piątek, 17 sierpnia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Portugalia

        Portugalia w styczniu, Czcigodni, jest miejscem i czasem, w którym chcielibyście przebywać. Idealna na zwiedzanie temperatura w zakresie 17-20 stopni. Idealny na zwiedzanie brak tłumów. Idealne ceny wynajmu samochodów, niecałe 200 zł za 5 dni, wliczając dodatkowe polskie ubezpieczenie od kosztów niespodziewanych przy zwrocie pojazdu. Idealny smak porto w Porto. 

        Zaczęliśmy od Porto. Od razu rzuca się w oczy, że Portugalczycy gardzą zakazami. Czerwone światło jest sugestią, a nie zakazem. Przechodzą na czerwonym, w dowolnym miejscu, przez środek skrzyżowania. Nawet nie próbują się chować przed policją, która nawet nie próbuje udawać, że ma coś przeciwko temu. Dopiero parę dni później przewodnik wyjaśnił nam, że podstawowa zasada podczas przechodzenia przez jezdnię w Portugalii to “po prostu nie umrzyj”. Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta zasada podoba. Choć zajęło mi ze dwa dni żeby nauczyć się tak przechodzić bez nerwowego rozglądania się na boki w poszukiwaniu policjanta.

 

        Z drugiej strony gdy chodniki w Porto wyglądają w większości tak, jak na zdjęciach powyżej, to nie dziwne, że chce się spędzać więcej czasu na ulicy. I nie dajcie się uwieść rzekomej urodzie tych kostek. Po deszczu stają się tak śliskie, że ortopeda to drugi po piłkarzu najbardziej dochodowy zawód w Portugalii. No i w tym przypadku po prawej zdecydowanie odradzam wkraczanie tam po alkoholu. Nie ma siły żeby zejść z tego placu na stojąco. Nawet na trzeźwo ma się ochotę usiąść i zamówić taksówkę.

        Podróżuje się po Porto na dwa sposoby: pieszo lub zabytkowym tramwajem. Podobno w częściach Porto zamieszkałych przez tubylców jeżdżą również tramwaje niezabytkowe, ale kto by się zapuszczał w miejsca nieturystyczne.



        Powyżej tramwaj turystyczny. Poniżej schody. Mnóstwo schodów. W Porto nie uznają czegoś takiego jak teren płaski. Nawet jak kawałek płaski był to położyli na nim płytki w fale, żeby się nawet po płaskim nie dało iść prosto. Wszędzie idzie się pod górę lub z góry. Przy czym w górę zawsze prowadzą trzy drogi a z góry tylko jedna.



        Jak już się i tak idzie to nie sposób nie zobaczyć tych ich niebieskich płytek, które są wszędzie. Naprawdę. Na zewnątrz budynków, wewnątrz, w przejściach, wszędzie. Ale to nie są takie zwykłe płytki jak się u nas kładzie - jakiś wzorek powtarzalny, czasem obrazek i już. O nie, te tam to są dzieła sztuki. Nie istnieje coś takiego jak seryjna produkcja. Na każdej ścianie inna scena. Scena, nie scenka, bo to naprawdę zajmuje całe ściany.



W drodze do Lizbony zahaczamy o kto zgadnie co? Dla ułatwienia wrzucę obrazek.


        Nie, nie pojechaliśmy do krainy Disney’a. Zahaczyliśmy o Fatimę. Ale przyznać musicie, że w odpowiednim oświetleniu i słabym fotografie trochę zamek z czołówki Disney’a przypomina. Zajechaliśmy w przypadkowy dzień, o przypadkowej godzinie. Wchodzimy na plac. Placzysko własciwie, bo gigantyczny. Z jednej strony zamek Disney’a, z drugiej symboliczny Jezus wiszący na nie mniej gigantycznym niż plac krzyżu.


