczyzna. Myśli bowiem - nie muszę mówić, że błędnie - że jej zainteresowanie zostanie przez owego mężczyznę docenione. W związku z tym, co kilka minut opuszcza kuchnię, siada obok swego misia i zadaje pytania.

“Co to jest spalony? Przecież nic się nie paliło.”
“Którzy to nasi?”
“Dlaczego ten jeden biega z chorągiewką?”
“Czy ten z chorągiewką jest kapitanem? Bo inni się go słuchają.”
“Widziałeś?! W ręce złapał! Wolno w ręce łapać? Przecież to piłka nożna.”
“Możesz zrobić pauzę? Bo muszę kluski zamieszać.”
“Jeśli wygrywa ta drużyna, która strzeli więcej bramek, to dlaczego nie strzelają tam gdzie stoi ich bramkarz? Byłoby łatwiej.”
“To głową też można?”
“Żółta kartka? Przecież żółta mu nie pasuje do tej czerwonej koszulki. Powinien mu dać czerwoną.”
“Dlaczego to się nazywa rzut rożny? Przecież on kopie tę piłkę. Powinno być - kop rożny.”
“Co to jest rzut z auta? Tam nie ma żadnego auta.”


        Nie jest łatwo, panowie, wiem. Niemniej dla zachowania w miarę poprawnych stosunków z małżonką po zakończeniu mistrzostw, radzimy przemyśleć każdą odpowiedź trzy razy przed wypowiedzeniem jej na głos. Oczywiście tłumaczenie co to jest spalony nie ma najmniejszego sensu. A już w ogóle nie ma sensu powiedzenie kobiecie, że tłumaczenie jej co to jest spalony nie ma najmniejszego sensu, bo ona może co najwyżej zrozumieć co to jest spalony kotlet. Aluzję tę bowiem zrozumie natychmiast, co grozi legendarnym już fochem. Któren to foch z jednej strony zapewni nam wprawdzie chwilę spokoju do końca meczu, ale z drugiej będzie się odbijał czkawką jeszcze długo po mistrzostwach. Jak sobie zatem radzić, zapytacie. Z godnością panowie. Z pokorą i godnością. Można niewiastę przytulić. Przy odrobinie szczęścia zaśnie po 5 minutach “tej nudy” co pozwoli oglądać mecz w spokoju.

2. Nie mają bladego pojęcia o piłce i nawet nie udają, że chciałyby mieć.
        Wcale nie jest łatwiej niż w przypadku pierwszym. Niewiasta taka albowiem uznaje oglądanie “stada baranów biegających za piłką jak kot z pęcherzem” za czynność absolutnie zbędną, niepotrzebną i zwykłą stratę czasu, gdy w tym czasie można by obejrzeć np “M jak miłość”. Jesteśmy z natury tolerancyjni, więc wspaniałomyślnie, nawet bez pogardliwego spojrzenia, wybaczamy to bluźnierstwo. Kobieta z gatunku 2 nie poprzestanie jednak na głoszeniu swoich absurdalnych tez. Zechce ona abyśmy z tymi absurdalnymi tezami się zgodzili. I zamiast oglądać “to coś” żebyśmy pomogli w domu. Tradycyjnie, jak w przypadku tego typu zagrożeń w innych sytuacjach, udajemy, że nie słyszymy. Ignorujemy również komentarze w stylu “siedzisz i żłopiesz to piwo”, “poodkurzałbyś”, “wyrzuć śmieci”, “rusz dupę z łóżka, chcę pościelić”, “może byś mi pomógł?”. Udawanie bez mrugnięcia okiem wymaga jednak treningu, po wykładzie zapraszam na warsztaty na ten temat. Ale warto, gdyż po kilku głośnych westchnięciach, po kilku przewróceniach oczami, kobieta zazwyczaj odpuszcza. Dzwoni wtedy do koleżanki i obie utwierdzają się w wzajemnie w przekonaniu, że ze wszystkich normalnych facetów na świecie akurat im trafiły się wybrakowane egzemplarze.

