środa, 8 czerwca 2016

Święto nadejszło.

        My tu gadu gadu o tym jaki to wspaniały naród z tych informatyków, a tu cichcem nam święto nadejszło.


        Uwaga dziewczyny. Dziś DZIEŃ INFORMATYKA (koniecznie dużymi literami). Zatem jeśli przegapiłyście Światowy Dzień Pocałunku (skandal), umknął Wam jakoś Dzień Seksu (karygodne), to dzisiaj macie okazję wszystko nadrobić. Czem prędzej rzucajcie się obdarzać swoich informatyków pocałunkami i seksem. Ale już.

        No chyba, że ten informatyk tylko naprawia Wam komputer, pomaga skręcać meble, wnosi do domu ciężkie zakupy, wysłuchuje opowieści o Waszych sercowych porażkach, przytula gdy Wam smutno, jest na każde prawie zawołanie i patrzy na Was cielęcymi oczami gdy nie widzicie. Wtedy ten informatyk to tylko przyjaciel. Jutro zatem (Dzień Przyjaciela) złóżcie mu z tej okazji życzenia. Niszcząc przy okazji jego marzenia, mówiąc jakim wspaniałym jest tylko przyjacielem.


Pozdrawiam informatyków. I informatyczki.

wtorek, 31 maja 2016

Suchary informatyczne czas zacząć

        Jako, że nieubłaganie zbliża się termin, po którym zamkną mi konto od nieużywania, czas tego konta użyć. Co niniejszym czynię. Rozpoczynając cykl fantastyczno-naukowy pod tytułem "Suchary informatyczne, czyli nieładnie się tak nabijać z informatyków".

BTW (by the way, czyli po polsku "przy drodze"):
        Kultowym serialem opiewającym liczne zalety pracy informatyków oraz ich niezaprzeczalny profesjonalizm i niewątpliwie troskliwe podejście do klienta jest "IT Crowd". Polecam wszystkim, którym nudzi się aż tak, żeby im się chciało oglądać serial o informatykach.
Nie, no żartowałem. Nikomu się aż tak nie nudzi.


Zatem suchar informatyczny na dziś:

"Architekt, artysta i informatyk prowadzili dyskusję na temat czy lepiej spędzać czas z żoną czy z kochanką. Architekt stwierdził:
- Wolę spędzać czas z żoną, budując solidne fundamenty naszego związku.
Artysta rzekł:
- A ja wolę spędzać czas z kochanką, bo to daje mi uczucie tajemniczości i namiętności.
Na to informatyk:
- A ja wolę obie.
- Jak to obie?
- No bo gdy żona myśli, że jestem z kochanką a kochanka że z żoną, to mogę spokojnie siedzieć przy komputerze."

Komentarz:
        Pragnąłbym zauważyć jak optymistyczny przekaz niesie powyższy suchar. Informatyk otóż... tak, ten wykpiwany w licznych dowcipach, fatalnie ubrany, zarośnięty introwertyk z lekkim przestrachem podchodzący do kobiet... ten otóż informatyk w powyższym sucharze posiada nie tylko żonę, ale i kochankę! Sasasa, ha!
(Wprawdzie jak widać nie korzysta z ich usług, ale niech to nie umniejsza jego triumfu. Nasz bohater.)

