Okazuje się, że nie tak łatwo zostać drwalem. Informatycy, którzy po usłyszeniu o lumberseksualizmie, w podnieceniu stadnie wybiegli na ulice (choć niektórzy z powodu nadmiaru światła słonecznego natychmiast wrócili w kojące mroki swoich piwnic) szybko przekonali się, że flanelowa koszula i zarost nie wystarczą. Znaczy wystarczą. O ile koszula jest od Timberlanda albo Hilfigera. A zarost bardziej gęsty niż 3 włoski na centymetr kwadratowy. A przecież wiadomo, że informatykami zostają pryszczate, przemądrzałe i ścigane w szkole przez sportowców nastolatki, u których pielęgnacja zarostu na twarzy oznacza wyrwanie raz w miesiącu trzech włosków. Siedzimy potem w tych swoich piwnicach, piszemy kod, o którym nie wiemy nawet do czego ma służyć, opracowując dzień w dzień kolejne plany zapanowania nad światem. Tak, słusznie przychodzi Wam teraz na myśl genialna bajka Pinky i Mózg: “Co będziemy dzisiaj robić Móżdżku? Jak to co Pinky? Będziemy opanowywać świat”.
Przygotowując się do podboju żeńskiego świata naczytaliśmy się profesjonalnej literatury. Tak mamy, zanim zabierzemy się do czegoś nowego (kobiety dla większości informatyków to nowość, może pomijając Zuzanny, niekompletnie rozebrane, wiszące na ścianach) czytamy dokumentację. Zazwyczaj wydaną przez producenta, ale stwórca kobiet uznał, że dzieło wyszło mu tak znakomicie, że żadne instrukcje nie są potrzebne. Trudno go winić. Podobne podejście stosuje większość informatyków nie wyłączając mnie. Nasze programy są tak genialne, że pisanie instrukcji obsługi jest zbędne. Obsługi niektórych urządzeń można się nauczyć klikając - zazwyczaj opisane - guziczki na tychże urządzeniach. Guziczki na kobietach nijak nie są niestety opisane (co jest przyczyną licznych nieporozumień, a nawet powątpiewania w istnienie niektórych guziczków, jak na przykład legendarnego i owianego złą sławą guziczka G), a bezmyślne ich klikanie dla niejednego informatyka skończyło się rękoczynem. Co w przypadku informatyków, mężczyzn (tak, mężczyzn!) niespecjalną posturą przez naturę obdarzonych, może się skończyć nawet złamaniem karku. Taki plaskacz w twarz boli. Fizycznie, ale jeśli kark przetrwa, to urażona duma boli bardziej. Chociaż nie. Co o dumie może wiedzieć człowiek spędzający życie w piwnicy przy komputerze, żrący pizzę popijaną litrami koli i lurowatą kawą? Gdyby miał odrobinę dumy to wyskoczyłby z okna. Znaczy, podskoczył do okna i wyszedł na zewnątrz. Z okna w piwnicy trudno się raczej wyskakuje. Znam kolegów, którzy żeby nie przyznać się co naprawdę robią, udają, że pracują na zmywaku w Irlandii. Tak. Znam. To lepsze niż życie w piwnicy, do której światło słoneczne wpada raz na 5 lat, gdy Ziemia jest w opozycji do Saturna i w koniugacji z Plutonem. Cokolwiek to znaczy.
Zatem nie ma instrukcji. Zatem nie próbujemy guziczków. Pozostaje sięgnąć do opinii użytkowników. Gdzie informatycy szukają opinii użytkowników? W Internecie są liczne strony z życiowymi poradami dla życiowych niedorajd. Weźmy takiego np Kwejka, choć równie dobrym źródłem informacji o kobietach są Demotywatory. Pomijamy głupie obrazki z kotami (wszystkie już widzieliśmy, proszę Was, jesteśmy informatykami) i skupiamy się na poradach dotyczących kobiet.
Obrazek pierwszy: Stoi facet przed ogromną tablicą pełną wzorów gapiąc się na nią bezmyślnie. I tytuł: “Kiedy próbujesz ogarnąć za co się obraziła”.
Obrazek drugi: Kobieta w samochodzie i podpis: “Jeśli kobieta włącza wycieraczki kiedy nie pada, znaczy będzie skręcać”.