niedziela, 30 marca 2014

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych, cz. 14

         Drodzy koledzy, współtowarzysze niedoli. Kampania nienawiści przeciwko nam przybiera na sile. Ostatnie w prasie kobiecej pojawiają się artykuły oskarżające nas o przesadę w temacie ochrony zdrowia. Że niby katar nie może być śmiertelny. Głosy oburzenia są jak najbardziej na miejscu. Katar albowiem, jak i wiele innych pozornie niegroźnych dolegliwości, może być śmiertelny. Ale o tym później. Wróćmy do sprawy bezpardonowych ataków. Pod wpływem wspomnianych już pisemek, gdyż na bogów doprawdy trudno je nazwać czasopismami lub nawet po prostu prasą, pod wpływem tychże pisemek kobiety coraz częściej odważają się zarzucić nam rzekomą przesadę osobiście. Prosto w twarz. Bez zawahania. Bez zawstydzenia. Bez pokornego opuszczenia oczu. A czasem nawet z zarzutem! Że katar nie choroba i można myć okna i odkurzać pociągając nosem.

         Koledzy. Dzisiejsze seminarium ma na celu przypomnienie tego, o czym my i wszyscy nasi przodkowie w linii męskiej wiemy i zawsze wiedzieliśmy. Przypomnimy dlaczego nie pozwalamy sobie na lekceważenie kataru, lekkiej gorączki czy palca zadrapanego do krwi.

        Mężczyzna od zawsze, od czasów gdy nasi przodkowie wyszli z jaskiń, wcześniej nawet, mężczyzna zawsze był tym, który zaopatruje klan, plemię, rodzinę w żywność. To mężczyzna wstawał o świcie. To mężczyzna zarzucał na grzbiet futro z upolowanego z narażeniem życia mamuta. To mężczyzna nie zważając na śnieg, deszcz, mróz czy upał dzień w dzień, tydzień w tydzień, rok w rok wychodził z ciepłej, własnoręcznie wykutej w skale jaskini. Po co? Oglądać wschód słońca? Podziwiać uroki nizinnego krajobrazu o poranku? Nie. Zaprawdę powiadam wam - nie. Po cóż więc wstawał mężczyzna o porze tak okrutnej, gdy kobieta jego zaledwie przekręcała się na drugi bok okrywając się futrem z mamuta? Tak, tego mamuta upolowanego wcześniej przez mężczyznę. Mężczyzna otóż wstawał albowiem świadom swego obowiązku udawał się na polowanie. Na mamuta między innymi. Aby dziatki jego i przekręcająca się właśnie na drugi bok żona miały co jeść. Między innymi na mamuta, bowiem jako wykształcony wszechstronnie w szlachetnej sztuce zabijania myśliwy, jako wojownik, jako nieposkromiony - nie bójmy się tego słowa - predator, tak, predator to dobre słowo, drapieżnik królujący we wspomnianym już nizinnym krajobrazie, myśliwy ten mógł polować na cokolwiek co lata, pływa, biega lub skacze, na cokolwiek co ma pazury, zęby, szpony lub kopyta.

         Co to ma wspólnego z katarem, lekką gorączką lub palcem zadrapanym do krwi, zapytacie. W co oprócz pazurów, zębów, szponów i kopyt wyposażone są ofiary naszego predatora? W zmysły, moi drodzy. I są to zmysły o niebo lepszej jakości niż zmysły naszego predatora. Taki wąż na przykład, umie rozpoznać ofiarę na podstawie temperatury jej ciała. Mężczyzna idący w grupie innych mężczyzn jest ofiarą tylko potencjalnie. Jedną plamką światła wśród innych plamek. Ale mężczyzna z gorączką moi drodzy i szanowni koledzy, mężczyzna z gorączką nie jest ofiarą tylko potencjalnie. Jest jak lampa świecąca w mroku i krzycząca "Weź mnie, ja najlepiej smakuję, ja tylko ja, inni są kościści i niejadalni." A węże, moi drodzy, nie zawsze były postury tak nikczemnej jak dzisiaj. Widać więc jak na dłoni, że gorączka, nawet niewielka, może być potencjalnie śmiertelna.

