Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 maja 2024

O spokoju świętym niedoczekanym

         To, że kobiety są z Reptilusa a mężczyźni z Ziemi to wiemy, tak? Przypomnę tylko: prysznic - wrzątek, kran - wrzątek. Co jest zrozumiałe. Jak się pochodzi od zmiennocieplnych gadów to trzeba jakoś temperaturę ciała utrzymać. My, mężczyźni, pochodzimy od ssaków, temperaturę wewnętrzną utrzymujemy sobie sami. A dziewczyny wrzątek, solarium, plaża. A żeby tę swoją potrzebę dogrzewania zamaskować, to dziewczyny wykształciły zdolność do błyskawicznego opalania się na brązowo. Co nie tylko ładnie wygląda odwracając naszą uwagę od ich pochodzenia, ale przy okazji pozwala udawać, że one się tu tylko opalają a nie ratują swoje życie.

         Ale dzisiaj nie o ich, kobiet pochodzeniu. Dzisiaj o ich, kobiet, nieumiejętności nicnierobienia. Trochę niechcący miałem długi weekend. Myślałby kto - plaża (ja oczywiście w cieniu, dziewczyny oczywiście nie, bo, przypominam, temperatury trzeba nałapać), ciepła woda, zimne piwo. Jednakże kto ma żonę (dziewczynę / narzeczoną / kochankę) ten wie, że kobiety nie potrafią korzystać z dni wolnych. 5 dni wolnego! Ileż to można ponicnierobić, ileż poodpoczywać, ileż na hamaku poleżeć! Ale nie. Trzeba coś robić. Ja mam taką osobistą teorię, że one, te nasze dziewczyny generalnie kochane istoty, nie umieją patrzeć jak się relaksujemy. No nie może być tak, żeby facet siedział 5 dni i nic nie robił. Jeszcze mu głupoty do głowy zaczną przychodzić. A głupio go ot tak do roboty zagonić. I głupio ochrzaniać, że nic nie robi jak sama nic nie robi. To weźmie i sobie robotę znajdzie. Bo jak ona robi to i chłop będzie musiał. Albo się sam domyśli, że ma się do jakiejś roboty zabrać, albo mu niewiasta coś znajdzie. Ze swej strony zalecam jednak znalezienie sobie czegoś samemu. Wprawdzie nie całkiem to pozwala zleceń uniknąć, ale przynajmniej na jakiś czas można się zamknąć w garażu i udawać, że się czyści narzędzia. Nieuniknienie nadejdą jednak zlecenia nieuniknione: "trawa taka wysoka, skosić by trzeba", "huśtawka dawno nie malowana", "gdzie z tą farbą, zeszlifować najpierw trzeba", "kory nowej trzeba kupić ze 40 worków", "ziółka podlej", "szyszki wyzbieraj", "pod magnoliami trzeba pograbić". Inwencja ich jest niezmierzona. Genetycznie nie cierpią jak facet po prostu nic nie robi.

         W związku z czym z rozkoszą wróciłem w poniedziałek do pracy. Ostatni raz się dałem nabrać na długi weekend. W przyszłości, jakoś tak czuję, będę miał w długie weekendy mnóstwo pracy w pracy.

poniedziałek, 4 września 2023

Nie-aktywnie


    Żona ma ostatnia mówi (a jak ona mówi to ja słucham [tudzież ewentualnie doskonale symuluję słuchanie]), iż jedziemy na weekend. Informacja taka wzbudza zawsze niepokojące mrowienie na plecach i znak zapytania nad głową: "gdzież tym razem wylądujemy i czy będę musiał odpoczywać aktywnie?". Gdyż mądrzy ludzie od dawna wiedzą, że aktywny wypoczynek to oksymoron i najlepiej się odpoczywa po prostu odpoczywając.

    Odkąd moja ostatnia żona jest szczęśliwą posiadaczką supa (taka dmuchana deska do pływania), wyjazdy nasze kończą się w okolicy jakiegoś zbiornika wodnego. A że pojazd to generalnie jednoosobowy to ona pływa, a ja mogę odpoczywać nie-aktywnie. Supa na prezent dla żony więc polecam. Polecam też od razu kupić elektryczną pompkę, bo wypoczynek zmieni się jednak w aktywny.

sobota, 12 sierpnia 2023

algoRYTM

     Jacek (czyli ja, podobno pisanie o sobie w trzeciej osobie da się jakoś zdiagnozować) był wczoraj na firmowym piwie z frytkami. W pubie, który kiedyś służył do wypadów na piwo i frytki bez zagrożenia tańcem. Piwo i frytki są ciągle, natomiast pojawiły się tańce do muzyki na żywo. Już kieliszki do wina porozstawiane na wszystkich stolikach powinny wzbudzić Jackowe podejrzenia, ale nie wzbudziły. To pewnie z przepracowania i pragnienia.