        Skąd ta radość? No cóż, pomimo licznych zalet opiewanych na cieszących się zasłużoną sławą blogach (że wspomnę tylko o jednym: http://dziurawyworek.blogspot.com/2009/02/kochajcie-informatykow-dziewczeta.html) informatyk nie jest stworzeniem, które przeciętna kobieta chciałaby mieć w domu. Znaczy, owszem, przeciętna kobieta chciewa mieć informatyka w domu. Od czasu do czasu. Jak się jej akurat zepsuje komputer albo kupiła nową drukarkę. Ale na stałe to pożytku wielkiego z informatyka nie ma. Bo tak:
  • do kina to na "Warcraft"
  • pograć w coś - "Warcraft"
  • serial jakiś? - "IT Crowd" albo "Teoria wielkiego podrywu"
  • teatr może? - "życie to nie teatr" - mówi ciągle, opowiada
  • ugotować toto potrafi kanapki i herbatę*
  • sprzątać zaczyna jak mu trawa wyrasta na klawiaturze i tylko biurko w zasięgu rąk
  • romantyzm w jego wykonaniu to sms z emotką
  • kwiatki kupuje tylko w Farmville
  • ubiera się jak fleja albo bezdomny**
  • goli się tylko na ślub (co mu się nieczęsto zdarza)
  • kładzie się do łóżka jak już śpisz, wstaje jak jeszcze śpisz i idzie do pracy
  • wraca z pracy, je obiad (kanapki) i wraca do pracy
Bida z nędzą jak widzicie, dziewczyny, xpil potwierdzi wszystkie moje słowa. Co do słowa. I może dorzuci coś od siebie.

Podsumowanie:
Suchar dzisiejszy zaliczyć należy do kategorii fantastycznych, jako że nikt nigdy nie widział informatyka nie tylko żonatego, ale i z kochanką.


*Kanapki robię przepyszne! A woda na herbatę - miodzio.
**Albo hipster.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Kwarki - skwarki

        Świat naukowy ekscytuje się ostatnio, że naukowcom udało się ugotować zupę skwarkową. Czy jakoś tak. W sensie, że tak długo walili młotkami w elektrony, że się owe nierozpadalne jeszcze niedawno cząstki rozpadły na nierozpadalne jeszcze kwarki. I te rozpadnięte elektrony tworzą kwantową ciecz spinową. Z tego wszystkiego przeciętny zjadacz białego pieczywa rozumie co najwyżej ‘ciecz’. Którą to ciecz w niewielkich ilościach w celach absolutnie naukowych produkują w domach Polacy. Ale ciecz upichcona przez naukowców to zupełnie inna ciecz.

        Cóż więc takiego ekscytującego jest w tej kwantowej cieczy spinowej, że taką wzbudza ekscytację? Ano ponoć jest kolejnym stanem skupienia. A stany skupienia, drogie dzieci, mamy następujące:
 - stan ciekły - np znana wszystkim woda w postaci wody;
 - stan stały - np znana wszystkim woda w postaci lodu;
 - stan gazowy - np znana wszystkim woda w postaci pary;
 - stan galaretkowy - np znana wszystkim woda z dodatkiem smakowym i żelatyną,
 - stan brejowy - np znana wszystkim woda z dodatkiem jakiegoś rzekomo zdrowego badziewia w postaci marchewek, porów i szpinaku, a wszystko zmiksowane aż do uzyskania stanu brejowego;
        Naukowcy upierają się, że istnieje jeszcze stan plazmowy. Ale nie z nami te numery Bruner, jak mawiał Janosik, plazmowe to są tylko telewizory i wszyscy o tym wiedzą.

        Jakżesz ci mądrale doszli do tego odkrycia. Otóż opowiadam, w skrócie i z tłumaczeniami z języka bełkotliwego na białopieczywozjadaczowy, fabularyzując co nudniejsze kawałki.