         Katar zatem. Dlaczegóż to katar miałby zabijać? A co robi mężczyzna z katarem? Tak, kicha i pociąga nosem. Dwie rzeczy, które na polowaniu nie dość, że odstraszają zwierzynę łowną (co może doprowadzić do śmierci z głodu), ale jeszcze zwabiają zwierzynę, dla której ów kichający mężczyzna sam staje się zwierzyną łowną. Podstawą w polowaniu na mamuta jest cisza. Zwierzę trzeba podejść, osaczyć i dopiero potem rzucić się na nie z oszałamiającą przewagą liczebną. Wie to każdy predator. Ale jaki predator jest z kichającego predatora? No żaden. Zostawia się go zatem w domu, skazując na docinki niewiast i innych predatorów. Taki narażony na docinki łowca nierzadko udawał się na polowanie samotnie. Równie nierzadko kończyło się to jego śmiercią. Trudno się bowiem osacza mamuta samemu będąc zwierzyną łowną dla tygrysa szablozębnego lub tyranozaura. Dlatego ten zakatarzony nieszczęśnik najczęściej nie wracał z łupem do jaskini, a raczej z nim jako łupem wracano. Czy katar może być śmiertelny? Jak widać na powyższym obrazku - jeszcze bardziej niż gorączka.

         Drobne, wydawać by się mogło niegroźne skaleczenia palca. Kropla krwi, wielkie mi co. Nie powiedział nigdy żaden mężczyzna. Mężczyzna, łowca, myśliwy, predator wie bowiem, że zapach krwi przyciąga bestie, o jakich kobietom się nie śniło. Zwabia je z odległości niepojętych, prowadząc jak po sznurku do tej malutkiej kropli krwi, tak niegroźnie wyglądającej w oczach spędzających wygodnie czas w domu kobiet. Jeśli gorączka zabić może, jeśli katar zabija pewniej, to zraniony do krwi palec zabija niechybnie. Do wyboru pozostaje tylko rodzaj śmierci: pożarcie przez tygrysa, rozerwanie na strzępy przez tyranozaura czy też coś mniej może drastycznego ale równie śmiertelnego. Dla człowieka krew nie ma zapachu. Dla drapieżników jest jak butla Chanel 5 wylana na tego nieszczęsnego łowcę. Ściągają z całej okolicy, żeby zobaczyć któż tak pięknie przyrządził się na kolację. Zraniony palec zabija, bez cienia wątpliwości, boleśnie i miejmy nadzieję - szybko.

         "Ale mamutów już dawno nie ma, zamiast na polowanie chodzi się do sklepu, może czas przestać przesadzać?" - zapytać może w swej naiwności jakaś kobieta. Imperatyw ewolucyjny - to odpowiedź. I nie dyskutować. Z naturą nie da się walczyć, 50 tysięcy lat ewolucji zrobiło swoje. Nie da się tego zniwelować kilkoma wiekami cywilizacji. Dlatego z powodu kataru i gorączki umieraliśmy, umieramy i umierać będziemy. One oczywiście tego nie zrozumieją, ale przyjmijmy ich niezrozumienie i dumnie oraz w ciszy znośmy ich niesłuszne i kompletnie pozbawione podstaw utyskiwania. Mężczyźni bowiem, łowcy, myśliwi, predatorzy cierpią w milczeniu. Co też ma uzasadnienie ewolucyjne. Cierpiący bowiem głośno narażał się na drastyczne skrócenie cierpienia przez przechodzącego obok tygrysa czy innego tyranozaura. I tylko w swej własnej jaskini, w bezpiecznym otoczeniu, które ciężką pracą stworzyliśmy, możemy oczekiwać troski i opieki na jaką łowca i predator zasługuje. Czy ją otrzymujemy? Nie. Czy się skarżymy? Nie. (chyba, że kolegom przy omawianiu projektu reaktora zimnej fuzji, ale rzeczy powiedziane przy projekcie pozostają tajemnicą projektu). Bądźcie dumni.

środa, 3 marca 2010

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 13

        Szanowni uczestnicy jubileuszowego 13-ego sympozjum na temat "Jak przeżyć z kobietą?". Drodzy koledzy, współtowarzysze niedoli. Tematem przewodnim dzisiejszego sympozjum jest SOS. Niech rozwinięcie tego skrótu pozostanie jeszcze przez chwilę tajemnicą.