    No więc jak zaczęli grać to się nie dało porozmawiać i chcąc nie chcąc człowiek popatrzył na ludzi tańczących. Znacie skecz 'Typy tancerzy' kabaretu Hrabi? Polecam: https://www.youtube.com/watch?v=vSaOp-Wn5WA . No więc wszyscy byli na parkiecie. Wszystkie typy plus kilka, o których Aśka nie wspomniała. Był gość rzucający się jak ryba wyciągnięta z wody. Jacek nie wiedział, że facet może się zginać w takich miejscach. Tańczył przed stolikiem z niewiastami (ten facet, nie Jacek przecież). Niewiasty miały miny, jakby wolały być akurat w Muzeum Ziemi Podlaskiej z Bożydarem ( https://www.youtube.com/watch?v=M1eO0DVCIRk , część 2 jest zaraz potem). Był taki co miotał laską jak szatan. Jacek wiedział, że dziewczyny się zginają w więcej miejscach niż faceci, ale chyba nawet ta biedna dziewczyna nie miała pojęcia, że aż w tylu. Jednakowoż przeżyła. Sprawiedliwości trzeba oddać, że było na parkiecie ze trzech facetów, którzy taniec ogarniali. No są wyjątki, dziewczyny, przy odrobinie cierpliwości można trafić. Aśka nie wspomniała w skeczu o jeszcze jednym typie tancerza. Niezbyt często spotykanym, ale po kilku piwach (programiści mają słabe głowy) co mniej zdziczali owi programiści czasem dają się na parkiet porwać. Sami się raczej nie rzucają znając swoje niedoskonałości w tym temacie. Znaczy programiści, jako umysły generalnie raczej ścisłe, ogarniają takie tematy jak rytm. Gorzej, że potem próbują to w tańcu przełożyć na algoRYTM. A to łatwe nie jest, bo każda kończyna to oddzielny task, ale jednak trzeba je jakoś synchronizować. A to wszystko w czasie rzeczywistym. No i jeszcze dochodzi głowa. Trzeba pamiętać, żeby nie patrzeć na nogi (co utrudnia sterowanie taskami kończyn dolnych), żeby nie patrzeć kobiecie, powiedzmy, na serce. W oczy patrzeć trza. No i widać było w oczach tych biednych ludzi, że procesor zajęty na 95%, reszta zasobów też prawie na wyczerpaniu. A jeszcze trzeba rozmawiać.

    Generalnie ewolucja z jakiegoś powodu uznała, że facet się ładnie ruszać nie musi. Co na parkiecie było widać. Oraz z jakiegoś również powodu uznała, że kobietom to się jednak przyda. Jakby naturalny dar miały. W większości.
   Dziewczyny, programista, choć spędza większość dnia w swojej norze i coś tam klika, to jednak też żywe stworzenie jest. Brać jak się trafi, nie grymasić, można trochę wychować i nauczyć nie bać się światła. Nie zabierać zbyt często na plażę, żeby nie straszyć ludzi i da radę z programisty wyhodować człowieka. I tylko w tańcu musicie się pogodzić, że nie pogadacie, bo procesor zajęty. Nawet czasem szturchnąć trzeba, bo o wzięciu oddechu może zapomnieć.

poniedziałek, 25 lipca 2022

Góry nie są dla mięczaków

"Idziemy do cyrku!" - usłyszał pewnego dnia Jacek. Jacek nie jest wielbicielem cyrków, bo nie lubi klaunów i przetrzymywania zwierząt w podłych warunkach. Ale że ostatnio był tylko w Cirque de Soleil a tam zwierząt nie było to się nawet ucieszył. Radość jego zmąciło tylko wspomnienie cennika w Cirque de Soleil, ale trudno, żyje się raz, czasem trzeba pójść co cyrku. Zwłaszcza, że "Idziemy do cyrku" w ogóle nie niosło w sobie intonacji pytającej. Nic a nic. Więc Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca uznał, że jeśli nie pytanie to rozkaz. A z rozkazami się nie dyskutuje. Co nie znaczy, że z pytaniami można. Pytania w wojsku są jeszcze bardziej podchwytliwe niż rozkazy. Rozkaz jest prosty: polecenie, czasoprzestrzeń (np. zaczynacie malować tutaj, a kończycie o 22), wykonać. Pytania są podstępne, nie wiadomo czym grożą i lepiej, jak się słyszy pytanie, stać w trzecim szeregu.

"Kto się zna na muzyce?" - pyta porucznik. Zgłasza się dwóch młodych, niewinnych, a reszta plutonu, bardziej doświadczona lub po prostu sprytniejsza już cichcem ma bekę. Bo co dalej mówi porucznik? "Świetnie, wniesiecie majorowi fortepian na czwarte piętro". Reszta plutonu ma już bekę w ogóle nie cichcem. "Dobierzcie sobie jeszcze dwóch" mówi porucznik i beka znika momentalnie. I dwaj młodzi i niewinni nie dość, że będą targać fortepian na czwarte piętro to jeszcze sobie narobią wrogów w plutonie, bo we dwóch nie dadzą rady i kogoś wybrać muszą. I cóż z tego, że niewinni?

"Kto jest chętny do chóru?" - pyta porucznik. Nauczeni doświadczeniem młodzi i niewinni siedzą już cicho. Pluton ustawiony w dwuszeregu usiłuje jak najmniej rzucać się w oczy. A to nawet nie są zajęcia z kamuflażu. (A propos zajęć z kamuflażu, dowcip będzie: wkurwiony sierżant krzyczy do Kowalskiego: Kowalski nie widziałem was dzisiaj na zajęciach z kamuflażu! Na to Kowalski uśmiechnięty: dziękuję panie sierżancie! Kto zrozumiał daje plusa, like'a czy co tam się dzisiaj daje). Wobec braku chętnych porucznik podejmuje demokratyczną decyzję: "Pluton, w szeregu zbiórka, co trzeci wystąp. Jesteście ochotnikami do chóru. O 17 zgłosicie się do pani Sylwii". Pani Sylwia, w swej naiwności naprawdę myślała, że tylu było chętnych i kompletnie nie mogła zrozumieć, skąd ten skowyt wydobywający się z kilkunastu młodzieńczych gardeł. Trzeba jej przyznać, że była dzielna i dała radę wytrzymać 3 zajęcia.

Ale to nie o wojsku miało być, choć historii z wojska mam bez liku (a byłem na jednym tylko poligonie, a com widział i com przeżył, to bym mógł dłużej opowiadać niż koziołek Matołek).