Oraz niszczący wszelkie nadzieje obrazek trzeci: Zaorane. Tylko link, nie mogę nic napisać, gdyż łzy smutku na myśl o moich nieszczęsnych kolegach napływają mi do oczu. O tych tysiącach skromnych, dobrych mężczyzn (tak, mężczyzn!), dla których jedyne chwile, gdy mogą popatrzeć na skryte miłości swego życia to te, w których oni naprawiają ich komputery, a one w tym czasie opowiadają o kolejnym mięśniaku, który je zdradził, zawiódł i zranił i ona w ogóle z nikim już nigdy nie będzie i jak to dobrze, że mam chociaż Ciebie, bo Ty mnie nigdy nie opuścisz i zawsze przy mnie będziesz. Ale nie bliżej niż pół metra. To zarezerwowane dla mięśniaków. I wracają potem chłopaki do swoich pokoików w piwnicach z mocnym postanowieniem pójścia na siłownię od nowego roku. I nawet raz poszli. Ale wyobraźcie sobie tego bladego chudzielca wśród… no powiedzmy wśród reszty prężącej się przed lustrami. Nawet Jean-Luc Piccard nie czuł się tak dziwnie, gdy został zasymilowany przez Borg. Nie macie pojęcia o czym mówię, prawda? I tu docieramy do kolejnego problemu informatyków z kobietami. Właściwie z całym światem.
Informatycy otóż mówią niby po polsku, ale używają słów powszechnie uznanych za niezrozumiałe. Jak w opowieści o tym jak siedzi informatyk w knajpie ze wspomnianą już skrytą miłością jego życia oraz jej aktualnym mięśniakiem oczywiście. Rozmawiają o jakichś planach i w pewnym momencie informatyk pyta dziewczynę co na to jej harmonogram. I w tym momencie zrywa się mięśniak z okrzykiem - Kogo nazywasz harmonogramem, chuju?! A ten biedny informatyk nawet nie próbował żartować. To pomyślcie co się dzieje jak próbuje.
Dowcip pierwszy: “Jak się modli informatyk? W imię ojca i syna i ducha świętego, enter”.
Dowcip drugi: “Informatyk do informatyka - pożycz 1000 zł. Pożyczę Ci 1024 to będzie taka okrągła liczba”.
Dowcip trzeci: “Jest 10 rodzajów ludzi. Ci, którzy rozumieją system binarny i ci, którzy nie rozumieją”.
Rozumiecie? No właśnie. I spróbujcie z tym poderwać kobietę.
Z podkulonymi ogonami wracają informatycy do swoich legowisk. Z podkulonymi ogonami, ale i z lekkim westchnieniem ulgi, wracają do znajomego, bezpiecznego środowiska. Środowiska, w którym imiona kobiet kończą się na jpg i można do nich bezpiecznie pomachać, bo nie istnieje niebezpieczeństwo, że też pomachają i trzeba by potem jeszcze coś zrobić, a nie tylko odwrócić się z zawstydzeniem. A nie wiadomo co, bo nigdy żaden informatyk nie doszedł dalej.
Wesołych Świąt. Czy jakkolwiek nazywacie te 14 dni wolnego przy 7 tylko dniach urlopu.
"Nigdy nie jest za późno żeby zacząć marnować sobie życie" Piękne, nie? Z drugiej strony: dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
piątek, 19 grudnia 2014
poniedziałek, 24 listopada 2014
Umarł krój, niech żyje krój.
Internet szumi, że zmienia się preferowany typ urody i mody męskiej. W niepamięć odchodzi więc metroseksualizm, a witamy lumberseksualizm. Zapominamy o rurkach, depilacji pleców, twarzy gładkiej jak aksamit i manicurze. Witamy jeansy, zarośniętą gębę, flanelowe koszule i dziki wzrok.
Ale zaraz, zaraz. Czy to nam czegoś nie przypomina? Tak! Informatycy! Informatycy wracają do łask :-) Bo spójrzmy na stereotypowego informatyka:
Tylko dlaczego to się nie nazywa infoseksualizm? Jeszcze bym zrozumiał ‘lamerseksualizm’, też się z informatyką kojarzy. Ale ‘lumber’? Co ma lumber wspólnego z informatyką? Trudno, jakoś przeżyjemy. Drżyjcie dziewczyny, nadchodzimy.