         Szanowni koledzy. Porozmawiamy sobie dzisiaj o seksie... Słucham? Tak, oczywiście, że można robić notatki... O seksie więc. Tajemnicą poliszynela jest, że liczni spośród nas miewają czasem tzw problem, nazywany w kobiecej prasie fachowej* "przedwczesnym wytryskiem". Ów "problem" urósł do takich rozmiarów, że nasi naukowcy postanowili wreszcie coś z tym zrobić. Gdy więc zakończyli już pasjonujące badania nad kolorem kłaczków w pępku, zakończyli liczenie aniołów na główce szpilki, udowodnili, że kobiety lecą na maczo zajęli się w końcu czymś istotnym. I istotnie, przeprowadziwszy istotne badania w istocie doszli do istotnego odkrycia. Otóż stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, jednogłośnie, bezapelacyjnie, że problem tzw "przedwczesnego wytrysku" NIE ISTNIEJE! Tak, dobrze słyszycie, nie istnieje. Przebadawszy tysiące mężczyzn, przeczytawszy miliony ankiet doszli do wniosku, że nie może być problemem coś co żadnemu mężczyźnie nie sprawia kłopotu. Albowiem w seksie chodzi przecież właśnie o osiągnięcie satysfakcji, satysfakcję mężczyzna osiąga w momencie wytrysku, satysfakcja nie może być przedwczesna - ergo: nie ma żadnego problemu z przedwczesnym wytryskiem, każdy jest w samą porę.
         Dowiedliśmy zatem, że problem nie leży po naszej stronie. Gdzież zatem może się on znajdować? Po stronie drugiej, którą to stronę zazwyczaj stanowi kobieta. Kobieta, stwór przedziwny, do osiągnięcia satysfakcji seksualnej potrzebujący gry wstępnej, czerwonego wina, świec, nastrojowej muzyki i mężczyzny. W takiej właśnie kolejności. W przeciwieństwie do mężczyzny, który do osiągnięcia satysfakcji seksualnej potrzebuje zazwyczaj tylko kobiety. Stroną zarzucającą mężczyznom przedwczesny wytrysk są kobiety. Tak, te same kobiety, dla których gra wstępna do wieczornego seksu zaczyna się rano. Te same, które by czuć się kochaną potrzebują kwiatów, sms-ów, czułych słówek, niespodzianek, kolacji, prezentów, troski, czułości, romantyzmu. W przeciwieństwie do mężczyzny, który by czuć się kochanym potrzebuje po prostu kobiety. Nie dziwota, że przy takich wymaganiach, trudno im osiągnąć satysfakcję z seksu. I tu na scenę wkracza wspomniany już SOS - Syndrom Opóźnionego Szczytowania. Jeśli bowiem udowodniono, że problem nie leży w mężczyznach zbyt szybko szczytujących to musi leżeć w zbyt wolno szczytujących kobietach. Nie w ich naturze jednak byłoby przyznanie nam racji, przyznanie się do swojej ułomności, o nie. W ich naturze leży odwracanie kota ogonem i zwalanie winy na nas. Robiły to z takim zaangażowaniem i przekonaniem, że przez długi czas nikomu z nas nie przyszło do głowy, że jak zwykle jesteśmy niewinni.
         Od dziś, szanowni koledzy, w literaturze medycznej istnieje nowa jednostka chorobowa:
"Syndrom Opóźnionego Szczytowania - zaburzenie polegające na niemożności osiągnięcia satysfakcji seksualnej tak szybko jak partner. Opóźnienie może być niewielkie, wtedy zazwyczaj nie jest rozpoznawane przez chorą i pozostaje nieleczone. W ekstremalnym przypadku opóźnienie może dążyć do nieskończoności, co prowadzi do innego schorzenia - frustracji seksualnej (łac. frustritia sexuella maxima)."

        Parafrazując bohatera filmu dokumentalnego "Dzień Niepodległości" - "Dziś jest nasz Dzień Niepodległości". Zapamiętajcie, zapiszcie jeśli macie słabą pamięć: cokolwiek by nie mówiły - to nie nasza wina.