Przyjąłem więc polecenie pójścia do cyrku. Trochę mnie zdziwiło, że mam się na kilka dni spakować. Wygodne buty do górskich wędrówek wzbudziły już poważne wątpliwości. Udałem się więc do źródła uszczegółowić informacje. I słusznie, bo jak się okazało nie "Idziemy do cyrku!" tylko "Jedziemy do Szczyrku!". A Szczyrk niebezpiecznie kojarzy mi się z górami. Może niezbyt wysokimi, ale jednak. Dostałem zadanie zorganizować lokal. Co robi Jacek, jako wyszkolony w polskiej armii zabójca? Przeprowadza rekonesans. Z racji odległości do miejsca docelowego rekonesans został przeprowadzony z pomocą starożytnej technologii, czyli na mapie, z użyciem nowoczesnej technologii, czyli w Google Maps. Szczyrk znajduje się na wysokości ok. 500 m.npm. Najwyższy szczyt w okolicy 1257 m. npm. Założyłem (przyszłość pokazała, że słusznie), że nie uda mi się tego szczytu nie zdobyć, więc trzeba zminimalizować wysiłek do tego niezbędny. Jak się minimalizuje wysiłek do tego niezbędny? Szuka się noclegu jak najwyżej, wtedy do wspięcia się pozostaje najmniej. 900 m. npm powinno wystarczyć, żeby mnie nie zabić, pomyślałem. Jakżesz, o jakżesz byłem w błędzie.

5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) gdy już prawie o zmroku udało się po kamienistej drodze z sarnami rzucającymi się pod koła wjechać na górę to oczom naszym ukazał się las. Prawdziwy, nie krzyży. Miejscówka fajna i wg mapy było tylko 250m do schroniska. W razie czego będzie blisko po piwo. Podziwiliśmy piękno wieczoru i poszliśmy spać, gdyż rano trzeba było iść. Jacek, jak się niektórzy domyślają, jest umiarkowanym zwolennikiem nadmiernego przemieszczania się pieszo, zwłaszcza wertykalnie. Ale rozkaz to rozkaz. 250m do schroniska, potem jeszcze trochę i będzie szczyt. Dam radę.


Podjąłem samodzielną, męską decyzję, że tam wejdziemy.

Zdjęcie nie oddaje grozy tego podejścia.

Poinformuję Was o terminie pogrzebu.



Otóż okazało się, że do schroniska jest owszem 250 m, ale w pionie. A droga prawie pionowa w górę. A nie zabrałem czekanów ani raków. Nawet łańcuchów żadnych nie było. Z racji dzieci przebywających z nami starałem się robić dobrą minę. Ale trudno się robi dobrą minę, jak pot zalewa ci oczy a powietrze łapiesz jak ryba wyrzucona na brzeg. Ale do schroniska dotarłem.



2 godziny i 700m później...
Uważni czytelnicy zauważą, że byłem dzielny i na paragonie nie ma piwa. Choć 9 zł za małą butelkę wody wypadałoby oblać.


Myślałem, że to już blisko szczytu, bo zostało jakieś 100 m. wysokości. A potem spojrzałem w górę. W oddali majaczył szczyt. Żeby chociaż jakiś imponujący czy coś. Nie, nic szczególnego. Bo jak się okazało 3 godziny i 3 litry mojego potu potem, to było zaledwie Małe Skrzyczne. A normalne jest jeszcze wyżej.


Powiem Wam, że wiem, że nie mam kondycji. Z moją pracą muszę tylko bez zadyszki wejść na pierwsze piętro i wytrzymać 8 godzin w klimatyzacji z trzema oszołomami takimi jak ja. Niezbyt wielkie wyzwanie. Ale ta góra prawie mnie zabiła. Ostatni raz byłem taki wykończony jak na studiach zaliczałem bieg na 3 kilometry. Bieganie zawsze mnie zabijało i z podziwem patrzyłem na szaleńców co przed biegiem robili 800 m. na rozgrzewkę. Na rozgrzewkę! Ja po 800 m. zastanawiałem się jak przeżyć pozostałe 2200. Zaliczałem ten bieg zawsze za pierwszym razem, zawsze mając kilka sekund zapasu. Z jedną motywacją - jeśli nie zaliczę, to będę musiał biec jeszcze raz. Więc zawsze zaliczałem. A po biegu padałem na trawę i pół godziny odzyskiwałem przytomność. W połowie tej góry czułem się jak po połowie biegu - jeszcze żyję, ale przy życiu trzyma mnie tylko to, że jak nie wejdę to będę musiał powtarzać. Wszedłem. A jeszcze trzeba było zejść. Wydawać by się mogło, że z góry łatwiej. Nie jest łatwiej. Ale za to jak zeszliśmy do schroniska to piłem najlepsze piwo na świecie. Żaden żywiec w życiu mi tak nie smakował. A mój zegarek, który - powiadam Wam - wie, co mówi, powiedział tak (przypominam, był czwartek):







 

 


 
 


 
 
 
 
To są owce, z tego się robi ser.


Dzień drugi. Byłem sprytniejszy i choć do schroniska znowu musiałem pójść, to dalej wjechaliśmy kolejką. Że niby atrakcja, a nie że nie dam rady drugi raz wejść. Górą po szczytach już poszło łatwiej. Horyzontalnie chodzi mi się łatwiej niż wertykalnie. No i były widoki. Powiadam Wam, mógłbym tam tylko siedzieć i podziwiać. Ale jednak trochę szliśmy. Po drodze wyprzedziła nas pani, jakieś 85 lat. Ale miała kijki, a nam się nie spieszyło. Potem nas wyprzedziła rodzina z dwójką dzieci w wieku około 5-6 lat. Kto ma dzieci, ten wie, że dzieci nie mają czegoś takiego jak zmęczenie. Dzieci więc biegły, a rodzice musieli za nimi. Nam się ciągle nie spieszyło. W drodze powrotnej wyprzedziła nas wycieczka emerytów, ale nam się przecież nie spieszyło. Ale jak szliśmy ze Skrzycznego do kolejki, żeby zjechać na dół i się okazało, że mamy 1,5 km i tylko 7 minut to trochę nam się spieszyło.