Ale zaraz, zaraz. Czy to nam czegoś nie przypomina? Tak! Informatycy! Informatycy wracają do łask :-) Bo spójrzmy na stereotypowego informatyka:
- Flanelowa koszula? - Jest.
- Jeansy? - Są.
- Zarośnięta gęba? - No jakże by nie, jak się przez tydzień nie wstaje od komputera.
- Dziki wzrok? - No ba, nie dość, że dziki to jeszcze rozbiegany i odrobinę nawet szalony. A w oczach jedno z dwóch pytań, które informatycy zawsze sobie zadają: “dlaczego to nie działa?” albo “jakim cudem to działa?”.
Tylko dlaczego to się nie nazywa infoseksualizm? Jeszcze bym zrozumiał ‘lamerseksualizm’, też się z informatyką kojarzy. Ale ‘lumber’? Co ma lumber wspólnego z informatyką? Trudno, jakoś przeżyjemy. Drżyjcie dziewczyny, nadchodzimy.
środa, 12 listopada 2014
O neutralności światopoglądowej.
Cytat z ekspertyzy wykonanej przez pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego w odpowiedzi na pytanie czy Kościół Latającego Potwora Spaghetti można uznać za wspólnotę religijną:
"Przede wszystkim jednak, musi pojawić się refleksja natury zasadniczej: czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż w rzeczywistości istnieje Latający Potwór Spaghetti, który stworzył wszechświat, jest wszechmogący i wszechwiedzący."
Czy tylko mi się wydaje, że w tym miejscu każdy “w miarę rozsądny i w miarę wykształcony człowiek” powinien zamiast Latający Potwór Spaghetti wstawić nazwę swojego boga, a następnie oddać się refleksji natury zasadniczej? (Skądinąd wersja z [tu wstaw imię swojego boga] zamiast Latającego Potwora Spaghetti bardzo by przypominała tekst przysięgi Straży Miejskiej z Ankh-Morpork. Do znalezienia w sieci, polecam, bawi do łez. Zwłaszcza w wykonaniu strażników ;-) )
Ekspertyza się wzięła stąd, że państwo polskie, w osobie ministra administracji i cyfryzacji (albo odwrotnie), z uporem maniaka odmawia rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Że niby chłopaki sobie jaja z religii robią.
Paragraf 25, punkt 2 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej
Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
Zachowują bezstronność? A w preambule:
“my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, …”
No proszę Was. Jeśli to jest bezstronność to ja jestem Królewna Śnieżka skrzyżowana z tyranozaurem. Zapewniają swobodę? Oczywiście. Pod warunkiem, że wasze poglądy nie dotyczą religii. Jeśli uważacie religię za bzdurę to zatrzymajcie to dla siebie. Przekonania religijne albowiem, w przeciwieństwie do światopoglądowych i filozoficznych, są pod ochroną.
Może nie jestem “w miarę rozsądnym i w miarę wykształconym człowiekiem”, ale dla mnie bezstronność oznacza mniej więcej “Wierzcie sobie w co chcecie, dopóki nie wymaga to zjadania obywateli RP albo wyciągania od tejże RP jakichkolwiek pieniędzy. Nic nam do tego.”
Paragraf 25, punkt 1 Konstytucji rzeczpospolitej Polskiej
Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione.
Paragraf 25, punkt 4 Konstytucji rzeczpospolitej Polskiej
Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.
Równouprawnione jak diabli. Wszystkie równouprawnione, ale najbardziej równouprawniony jest Kościół Katolicki. Orwell byłby dumny: “Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.” “Och, ale przecież Kościół katolicki jako jedyne z wyznań ma własne państwo. Musimy mieć z nim oddzielną umowę.” No to pytam: musimy mieć z nim oddzielną umowę gdyż…? (Zwłaszcza w kontekście “równouprawnione” i “bezstronność”).