*Pani domu, Viva, Twój Styl itp - przyp. autora

poniedziałek, 25 maja 2009

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych, cz. 12

        Witam kolegów i koleżanki. Tfu, co ja gadam, jakie koleżanki. Panowie wybaczą, właśnie wróciłem ze spotkania wyborczego, poprawność polityczna jeszcze ze mnie nie wywietrzała.
        Szanowni koledzy zatem. W ciągu wielu miesięcy naszego kursu nauczyliśmy się jak postępować z kobietami w różnych specyficznych sytuacjach. Wiemy jak radzić sobie z ich wyimaginowanym PMS-em, jak załadować do bagażnika dwie dodatkowe walizki wracając z wakacji. Umiemy radzić sobie z nikomu niepotrzebnymi porządkami generalnymi i bezboleśnie znieść zakup nowego stroju kąpielowego. Dziś coś nowego - jak po prostu przeżyć z kobietą. Bez podtytułu.

        Otóż szanowni koledzy. Długoletnie badania prowadzone przez naszych kolegów na Antarktydzie doprowadziły nas w końcu do celu. Mamy odpowiedź na pierwsze w stosunkach z kobietami pytanie jakie należy sobie zadać. Wiemy z dobrego źródła, że one też sobie to pytanie zadają. Jakież to może być pytanie? Może panowie spróbują zgadnąć. Słucham? Nie, "Co dzisiaj na obiad?" to nie jest prawidłowe pytanie. "Czy masz jakieś ładne koleżanki?" też nie. Pozwolę sobie na uwagę, że pytanie to, choć nie pozbawione głębokiego sensu, często kończy się jednak bolesnym siniakiem. Pojęcia nie mam dlaczego. Nie będziemy tego przeciągać. Otóż prawidłowe pierwsze pytanie w stosunkach z kobietami, a właściwie jeszcze przed stosunkami, jakie należy sobie zadać to: "A po jaką cholerę mi kobieta?". Oczywiście powszechnie znane są rozliczne zalety kobiet, jednak w dzisiejszych nowoczesnych czasach większość z nich bez większej szkody da się zastąpić mniej kosztownymi zamiennikami. Mamy pralnie chemiczne, w których upiorą, wypłukają i uwaga WYPRASUJĄ, bez marudzenia, za jedyne kilkadziesiąt złotych. I nie domagają się w zamian kolacji. A propos kolacji. Mamy pizzerie, McDonaldy i KFC, więc problem kolacji też mamy z głowy. Jako bonus do nieposiadania kobiety otrzymujemy niechodzenie do wypasionych restauracji gdzie nie wiadomo, za który z 15 rodzajów widelców złapać żeby nie popełnić seppuku. Faux paux znaczy się. Cokolwiek to znaczy.