Mieliśmy iść w góry, ale zanosi się na burzę, więc jednak nie.

Dzień trzeci objawił się zachmurzeniem. Rozsądni ludzie nie idą w góry przy takiej pogodzie. Więc zarządziłem czas wolny, każdy robi co chce. Nie chciało mi się iść po piwo do schroniska. Na szczęście szczęśliwym zrządzeniem losu mieliśmy wino.




Potem tylko po kamieniach z górki i 5 godzin i 400km (8 litrów na 100km, 7,89 za litr) do domu. Na płaszczyznę.


poniedziałek, 2 maja 2022

Legenda o przyrządzie do prac ziemnych




 
        Legenda głosi, że tylko mąż o czystym sercu, nieposzlakowanej opinii oraz niezbyt grubym koncie bankowym będzie godzien wyciągnąć ten starożytny przyrząd do robót ziemnych z ziemi.

        I teraz Czcigodni, trochę się waham, więc proszę o rady i porady. Jeśli podejmę się próby i jako mężowi o niewątpliwie czystym sercu i nieposzlakowanej opinii oraz o jeszcze bardziej niewątpliwie niezbyt grubym koncie bankowym uda mi się przyrząd z ziemi wyciągnąć, to istnieje bliskie 1 ryzyko, że będę musiał się nim posłużyć przy pracach ziemnych. Jeśli jednakowoż podejmę się próby i polegnę to okażę się mężem o nieczystym sercu, poszlakowanej opinii lub grubym koncie bankowym. Przy czym to ostatnie jakoś przeżyję i złagodzi mój ból. Może więc nie podejmować próby i poprzestać na nieudowodnionym wewnętrznym przekonaniu o byciu czystym, nieskazitelnym i chudokontowym?
I teraz więc pytanie: ryzykować?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Takie kolorowanki

Ktoś powiedział Jackowi, że jest zestresowany.

Zdanie powyższe, jak widzą zapewne wszyscy, bez sensu jest. Lub też ma sensy dwa. Co oznacza, że jest bez sensu. Sens pierwszy - ktoś poinformował Jacka, iż uważa się za zestresowanego. Sens drugi - ktoś poinformował Jacka, iż uważa Jacka za zestresowanego. I o ten drugi sens nam dzisiaj chodzi.

Mnie? Zestresowanego? Że pozwolę sobie tutaj zacytować skarbnicę mądrości i cytatów na wszelkie okazje - Internet. Dzieci, proszę zamknąć oczy i uszy:

“Jestem oazą spokoju. Pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na przejrzystej tafli jebanego jeziora. Prawdę mówiąc jestem tak wyluzowany, jak wagon pierdolonych, tybetańskich, medytujących mnichów.”

Musiałem oczywiście poprawić kilka literówek, dodać polskie znaki, wstawić przecinki w odpowiednie miejsca, usunąć spacje przed przecinkami w innych miejscach, ale poza tym sens wypowiedzi został zachowany. Ja się nie stresuję. I przyczyną mojej ciężkiej, śmiertelnej niemalże (udowadniałem w jednej z części poradnika, że gorączka zabija myśliwych dlatego jest śmiertelna i jej nie lekceważymy) choroby nie jest stres, tylko absolutny przypadek. Każdemu się zdarzy zachorować raz na dwadzieścia lat i nie ma co robić z tego tragedii.

Niemniej z okazji rzekomego stresu polecono mi na odstresowanie tzw kolorowanki odstresowujące. Nie wiem dlaczego niby kolorowanie czegokolwiek (poza sprayowaniem samochodu bezpośredniego przełożonego) miałoby komukolwiek poprawiać samopoczucie. Ale ponieważ uwielbiam zmiany i chętnie podejmuję się nowych wyzwań* to postanowiłem spróbować.

Spróbowałem.



I muszę powiedzieć, że to w ogóle nie odstresowuje. W ogóle. Wręcz przeciwnie. Zamiast jednej wielkiej części do zamalowania jest pierdyliard malutkich. Ile się człowiek języka nagryzie żeby nie wyjść za linię. Ile razy ołówek trzeba strugać. Rysujesz dwie godziny, patrzysz, a tu ledwo zaczęte. I gdzie tu element odstresowania jak mnie to wszystko tylko denerwuje. Jak skończę tę odstresowującą kolorowankę to dopiero będę potrzebował czegoś na stres.




Chyba, że ja coś źle robię?







* Nie cierpię zmian i nie cierpię podejmować się nowych wyzwań. Nie cierpię nawet starych wyzwań. Piszę to w przypisie, bo nikt nie czyta przypisów, zatem z tekstu będzie wynikało jaki to jestem fajny, na czasie i w ogóle.


czwartek, 18 stycznia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 2.

        Zatem Antwerpia właściwa. Antwerpia właściwa składa się ze strony prawej, cywilizowanej, nadającej się do zamieszkania oraz lewej, dzikiej, nieprzyjaznej, porośniętej krzakami, w których mieszkają wilki. Czyli jak w Warszawie, tylko odwrotnie. W przeciwieństwie do Warszawy jednak, w Antwerpii do części dzikiej dostać się można nie mostem a tunelem. Jakieś 30 metrów w dół po schodach, potem pół kilometra pod ziemią i wodą i znowu 30 metrów w górę po schodach. Znam z opowieści tylko, gdyż jako człowiek rozsądny unikam miejsc, w których od milionów litrów wody dzieli mnie tylko belgijska myśl budowlana. A propos wody. Ichniejsza Wisła nazywa się Skalda i wygląda tak:

Taka tutejsza Wisła.
Zdjęcie zrobione z brzegu cywilizowanego. Jak się dobrze przyjrzeć na brzegu po drugiej stronie rzeki widać polujące wilki.