        Usiedli więc razu pewnego jajogłowi z MIT. Usiedli i zadumali się, albowiem problem mieli okrutny.
Panowie - powiada jeden - zła wiedźma z Krainy Finansjery chce obciąć nam fundusze. Że niby badania nad kolorem kłaczków w pępku tudzież liczbą aniołów, które się zmieszczą na czubku szpilki są, cytuję - “nieprzyszłościowe, nudne i przynoszące ujmę naszej szacownej uczelni”. W związku z tym haniebnym pozbawieniem nas prawa do zajmowania się pierdołami złożyłem obietnicę, że w ciągu trzech dni dostarczymy pomysł na badania “nowoczesne, atrakcyjne oraz przynoszące chlubę naszej wspaniałej uczelni”. Mamy trzy dni, panowie, nikt stąd nie wyjdzie dopóki czegoś nie wymyślimy.
I ruszyły umysły wspaniałe na wycieczkę po Krainie Wyobraźni. Czegóż to oni po drodze nie wymyślili:
 - zimna fuzja,
 - teleportacja,
 - odczytywanie myśli,
 - lekarstwo na raka,
 - napęd tachionowy,
 - replikatory żywności,
 - holografia,
 - i mnóstwo innych.
        Wszystkie odpadły. Z jednego powodu. Bardzo łatwo da się zweryfikować czy to działa czy nie. A umysły bystre wiedzą, że jak się łatwo da zweryfikować to potem będą kłopoty. No i wymyślili kwantową ciecz spinową. Przeciętny pracownik finansów na słowo ‘kwant’ wyłącza mózg. Gdyby się trafił jakiś nieprzeciętny, to się go dobije ‘spinową’. A zweryfikować się tego nie da, bo kto kiedy widział kwanta albo spina?

Jak umyślili, tak się zabrali do roboty. Ruszyli z kopyta - 10 miesięcy hodowali kryształ herbertsmithytu. 10 miesięcy:
 - No jak się ma nasz kryształek? Chcesz amciu? Ciepło kryształkowi?
        Po 10 miesiącach nadszedł czas zbiorów. 7 milimetrów długości i 0,2 grama wagi. Wypasiony, nie? Ale nie bądźmy drobiazgowi. Po zbiorach kryształ był poddawany szczegółowym badaniom. I ani słowa o tym jakież to były badania. Ale był skrupulatnie obserwowany. No i w czasie tych obserwacji zauważono ułamkowe stany kwantowe.
 - Stefan, widziałeś? Ułamkowy stan kwantowy.
 - Gdzie?
 - No tam, po lewej, obok tego atomu miedzi? O, patrz, znowu.
 - A faktycznie, jest. Ale ułamkowy, ja cię kręcę. Takiego ułamkowego to jeszcze nie widziałem.
        Udało się owym uczonym zmierzyć te stany kwantowe, którym od razu nadano wdzięczną nazwę spinonów, za pomocą techniki rozpraszania neutronów. Siedzą sobie spokojnie skupione neutrony, a naukowcy jak nie zaczną je rozpraszać. A to muzyką, a to filmem, a to hałasem nagłym. Wszystko, żeby neutrony nie mogły się skupić. I zażartowali na koniec “Po raz pierwszy w sposób jasny i szczegółowy widzimy potwierdzenie teorii dotyczących kwantowych cieczy spinowych”. Bo która pani z finansów powie, że nie widzi tu żadnych spinonów, skoro kolorowe wykresy na ekranie tak ładnie wyglądają? I na kolejnych 10 lat pieniążki płyną szerokim strumieniem. Wróć - kwantową cieczą spinową.

piątek, 4 marca 2016

O dzielnym Jacku, co wirusy zwalczał

        Przybiegła do mnie pani z pokoju obok... Tak, na facebooku mogę pisać suchary informatyczne, ale w pracy jestem informatyczną osobowością, której przynosi się dary i prosi o pomoc oraz modlitwę. Przy czym to pierwsze niosę, a to drugie nie działa. Więc przybiegła do mnie pani z pokoju obok. Po pomoc i modlitwę (ciągle nie działa), a nie w żadnym innym celu, gdyż jestem emerytem i tylko pomocą i modlitwą (tutaj też nie) mogę służyć. Przybiegła więc z przerażeniem na twarzy i włosem rozwianym. Boże, myślę, ani chybi mamy w firmie jakiegoś lubieżnika, który w akcie desperacji postanowił napastować niewinną niewiastę w wieku niespełna emerytalnym. I zwraca się do mnie słowami (pani z rozwianym włosem, a nie rzekomy lubieżnik):
        O wielki, mądry i dobrotliwy (czytaj: panie Jacku), kilka głębokich wdechów i wydechów zwanych popularnie sapaniem, Obyś żył wiecznie w szczęściu i otoczeniu 72 dziewic (czytaj: panie Jacku), ktoś mi się włamał do komputera!