        Otóż nasi koledzy z Antarktydy po długoletnich badaniach doszli do wniosku, że potrzeba posiadania kobiety wynika z - cytuję, bo zapamiętać się tego nie da - "Irracjonalnej pierwotnej homogenicznej kwantowo-korpuskularnej reakcji fosforanu dwunukleotydu nikotynoamidochlorowodorowego z kwasem dezoksyrobonukleinowym w komórkach mitochondrialnych". I wszystko jasne. Zatem skoro mamy już prostą odpowiedź na pytanie "dlaczego?" zajmijmy się odpowiedzią na pytanie "jak?".
Zadziwiająca - jak na inteligentne (wg niektórych) istoty - irracjonalność zachowań nie ułatwia nam życia. Któren przecież przeciętny mężczyzna potrzebuje do życia ciągłego przypominania o rzeczach oczywistych? Rzeczy oczywiste są dla nas oczywiste, bo są oczywiste. Ale nie dla kobiet. Im o oczywistych rzeczach trzeba przypominać. Jeśli nie przypominamy to dochodzą do wniosku, że przestały być oczywiste. Dlatego też podstawą zdrowych i bezbolesnych stosunków z kobietami jest przypominanie im o rzeczach oczywistych: miliony SMS-ów ze słowami "kocham Cię", "myślę o Tobie", "miłego dnia" i inne. W zasadzie cokolwiek byle wysyłać. Uwielbiają to. A przecież oczywiste jest, że kochamy, że myślimy i że życzymy miłego dnia. Gdyby tak nie było poszukalibyśmy sobie innych.
        Szczególną uwagę w stosunkach z kobietami należy zwrócić na dni z jakiegoś powodu uznane za ważne. Oprócz oczywistych - urodziny, imieniny, itp - należy zwracać uwagę na wszystkie daty związane z jej rodzeństwem, rodzicami, dziećmi, psem i kotem. Jak również należy uwzględnić wasze wspólne rocznice, miesięcznice, tygodnice, a w przypadkach ekstremalnych nawet dnice. Nie jest to trudne. Wykorzystując komputer i techniki polepszania pamięci po pewnym czasie udaje się bez problemu wyróżnić te kilka dni w roku, w które nie przypada żadne "święto".
        Z nieznanych nam jeszcze powodów - koledzy na Antarktydzie ciągle nad tym pracują - kobiety uwielbiają być zabierane do restauracji. Tak, tych z piętnastoma rodzajami widelców. Im więcej widelców tym większa radość. Zupełnie jakby domowe jedzenie im nie smakowało. Ciekawe, przecież zazwyczaj same je robią. Naszym wnikliwym, naukowym umysłom przychodzi do głowy tylko jeden wniosek - same uznają, że nie umieją gotować. Ale nie radzę próbować im tego powiedzieć. Aha, te widelce muszą być metalowe, w ostateczności srebrne. Nasze ulubione, wspomniane wcześniej restauracje odpadają więc w przedbiegach, posiadają bowiem na wyposażeniu jedynie praktyczne, nie wymagające zmywania, plastikowe sztućce.
        Przed kolacją kobiecie należy zapewnić odrobinę rozrywki. Zła wiadomość - niestety kategoria "rozrywka" w definicji kobiet mieści się na przeciwnym biegunie niż w naszej definicji. Czyli skreślamy boks w telewizji, boks na żywo, piłkę nożną w telewizji, piłkę nożną na żywo i mnóstwo innych fajnych rzeczy. Najbezpieczniej będzie pójść do kina. Na szczęście mamy multipleksy i zawsze grają tam jakiegoś gniota, na którego naszą wybrankę można zabrać. Aktualnie polecam "Ja cię kocham a ty z nim", które nie dość, że jest komedią romantyczną, błeeee, to jeszcze tytuł jest bezczelnym plagiatem jednej z nielicznych znośnych komedii romantycznych (poza tymi, w których gra Meg Ryan). Znośnej zresztą tylko z powodu Sandry Bullock. Uwaga, podczas kupowania biletów należy wykazać się dużą siłą woli i czujnością, albowiem w tych samych kinach w tym samym czasie grają "Terminator: Odrodzenie" i niechcący można zakupić bilety na ten film. A chciałbym widzieć jak próbujecie wytłumaczyć wybrance gdzie ten romantyzm i gdzie ta komedia. Planujemy wprowadzić grupy wsparcia dla tych, którzy jednak ulegną pokusie.

        Co jeszcze? A, kwiaty. Jesteśmy w posiadaniu dowodów, że masowe wymieranie gatunków 250 milionów lat temu pod koniec permu ma związek właśnie z kobiecymi upodobaniami do kwiatów. Ówcześni mężczyźni tak bardzo chcieli się przypodobać swoim kobietom, że naruszyli delikatną równowagę w ekosystemie. Doprowadzili do wyginięcia roślin ozdobnych, co z kolei doprowadziło do wyginięcia zapylających je pszczółek, potem ptaszków, które je zjadały, potem małych zwierzątek zjadających ptaszki, dużych zwierzątek zjadających małe zwierzątka, wielkich zwierzątek zjadających duże zwierzątka. Człowiek jak widać przeżył, choć chyba nie należy mu zbytnio gratulować. 250 milionów lat z kobietami bez kwiatów nie mogło być łatwe. Przy okazji wyjaśniło się to niezwykłe parcie na kwiaty dzisiejszych kobiet. 250 milionów lat kwiatowego głodu... Zatem kwiaty panowie, ale nie za często. Natura potrzebowała 250 milionów lat, żeby się pozbierać po ostatnim razie, nie chcemy tego powtórzyć, prawda?