        Zwiedzanie Antwerpii rozpoczęliśmy od wniesienia walizek (bo to nigdy nie jest jedna walizka, nigdy) na drugie piętro bez windy. “Pff” - pomyślałby ktoś, kto nie był, nie widział i generalnie się nie zna. Gdyż schody w budynkach mieszkalnych w Antwerpii wyglądają tak:

Schody kręcone mocno.
        Po takich schodach bez walizki wchodzi się niezbyt komfortowo. Z walizką wchodzi się koszmarnie, Dla porównania na zdjęciu stopy Jacka na belgijskich schodach. Jak widać filigranowej postury Jacek zajmuje całą niemal szerokość schodów. Już schody na okrętach podwodnych dają większe pole manewru niż te tutaj. Osoby z lekką klaustrofobią lub chorobą morską (po dwóch piętrach chodzenia w kółko nieźle kręci się w głowie) proszone są o robienie przerw na półpiętrach. W tym akurat budynku była nawet winda. Właściwie to… Ej, jakie jest zdrobnienie od ‘winda’? Windusia? Windziunia? Gdyż to nie była winda, to raczej była windziunia. Za dowód niech posłuży informacja, że Jacek po ujrzeniu owej windy stwierdził, że jednak wejdzie po schodach. A kto mnie zna, ten wie, chodzenie po schodach nie jest moją pasją. Nic a nic. Nie zrobiłem zdjęcia wnętrza windziuni, bo musiałbym użyć trybu makro, a jeszcze nie umiem go używać.

        “Zaraz, zaraz...” - napadnie myśl kogoś dociekliwego, “jak oni mają tam takie mikroskopijne schodki, to jak oni wnoszą lodówkę na czwarte piętro?”. Odpowiadam:

W ostępach czają się dzikie podnośniki.
        “W tle, ukryty w gąszczu jednego z nielicznych w Antwerpii drzew, czai się samiec podnośnika. Jego organ dostawczy sterczy w całej okazałości. Wcześniej oznakował teren jaskrawą taśmą, aby podczas aktu dostarczania nie był niepokojony przez tubylców i turystów. Ten dorodny okaz bez problemu sięga do trzeciego piętra i bez trudu może dostarczyć za jednym razem ofiarę o wadze solidnej sofy. Na wysokości trzeciego piętra jego dzisiejszy cel, mieszkanie niczego niepodejrzewającego antwerpianina, gotowe do aktu, z oknem rozwartym na pełną szerokość. Tu widzimy mieszkanie z podgatunku planus fenestram mantis, czyli z oknem uchylnym do góry. Tereny Antwerpii zamieszkuje również nie mniej popularny podgatunek planus fenestram latus, czyli z oknem uchylnym na boki. Podnośniki równie chętnie krzyżują się z oboma podgatunkami.”
Czytała Krystyna Czubówna.

        Tak, moi mili i czcigodni, w Antwerpii meble dostarcza się przez okna. Po dostarczeniu idzie się na to z czego słynie Antwerpia - diamenty i czekoladę. Przy czym na diamenty możemy tylko popatrzeć przez szybę, natomiast na czekoladę również możemy tylko popatrzeć przez szybę. Dobra, żartuję. Na czekoladę można popatrzeć z bliska. Mają nawet muzeum czekolady. Eksponaty tak wyeksponowane, że domyślam się, iż muszą je co jakiś czas uzupełniać. Gdyż kto by się oparł i nie schrupał kawałka wiewióra? No kto? Warto było zapłacić 200€ kary. I można tam sobie tych czekoladek kupić, ale chyba diamenty wyszłyby taniej.

Wiewiór z wnętrznościami z czekolady.
        Co robi każdy uczciwy Polak po posiłku? Idzie do kościoła. Tako i my poszliśmy. Nie było lekko, gdy główna ulica w mieście wygląda jakby budowali pod nią metro po warszawsku:

Budowa pierwszej linii metra w Antwerpii.
        I tak podobno od lat i jeszcze przez lata. Ale nam, mieszkańcom wiecznego miasta, znaczy wiecznie rozkopanego miasta, takie widoki niegroźne. Przybylim, przedarlim się i zobaczylim. Pal licho kościół (choć wypasiony, muszę przyznać), ale ten witraż. Trochę się chyba trzeba było przy nim napracować. Szukałem tam na dole napisu “Made in China”, ale nie było.

Witraż nie Made in China.
        Za to w okolicy była cała chińska dzielnica. Powiadam Wam, przekraczacie bramę i jesteście w Chinach. Wprawdzie nie ma wielkiego muru, tylko mury pobliskich budynków, ale po zamknięciu oczu słychać i czuć Chiny. I jak piszę, że słychać i czuć, to to nie jest metafora, alegoria ani onomatopeja.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy.
        W temacie schodów Antwerpia zadziwia raz jeszcze. Gdzieś w okolicy centrum, znaczy takiego ichniego placu targowego, mają bydynek. A przy budynku schody. I jak żałują schodów w budynkach mieszkalnych, tak tu nie żałowali.

Schody. Więcej schodów. Na dach.
        Możesz sobie, dostojny kliencie wybrać. Schody krótkie, średnio długie i najdłuższe. A wszystkie prowadzące na dach. Nie wiem co jest na dachu, bo jako znany miłośnik schodów nie mogłem się zdecydować, którymi wejść, więc nie wszedłem wcale.