Wychyliłem się zza monitora…


        Jako, że z punktu widzenia Jacka opis wychylania się zza monitora nie wygląda zbyt ekscytująco i dramatycznie, zostanie on poniżej przedstawiony z punktu widzenia obiektywnego niewątpliwie narratora.

        Panie Jacku, panie Jacku, ktoś mi się włamał do komputera! - przestraszonym głosem krzyczała kobieta w średnim wieku (w zasadzie powinno zostać napisane - starsza kobieta, jednakże ponieważ Jacek niebezpiecznie zbliża się do wieku, w którym ktoś powie o nim - starszy pan, trzymać się będziemy wersji - w średnim wieku) zatrzymując się w progu pokoju. Pokój otrzymał swoją szlachetną i sugerującą wyposażenie chociaż w jedno okno nazwę nie z powodu posiadania chociaż jednego okna, ale z powodu przepisów, które zabraniają umieszczać informatyków w ciemnych, wilgotnych i dusznych norach. Niemniej, pomimo nazywania pokojem, była to ciemna, wilgotna i duszna nora, w której bezduszni przełożeni umieścili kwiat miejscowych informatyków, wychodząc najwidoczniej z założenia, że skoro i tak nie mają oni czasu podziwiać krajobrazów za oknem, to niepotrzebne im i samo okno. Stało się zatem jasne - w opozycji do mroku panującego w pokoju - dlaczego przestraszona i szukająca pomocy kobieta nie zdecydowała się jednak zapuścić dalej niż do progu. 

        Panie Jacku? - dużo bardziej adekwatnym w tej sytuacji szeptem krzyknęła jeszcze raz. Tym razem była reakcja. Informatycy nigdy nie reagują za pierwszym razem. Może sobie pójdzie. Nie poszła. Zaskrzypiało obrotowe krzesło. Zza olbrzymiego, ustawionego standardowo tyłem do wejścia, monitora wychyliło się nie licujące z ogólnie mało sympatycznym krajobrazem pokoju zaskakująco sympatyczne lico Jacka. Słucham panią - powiedział głośno. Co w tych warunkach okazało się ledwo słyszalnym szeptem, który nie poruszył ani odrobiny kurzu zebranego przez lata na stertach dokumentów porozrzucanych po biurku. Choć według kryteriów samych informatyków dokumenty owe były "precyzyjnie rozmieszczone, aby w każdej chwili być pod ręką". Wyszeptane Słucham panią, choć serce i umysł, zajęte rozważaniem wyższości interfejsów nad klasami abstrakcyjnymi w konstrukcyjnych wzorcach projektowych, krzyczały - Czego?!.