        Wchodzimy więc w przypadkowy dzień i przypadkową godzinę na plac między krzyżem i zamkiem a uszy naszych dobiega odgłos mszy. “Po polsku” - stwierdziła młoda. “Alleluja brzmi tak samo we wszystkich językach” - stwierdziłem ja. “W imię ojca i syna…” - stwierdził ksiądz rozwiązując spór. To trzeba jednak mieć pecha jak ja - lecieć 3000 km na mszę. Fatima, targowisko próżności. W okolicznych sklepikach można kupić Jezuski i Matki Boskie we wszystkich rozmiarach, kolorach, z przeróżnych materiałów, Jezuski ruchome, Matki Boskie przepowiadające pogodę. Wszystko. Jeśli czyjeś uczucia religijne nie czują się przez to targowisko obrażone, to nie wiem co może je obrażać.

        Po drodze (choć wcześniej, ale już mi się nie chce zamieniać akapitów) Coimbra. Uniwersytet, a w nim mokry sen każdego bibliofila - biblioteka ze starodrukami. Dotykać nie wolno, ale już patrzeć i powąchać można.


        Z mokrych snów to jeszcze księgarnia z Porto, która była ponoć inspiracją dla JK Rowling przy opisywaniu księgarni w Harrym Potterze. Gdyby tak wyglądały księgarnie - kupowałbym.


A gdyby tak wyglądały wszystkie sklepy rybne też kupowałbym. Poniżej naprawdę sklep rybny, właściwie sardynkowy, bo wszystko tam to sardynki w puszkach. Albo szprotki, nie pamiętam.


W temacie zakazów, z których drwią sobie Portugalczycy to w głębokim poważaniu mają również zakaz wprowadzania psów na plażę.



Na plażę, na której i my byliśmy. Choć kąpieli jednak nie zażywaliśmy. Urywający głowy wiatr zniechęcał skutecznie.


        Z Lizbony niedaleko do Sintry, gdzie sam jeden zdobyłem zamek Maurów. Z trudem, zipiąc ciężko, wyprzedzony przez podskakującą lekko i bez odrobiny zmęczenia kózkę 9-wtedy-letnią. Sam wszedłem. Tam. Bez niczyjej pomocy. Na najwyższy czubek.


A strudzone me oblicze ratowałem w barze o wdzięcznej nazwie:


A z Sintry niedaleko do Cabo da Roca. Dalej na Zachód już się suchą stopą nie da.


Z miejsc interesujących odwiedziliśmy jeszcze:
- knajpę z płonącą kiełbasą


- mnóstwo kościołów


- oceanarium (piękne jest, powiadam Wam)





- cmentarz


- panoramę Porto


- oraz (co szczególnie polecam) zachód słońca nad oceanem (polecam zachód, bo łatwiejszy jest niż wschód)



Tymczasem bywajcie. Jadę dalej.

Spacerkiem


        Idziemy sobie spacerkiem po ścieżce w lasku. Wyprzedza nas para biegaczy. Żona patrzy na mnie i mówi, że też mógłbym pobiegać. Na szczęście dla mnie z naprzeciwka nadchodzi człowiek z sziszą. I dokładnie na naszej wysokości pociąga bucha. Triumfuję.

piątek, 10 sierpnia 2018

Z racji jednakowoż...

        Z racji jednakowoż tegoż, iż częściej się odzywam na FB niż tutaj (chociaż tutaj nie zamierzam umrzeć całkowicie) i tamże kontakt ze mną można mieć szybszy, częstszy (częściejszy?) i bogato ilustrowany zdjęciami, to osoby, które o takimże kontakcie ze mną marzą od lat i nie śpią przez brak owegoż kontaktu po nocach, zapraszam do kontaktu prywatnego, to podam swoje FB-owe namiary. Jak również kontaktem prywatnym można wysłać mi namiary swoje, wtedy to ja będę zapraszał.

Wszyscy mają FB, wiem to doskonale. Choć niektórzy nieśmiali nie pod swoim nazwiskiem. Nie potępiam.

Zachęcam do pośpiechu, gdyż wkrótce wyjeżdżam na wakacje i relację tradycyjnie zamierzam prowadzić na bieżąco. A czasem uda mi się tam nawet wrzucić coś szczątkowo zabawnego.

środa, 25 lipca 2018

Zakupowe odkrycia 2.

Trzy w jednym. Potęga marketingu. Kotlety sojowe a'la schabowe o smaku kurczaka.
Nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak to smakuje.