        A propos prawdy. Jakże często słyszymy, że kobiety cenią prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Powiem tak - gówno prawda. Gdy kobieta pyta jak wygląda, zaprawdę powiadam wam nie chce usłyszeć, że w tej sukience to jak w worku, a z fryzurą to mogłaby w końcu coś zrobić. Chce usłyszeć, że przepięknie i uroczo. Gdy pyta jak makijaż, oczekuje odpowiedzi, że ładny a nie, że zbyt świecący albo agresywny. Ale uwaga, z komplementami nie należy szaleć. Wystarczy powiedzieć, że makijaż ładny, ale odpuścić sobie spontaniczne dodatki do tej bezpiecznej odpowiedzi. Dodanie "odmładza cię" uruchomi w pięknej główce tok myślowy prowadzący krętymi wprawdzie drogami ale do jednego wniosku "Jestem stara!!!". A wtedy, drogi spontaniczny panie, będziesz potrzebował naprawdę dużo kwiatów i naprawdę dużo widelców.

poniedziałek, 16 lutego 2009

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 11

        Szanowni, pogrążeni w żalu jak ja, koledzy. Skąd żal ten - zapytać mogą nasi młodzi, niedoświadczeni jeszcze przez życie, koledzy. Żal ten, moi młodzi niedoświadczeni jeszcze przez życie koledzy, bierze się stąd, że lato idzie. Cóż jest złego w lecie, zapytacie. [głos z sali: Cóż jest złego w lecie?] W samym lecie nic złego nie ma. Rzekłbym - wręcz przeciwnie. Możemy odkurzyć czarne okulary PRZECIWSŁONECZNE - i tu pozwolę sobie na gest jaki swego czasu wykonywała Mariola OKOCIM spojrzeniu - coby bezpiecznie rozglądać się za kobietami, wróć, słońcem. Dodatkowo ciepło jest i śniegu z samochodu nie trzeba odgarniać poczynając oczywiście od tablicy rejestracyjnej. I wytłumaczenie dla zimnego piwa dobre, bo przecież "jest taaaak gorąco, no na jedno piwo mi nie pozwolisz?". Więc jeśli chodzi o lato to jak najbardziej jesteśmy za i popieramy. Natomiast problemem jest zbliżanie się lata. Nawet jeśli na dworze -10 stopni, nogawki spodni sztywnieją a oddech zamienia się w lód zanim jeszcze opuści nasz układ oddechowy to lato nieuchronnie się zbliża. A jeśli klęski nie da się uniknąć to trzeba się przygotować.

Z nadchodzeniem lata wiążą się następujące klęski żywiołowe:

Klęska 1.
        Kobiety nasze, widząc nieuchronnie nadciągające lato, rozpoczynają procedury odchudzające. Procedury te nie przewidują przerwania na skutek wydawanych przez nas głośno komunikatów w stylu "Ależ kochanie, naprawdę dobrze wyglądasz" czy też "Ty za gruba? No chyba żartujesz", więc od razu możecie sobie je darować. "Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia" - że pozwolę sobie zacytować artystę - kuracja odchudzająca wchodzi w życie. I żebyż to sobie ona sama te trociny i kefirki żarła. Ale nie, sama cierpi to i my mamy cierpieć wraz z nią. Dla naszego dobra oczywiście. "I skończyło się rumakowanie" - że zacytuję innego artystę - odeszły w zapomnienie szyneczki, schabowe i mielone. Istota w kuchni dominująca [głos z sali: Ach żebyż tak w łózku też.] - kobieta - wprowadza reżim żywieniowy w życie i albo się dostosujemy albo czas znaleźć jakąś tanią restaurację. A przecież wystarczy tylko doczytać rzeczonego artystę - tego pierwszego - do końca, aby wiedzieć, że "przeżytych kształtów żaden cud nie wróci do istnienia".
        Zapytane dla kogo to robią, co odpowiedzą nasze kochane małe hipokrytki? No oczywiście, że dla siebie. No przecież nie żeby koleżankom zbielały oczy. I nie po to żeby się za nimi obcy faceci oglądali. One przecież nie chcą żeby się za nimi oglądali obcy faceci, bo nam przecież się za innymi kobietami oglądać nie pozwalają. A propos oglądania - pan Uhfmski nie wywiązuje się z corocznego limitu obejrzeń. Przypominam, że nie robimy tego dla własnej przyjemności. To ciężka praca mająca na celu ułatwić życie nam wszystkim. A wiadomo, że łatwiej żyje się z kobietą zadowoloną i że nic tak kobietom humoru nie poprawia jak pełne uznania spojrzenia rzucane za nią przez obcych meżczyzn. Jak również pełne zazdrości spojrzenia rzucane przez inne kobiety, ale na to akurat nie mamy wpływu. Tak więc proszę się nie obijać i wyrabiać normę. Słucham? No wiem, że łatwo nie jest, bo żona czujna, ale jakoś sobie radzić musimy. Przekroczenie limitu obejrzeń za obcymi kobietami mile widziane. No więc dla siebie to robi. Całą jesień i zimę im wygląd nie przeszkadzał a na wiosnę nagle jest nie do zaakceptowania. Jakby ich żeńska samokrytyka wróciła z ciepłych krajów.