        Ktoś mi się włamał do komputera i zamienia litery na cyfry - wyszeptała pani w średnim wieku. Wychylony zza monitora Jacek zareagował gwałtownie. Unosząc lewą brew. Co jednak nie wystraszyło ciągle stojącej w progu interesantki. Choć trzeba jej przyznać, że przechyliła się do wnętrza pokoju. Może by pan zajrzał do mnie i zobaczył co się dzieje? - aż zatrząsł się z oburzenia Jacek wewnętrznie na te słowa. Miałby opuścić ten urokliwy zakątek w piwnicy i udać się na przeraźliwie jasno oświetlone, pełne ludzi Drugie Piętro? Wspomnieć należy, że Drugie Piętro to nie jest jakieś tam sobie drugie piętro, jak w dowolnym budynku. To Drugie Piętro jest piętrem, na którym mieszka legendarna Dyrekcja. Jacek nigdy nie widział Dyrekcji, ale wie, że Dyrekcja mieszka na drugim piętrze i ma moc stawiania pieczątek na wnioskach urlopowych. Zazwyczaj pieczątek z podpisem “Zezwalam”, bo kto by zabraniał wyjazdu w listopadzie nad morze. Zdobycie pieczątki nie jest łatwe, gdyż wniosek urlopowy zostawia się w Sekretariacie Dyrekcji. A w Sekretariacie pracuje Sekretarka. Gdyby można było tu wstawić muzykę, to byłoby to coś dramatycznego, wieszczącego niebezpieczeństwo i grozę. Sekretarka na widok bladego, chudego, lekko przykurzonego i rozczochranego informatyka, zamiast uciec jak każda normalna kobieta, uśmiecha się i pyta w czym może pomóc.W czym może pomóc! Do informatyka! I jeszcze młoda jest! I stoi potem ten nieszczęśnik, ściskając w ręku coraz bardziej przepocony wniosek o urlop, z językiem przyschniętym do podniebienia, szukając w myślach sformułowania, które nie będzie bezmyślnym bełkotem. Bo ja… rzuca cicho, potem drżącą ręką podaje kartkę Sekretarce. Następuje sekunda, w której kartkę trzymają oboje. W powietrzu czuć seksualne napięcie. Przestraszony tą intymną niemal bliskością informatyk puszcza kartkę, spuszcza wzrok i tyłem wycofuje się za próg. Informację o przyznaniu urlopu dostanie już, jak cywilizowany człowiek, mailem.

        Drugie Piętro. Jacek wraca do pozycji za monitorem i wstaje. Wstając zahacza mięśniami brzucha o biurko. Biurko drży. Lekko, niemal niezauważalnie. Nieubłagana fizyka przenosi drgania na podstawę monitora, stąd na resztę monitora. Stojący na monitorze posążek Buddy, od lat na skutek kolejnych wstrząsów przesuwający się w kierunku krawędzi, przekroczył punkt, w którym grawitacja i tarcie utrzymywały go na monitorze. Ta sama grawitacja bezlitośnie ściąga go teraz na dół. Spadając na klawiaturę odbija się kilka razy, zupełnie przypadkowo wpisując w otwartym oknie wzór unifikujący grawitację z pozostałymi siłami. Wzór, który za kilka lat pozwoliłby na opracowanie zimnej fuzji, antygrawitacji, napędu tachionowego, lekarstwa na raka i eliksiru odmładzającego. Pozwoliłby, gdyby nie Jacek, który, powróciwszy kilka minut później z drugiego piętra, skasował go uznając za jakieś przypadkowe bzdury, skazując w ten sposób ludzkość na kilka dodatkowych wieków mrocznych.

Idzie - powiedział i ruszył. W jakiś niepojęty sposób tumany kurzu na stertach perfekcyjnie ułożonych dokumentów nawet nie drgnęły. Wydawało się, że nie szedł a płynął. Kubek z kawą w jego dłoni poruszał się ruchem idealnie jednostajnym prostoliniowym. Pomijając zakręty.

Bo ja go, panie Jacku, wyłączyłam.
Włączy… Wpisze hasło...
O widzi Pan, widzi. Naciskam litery a piszą się cyfry. To wirus, czy ktoś się włamał, panie Jacku?
Siorb - łyknął łyk kawy, a raczej zimnej lury zrobionej rano, której nie było czasu do tej pory wypić.
Siorb - spojrzał na panią w średnim wieku zastanawiając się, jaki sposób śmierci będzie adekwatny.
Siorb - spojrzał na świecący na niebiesko na małym notebooku klawisz Numlock.
Siorb - tym razem obmyślając plan pozbycia się ciała.
Siorb - a wszystko w nim krzyczało, choć oblicze jego pozostało profesjonalnie chłodne.
Siorb - nacisnął klawisz Numlock, odwrócił się i odszedł.
        
        Za znikającą we mgle postacią Jacka z boskim niemal uwielbieniem patrzyła pani w średnim wieku. Siorb - rozległo się ostatni raz. Jacek zniknął za zakrętem schodów. Czas przyspieszył i świat ponownie zaczął oddychać.