        Nie mam lęku wysokości, gdyż - jak mawiają mądrzy ludzie (a konkretnie to Pratchett w jednej z części Świata Dysku) - to nie wysokość zabija tylko grunt. Mam zatem lęk gruntu. Zatem zdjęcia z wysokości mogą być nieostre i źle wykadrowane, bo ciężko się robi z zamkniętymi oczami. Z dołu to wyglądało tak:

Widok z dołu.
        Nie wiem czy zdjęcie odpowiednio przerażająco oddaje skalę przedsięwzięcia, ale w wagoniku mieści się 6 osób, to sobie dowyobrażajcie. A z góry to wygląda tak (nie wiem co widzicie, bo nie widziałem co robię):

Widok z góry. Chyba.
        Największą jednak atrakcją w Antwerpii w czerwcu był niepozorny turysta z Warszawy. Paparazzi tłoczyli się wokół tak bardzo, że na zdjęciu można policzyć nie tylko ile Jacek ma oczu, ale również ile ma siwych włosów na brodzie.

Przypadkowy turysta z Polski.
Antwerpia, jak i cała Belgia, słyną ze swoich piw. Ale żeby przeprowadzić porządną degustację, to trzeba tam pojechać na trzy tygodnie, a nie na trzy dni. Zatem następnym razem. 
PS. A poprzedni post był postem numer 300. A nikt mi nie powiedział i taka okazja do świętowania nam przeszła koło nosa.

czwartek, 7 grudnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 1

        Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii nie jest znalezienie biletu w cenie niezwalającej z nóg. Nie jest otrzymanie urlopu w terminie niekolidującym z zakupionym biletem. Nie jest nawet przekonanie dwóch niewiast, że jedna walizka na tydzień całkowicie im wystarczy. Jak również dopilnowanie, aby nie próbowały przemycić trzeciej, bo “ale tylko taka malutka, prawie się na podręczny zmieści”. Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii jest dostanie się tam z lotniska. W porównaniu z lotniskiem w Charleroi (czy jakoś tak) lotnisko warszawskie znajduje się w ścisłym centrum miasta. Nawet modlińskie jest dwa rzuty beretem od centrum. Tam się jedzie prawie półtorej godziny. Przy dobrym wietrze. Bez deszczu. Poza godzinami szczytu. Mam dowód.

Mówiłem, że półtorej godziny? Mówiłem.


        Z Warszawy do Belgii - półtorej godziny, z lotniska do Antwerpii - półtorej godziny. W sumie i tak lajcik. W Szwajcarii z lotniska jedzie się 3 godziny pociągiem, a cena biletu przyprawia co słabszych o czkawkę.
        Niemniej dolecieliśmy. Pierwsze co się widzi na lotnisku to wszechobecne plakaty reklamowe Pairi Daiza. Takie ichni ogród zoologiczny. Prawie jak warszawski, tylko 50 razy większy, droższy i bardziej wypasiony. Zaprawdę powiadam Wam - przygotujcie wygodne buty, sporo €, dzien wolnego i koniecznie musicie odwiedzić. Mają tam nawet polski akcent.
Polski akcent.
Poza polskim mają również akcenty:

tajski…
Akcent tajski.

Tygrys biały w akcencie tajskim.
afrykański…
Afryka dzika.

Lemur. Po francusku - le murr.

Wujek Stefan. Obok tamtejsze gołębie.
antarktydzki (z unikalnym zdjęciem latającego pingwina)…
Unikalne zdjęcie pingwina, który zapomniał, że ma udawać nielota.

grzybowo - leśny…
Grzyby. Nie znam się, ale wyglądają na jakieś lewe.

Ładne drzewko. Albo krzak.
...oraz chiński, na którym zatrzymamy się dłużej. W akcencie chińskim atrakcją nieodmawialną stał się gabinet pedicurystyczny doktora Yu. Rolę pedicurzystek pełnią w nim wygłodniałe, małe rybki. Udostępnia im się kończyny dolne a one przystępują do pracy. Lub nie, jak widać na poniższym obrazku.
Przypadkowy turysta z Polski.
A tutaj chwilę później gdy dowiedziały się, że jestem znanym i poczytnym blogerem z Polski o międzynarodowej niemalże sławie. Nie dość, że przypłynęły wszystkie, to jeszcze dały znać koleżankom z sąsiednich zbiorników. Ech, sława.
Międzynarodowej sławy bloger i podróżnik z Polski.

        Teren jest gigantyczny, cały dzień spokojnie można rezerwować. Jest gdzie zjeść, jest gdzie odpocząć, lemury łażą luzem, dla znudzonych lub zmęczonych jeździ kolejka parowa. Całość podzielona na strefy tematyczne, z tematycznymi restauracjami. Na szczęście w każdej sprzedawali frytki.


        Uff, zmęczyłem się tym łażeniem. Na dzisiaj starczy, reszta w przyszłości. A przyszłość, jak wiadomo, jest nieokreślona. Mam na myśli taką ogólną przyszłość, nie jakieś konkretne drobiazgi. W konkretnych sytuacjach może być określona. Np jak zrzucam szklankę ze stołu na betonową podłogę to ona z pewnością się stłucze (dla upierdliwych - to normalna szklanka a nie jakaś pancerna, wysokość stołu tradycyjna a nie dla krasnali, nikt szklanki nie łapie po drodze, beton naprawdę jest betonowy). Jak kopnę małym palcem w szafkę to bez wątpienia będzie mnie ten mały palec bolał. Jak wydam 30 zł na kupony lotto to niewątpliwie będzie to stracone 30 zł. I tak dalej. Zatem kiedyś w przyszłości nastąpi część 2. O Antwerpii właściwej.