Klęska 2 (aczkolwiek mocno z pierwszą powiązana).
        Jak już kobiety zaczną się swojemu wyglądowi przyglądać to nieuchronnie nadejdzie moment kulminacyjny czyli mierzenie kostiumu kąpielowego. Takie mierzenie kostiumu może być źródłem niemałej radości dla obserwującego, nie radzimy jednak radości tej okazywać. Oczywistym jest, że kostium jest za mały, więc nieuchronnie czeka nas...

Klęska 3 (aczkolwiek mocno z drugą powiązana).
        Aktualny kostium jest za mały, czas więc kupić nowy. Nie wiedzieć czemu ale jesteśmy przy tej czynności niezbędnie pożądani. Kobieca logika okazuje tu swe prawdziwe oblicze. Bo tak: popatrzeć na inne kobiety spokojnie - nie pozwolą, ale za to do sklepu gdzie kobiety w samej bieliźnie paradują - musimy jechać. A kto potem wysłuchuje "A bo się za tą oglądałeś, a bo za tamtą..."? No my wysłuchujemy, niewinni jak niemowlęta. A zresztą jak tu się nie oglądać jak aż się prosi żeby popatrzeć. Ale wróćmy do tego kostiumu. Co robi nasz kobieta, rozmiar 38? Szuka kostiumu rozmiar 36. Szuka i mierzy ale na 38 nawet nie spojrzy. No przecież byłby NA PEWNO za duży. Po pewnym czasie widząc naszą rozanieloną minę wygania nas ze sklepu i mamy czekać. Na szczęście w centrach handlowych pracują też nasi koledzy - tu brawa dla nich proszę [oklaski na sali] - i przygotowali oni dla takich wypędzonych mężów specjalne miejsca. Są ławeczki, jakieś sztuczne zielsko - nie wiem po co, pewnie jakaś kobieta przyłożyła do tego palce [buczenie na sali] - można spokojnie usiąść i podelektować się widokami, to jest chciałem powiedzieć pokornie czekać na małżonkę. Wspomniana małżonka kupi w końcu kostium rozmiar 36, który w przyszłym roku będzie usiłowała na siebie wcisnąć, będzie za mały więc trzeba kupić nowy, pojedziemy do sklepu, kupi znowu 36, w przyszłym roku będzie za mały więc trzeba kupić nowy, pojedziemy do sklepu, kupi 36, ...

Klęska 4.
        Ta jest akurat wyjątkowo mało uciążliwa bo boli tylko w portfelu. Pani nasza mianowicie uznaje, że kto by się tam w lecie opalał. Na urlop do Tunezji trzeba przecież jechać opalony bo nie wpuszczą do samolotu. Znajduje więc jakieś solarium w okolicy, umawia się na pierwszy wolny termin za miesiąc, bo nie tylko nasza żona leci na urlop do Tunezji. A kto za to płaci? Pan płaci, pan też płaci, społeczeństwo płaci.

        Klęski poznaliśmy. A działania zapobiegawcze? Jak w przypadku innych klęsk - zabezpieczyć zapasy jedzenia, zapewnić sobie jakąś rozrywkę. I byle do jesieni, drodzy koledzy, byle do jesieni. Proszę teraz wszystkich o powstanie... Nie, nie, żadnych kos. O powstanie z miejsc proszę. Odśpiewajmy wspólnie w oczekiwaniu na jesień:



Raz staruszek spacerując w lesie
Ujrzał listek przywiędły i blady
I pomyślał - Chyba idzie jesień.
Jesień idzie, nie ma na to rady.