A teraz idę kupować prezenty. (Znaczy odpalam sklepy internetowe i kupuję. Czy ktoś jeszcze robi zakupy na żywo?)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Bieszczady

        Ostatnimi czasy, tak się jakoś złożyło, iż Jacek, powszechnie znany ze swojego lenistwa oraz legendarnej niechęci do zbędnego wysiłku fizycznego, uprawia zbędny wysiłek powszechnie. Tym razem zachciało mu* się odwiedzić Bieszczady.

        Bieszczady - grupa dwóch pasm górskich w łańcuchu Karpat. Pasma Bieszczadów znajdują się między Przełęczą Łupkowską (640 m n.p.m.) a Przełęczą Wyszkowską (933 m n.p.m.). Najwyższy szczyt Bieszczadów to Pikuj (1405 m n.p.m., na Ukrainie) zaś na terytorium Polski – Tarnica (1346 m n.p.m.).**

        Powyższa definicja z Wikipedii brzmi niepokojąco. ‘Górskich’ w języku jackowym oznacza, że trzeba będzie iść pod górę. Jackowe doświadczenie w chodzeniu pod górę mówi, że jakakolwiek to by nie była góra, pod górę zawsze idzie się dłużej i dalej niż z góry. Zatem Jacek z definicji nie przepada za górami. Powierzchnie płaskie są Jackowi zdecydowanie bliższe.***
        Ale to nie jedyna wada Bieszczad. Otóż nie latają tam samoloty i trzeba się udać w całodniową sześciogodzinną podróż samochodem. Sześć godzin w samochodzie. Złorzecząc na wszystkich baranów jadących wolniej niż ja i wszystkich szaleńców jadących szybciej niż ja.
        Po wykupieniu ubezpieczenia od złej pogody i pokonaniu 3875 kilometrów, a także wysłuchaniu w czasie jazdy licznych piosenek dziecięcych dojechaliśmy na miejsce. Padało. A nawet leżał śnieg. Śnieg w maju? Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tam w weekend majowy będzie śnieg? Rozchorowałbym się i nie musiał jechać. Bo już wiem, że można się rozchorować na życzenie. To się nazywa ‘psychosomatycznie’.

Nieprzebyte hałdy śniegu w maju. Zgroza. Nie dla wrażliwych.
       Nie zraził nas śnieg i nie zraził nas deszcz****, poszliśmy na zapoznawczy spacer. We wojsku to się nazywało rozpoznanie. Czyli znalezienie najbliższej knajpy na wypadek gdyby padało. Padało. Knajpa najbliższa - nie mylić najbliższej z bliską, trzeba było zasuwać z pół godziny pieszo, a to duuuużo więcej niż jackowa definicja bliskości - nazywa się Baza ludzi z mgły. Ponoć kultowa. Pewnie ze względu na wiszące wszędzie zdjęcia ludzi w tej mgle zagubionych.

Fotografie zagubionych we mgle.
Wspomniana mgła.
Schronisko, tudzież siedlisko, położone było nad rączym ruczajem. Albo pięknym, modrym Dunajem, wedle uznania. Rączy ruczaj wygląda tak:
Rączy ruczaj.
Poniżej jakiś potok w lesie, bez związku z tematem, chciałem się tylko pochwalić jakie mi ładne zdjęcie wyszło.
Jakiś potok w lesie.
        Co robią nierozsądni ludzie w Bieszczadach? Ano zamiast siedzieć z grzańcem na kaganku siedliska to idą w góry. Tako i my poszliśmy. Prawie. Gdyż szczęśliwym zbiegiem okoliczności małoletnią turystkę przypadkiem od rana bolało kolano. Złośliwi twierdzą, że nie przypadkiem. Że będąc znany z nienadużywania aktywności fizycznej w jakiś sposób przyczyniłem się do owego przypadku. Oświadczam zatem niniejszym, iż owe kalumnie są rzucane są na mnie absolutnie bezpodstawnie. Młotek w środku nocy był mi potrzebny, gdyż ze ściany wystawał gwóźdź i nie mogłem dopuścić do czyjegoś zranienia. Natomiast znaczny ubytek finansowy na moim koncie nie wynikał z przekupienia małoletniej w celu wiarygodnego symulowania bólu kolana. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Koniec oświadczenia.

        Małoletniej należy przyznać, że była dzielna. Pomimo tego kolana (i licznych zachęt z mojej strony do pozostania w domu) wdrapała się do połowy drogi do Chatki Puchatka. Tam niestety ból wygrał. Heroicznie, rezygnując ze zdobycia szczytu i sławy, poświęciłem się i zaoferowałem swe urocze niewątpliwie towarzystwo w drodze samochodu. Ledwo weszliśmy do samochodu zaczęło lać. Ponownie wysłuchałem licznych piosenek dziecięcych. Odczekaliśmy aż przestanie padać i z gór z potokami wody spłyną turyści, po czym, słuchając licznych piosenek dziecięcych wróciliśmy do siedliska.

        Dzień drugi. Wetlina powitała nas, niespodzianka, deszczem. Poszliśmy tylko na krótki spacer do rączego ruczaju. W drodze trzeba było pokonać kilka drewnianych schodków. Niestety podstępne, mokre i śliskie schodki pokonały nas. Konkretnie tym razem pełnoletnią z moich niewiast. A mówiłem “nie saltem kochanie, nie saltem, tylko grzecznie po schodkach”, to nie słuchała. W efekcie stłuczona kostka i mokry tyłek.

        Dzień trzeci. Nie chcieliśmy już kusić losu, więc porzuciliśmy myśl o zdobywaniu szczytów. Gwoli ścisłości - ja takiej myśli nigdy nie miałem. Czy góry mnie słyszą? Nie trzeba na mnie rzucać klątw, nie wybieram się na szczyty. A jeszcze prognoza pogody mówiła o burzy i gradzie. Kto rozsądny idzie w góry przy takiej prognozie? Okazało się, że wszyscy poszli. Na górze nie padało. Za to nie zobaczyli mnóstwa małych, drewnianych kościółków, które zobaczyliśmy my. W deszczu, bo w dolinach padało. Szef siedliska powiedział, że jak dziesięć lat tam żyje to jeszcze takiego deszczowego weekendu majowego nie widział. W sumie frajda uczestniczyć w czymś tak wyjątkowym.

        W sumie nie połaziliśmy zbytnio. A byłem przygotowany ze wszystkim. Może oprócz kondycji, którą zamierzałem przygotować na miejscu.

Kto ma najczystsze buty, no kto? :-)
        Nadejszła niedziela, czas wracać do domu. Znowu 3875 kilometrów wśród licznych piosenek dziecięcych. A już w poniedziałek w pracy wreszcie można było odpocząć. Po raz kolejny upewniłem się, że wolę jednak tereny płaskie (wyłączając ***). Góry pozostawiam góralom.



* mu, buahahaha. Postawion pod ścianą niewiele miał do powiedzenia. Ale trzyma się wersji, że ‘mu’ się chciało, gdyż to mniej rani jego dumę i inne organy.
** Wikipedia.
*** Nie dotyczy kobiet, w przypadku których Jacek jest w stanie tolerować wzgórza i doliny. Czasem nawet niewielkie zarośla.
**** Znaczy dziewczyn nie zraził. Ja zostałem zrażony strasznie. Właściwie to się na Bieszczady obraziłem i chciałem wracać, ale pod palącym wpływem skumulowanych spojrzeń dwóch niewiast dumnie się wyprostowałem i hardo odpowiedziałem ‘no dobra, idę’.

wtorek, 2 lutego 2016

Runcośtam

        Więc - choć czasem trudno w to uwierzyć - jest zima i jest zimno. Nawet bywa śnieg. Co niektórym szaleńcom nie przeszkadza biegać. Ale żeby tam po prostu biegać. To by było trywialne. Więc wymyślili sobie - uwaga - Runmageddon. Takie niby odniesienie do armageddonu, czaicie? Że niby trudne jak diabli i niszczące. Pomyślałem “A pojadę, zobaczę o co - nomen omen - biega” (gdyż myślę pięknie, czasem wtrącając sentencje łacińskie). Jako pomyślałem, tak uczyniłem. I przybywszy na miejsce, i zobaczywszy cóż tym nieszczęśnikom przygotowano pomyślałem - “O ku… pardon… O kyrie eleison” (a czasem greckie).

Kontener...
        Na powyższym obrazku widzimy młodego człowieka (to nie ja), któren z zachwytem spogląda do wnętrza kontenera. Cóż takiego się w owym kontenerze kryje, że do niego młodzież zagląda z zachwytem? Skarby jakoweś? Napis “Meta”? Skąpo odziane niewiasty machające chusteczkami? Nie, szanowne i szanowni, wnętrze kontenera zawiera otóż...

...z wodą
...ni mniej ni więcej tylko wodę w dwóch postaciach. W postaci zimnej, ale ciekłej i w postaci jeszcze bardziej zimnej. A żeby ta jeszcze bardziej zimna nie zamieniła się w tylko zimną, to jej dorzucano ciągle. Zwłaszcza jeśli “przypadkowo” można było sypnąć jej komuś na głowę.

        Zgadujemy zatem, że na twarzy owego zapatrzonego w zawartość kontenera nieszczęśnika nie maluje się wyraz zachwytu, ale raczej coś w stylu “O ku… pardon… O kyrie eleison”. Niektórym zapomniano powiedzieć, że za styl dodatkowych not nie przyznają, więc skakali do tego na główkę albo na bombę. Tak. Składam ten brak rozsądku na zmęczenie po około 6 kilometrach pokonanych wcześniej.
        W dalszej kolejności już lajcik. Czołganie pod armatą (czy tam haubicą), bieg wśród rażących prądem wiszących sznurków, wbieganie pod górkę śliską jak diabli, po czym z tej górki zjazd na tyłkach (tudzież w przypadku płci na starcie biegu jeszcze pięknej - na zgrabnych niewątpliwie tyłeczkach), pokonanie namiotu szczelnie wypełnionego gryzącym w oczy dymem i jako wisienka na torcie - przedarcie się przez barykadę stworzoną z żołnierzy w pełnym rynsztunku.

        I ja tam byłem, miodu i wina nie piłem, bo nie było, ale zdjęcia robiłem. A nie jest praca fotografa łatwa, powiadam Wam.

To też nie ja, proszę się nie ekscytować. Ale byłem blisko.
        Jak się biegło? - zapytacie. No przecież to nie do mnie pytanie. Jeśli są rzeczy, których nie robię, to bieganie jest na pierwszym miejscu. Zaraz za nietańczeniem i nieśpiewaniem. Ale mam relacje z pierwszej ręki. Dwie znajome, które biegły, niemal bez zająknienia stwierdziły, że było super, czad i w ogóle to by zaraz mogły lecieć na drugą rundę, na co organizator przytomnie nie zezwalał. Nie wiem czego im tam dosypują do napojów (bo jakieś napoje rozdawali), ale kopa to musi mieć niezłego.
        Ile im za to płacą? - zapytacie. Nie ‘im’ otóż tylko ‘oni’. Tak, to niewiarygodne, ale są ludzie (całkiem dużo ludzi, jakieś półtora tysiąca), którzy zapłacili za to, żeby ich gonić w transzejach, przez bunkry, przez kontener z wodą, przeczołgać pod armatą, popieścić prądem, zatruć dymem, poobijać przez żołnierzy i nie wiem co tam jeszcze było na poprzednich 5,5 kilometrach. Naprawdę. Oni to dobrowolnie.