Czepiasz się Jacek, powiecie, przecież wszystko doskonale funkcjonuje. Czepiam się, bo wszystko dalekie jest od doskonałości. Dużo zaś bliższe jest hipokryzji uprawianej przez państwo i jego funkcjonariuszy. Państwo, rzekomo neutralne i pozwalające wierzyć w co chcemy, naprodukowało przepisów dających kościołom (ale tylko zarejestrowanym!) przeróżne ulgi. I zapędziło się w kozi róg, bo teraz każdy związek wyznaniowy może domagać się tych samych ulg. Rozwiązanie? Rejestrować związki wyznaniowe (te które udają, że w cokolwiek wierzą) albo nie rejestrować (tych, które udają tylko trochę). Ale to pociąga za sobą konieczność wymyślenia jakichś kryteriów “poważności” wyznań. Tych śmiesznych nie rejestrujemy. Jak się ocenia poważność religii? Nie mam pojęcia. Dla mnie wszystkie są mniej lub bardziej zabawne. Nie mam pojęcia dlaczego Kościół Wyznawców Słońca zasłużył na rejestrację, a Kościół Makarona już nie. I stąd ekspertyza naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zupełnie mimochodem strzelająca w stopę każdej religii. Bo czy ktoś z Was naprawdę wierzy w staruszka, który niepokalanie zapłodnił dziewicę, której syn rozmnażał chleb i rybę, chodził po wodzie, zamieniał wodę w wino i - fanfary - zmartwychwstał po 3 dniach? Ktoś? Ręka do góry. Ktokolwiek?
Każdy ze znanych mi katolików ma własną wersję religii, własne 10 przykazań, własną wizję boga, własną wizję wiary. Tak właśnie powinno być. Wierzmy w co chcemy i państwu nic do tego dopóki nikomu nie dzieje się krzywda. W Konstytucji w paragrafie 25 powinien być tylko jeden punkt: “Rzeczpospolitej Polskiej nie interesuje w co wierzą obywatele, ale rytuały tej wiary muszą być zgodne z prawem obowiązującym w Rzeczpospolitej Polskiej”. Albo zapiszmy, że religią dominującą jest Kościół Katolicki, a inne rejestrujemy wedle uznania. To też dam radę tolerować. Ale w tej chwili to nic innego jak kpina. A za rok, może dwa, pastafarianie wygrają w Strasburgu, a za upór ministerstwa zapłacimy oczywiście my, bo przecież ministerstwo żadnych swoich pieniędzy nie ma. Wygrają, bo w Konstytucji nie mamy zapisane, że religia nie może być prześmiewcza. Szykujcie portfele, Rodacy. Politycy się wyżywią.
Kibicuję pastafarianom mocno. Choć ściemniają w kwestii przynależności do ich Kościoła. Głoszą, że wystarczy pomyśleć, że jesteś pastafarianinem i już jesteś. Niestety nie czytali chyba swojego własnego statutu. Tego, który dołączyli do wniosku o rejestrację. A w nim stoi, że żeby zostać członkiem Kościoła trzeba złożyć pisemne oświadczenie. Tak samo, żeby z Kościoła wystąpić. Zadałem sobie trud i przeczytałem. Może oni też powinni?
"Przede wszystkim jednak, musi pojawić się refleksja natury zasadniczej: czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż w rzeczywistości istnieje Latający Potwór Spaghetti, który stworzył wszechświat, jest wszechmogący i wszechwiedzący."
Czy tylko mi się wydaje, że w tym miejscu każdy “w miarę rozsądny i w miarę wykształcony człowiek” powinien zamiast Latający Potwór Spaghetti wstawić nazwę swojego boga, a następnie oddać się refleksji natury zasadniczej? (Skądinąd wersja z [tu wstaw imię swojego boga] zamiast Latającego Potwora Spaghetti bardzo by przypominała tekst przysięgi Straży Miejskiej z Ankh-Morpork. Do znalezienia w sieci, polecam, bawi do łez. Zwłaszcza w wykonaniu strażników ;-) )
Ekspertyza się wzięła stąd, że państwo polskie, w osobie ministra administracji i cyfryzacji (albo odwrotnie), z uporem maniaka odmawia rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Że niby chłopaki sobie jaja z religii robią.
Paragraf 25, punkt 2 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej
Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
Zachowują bezstronność? A w preambule:
“my, Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, …”
No proszę Was. Jeśli to jest bezstronność to ja jestem Królewna Śnieżka skrzyżowana z tyranozaurem. Zapewniają swobodę? Oczywiście. Pod warunkiem, że wasze poglądy nie dotyczą religii. Jeśli uważacie religię za bzdurę to zatrzymajcie to dla siebie. Przekonania religijne albowiem, w przeciwieństwie do światopoglądowych i filozoficznych, są pod ochroną.
Może nie jestem “w miarę rozsądnym i w miarę wykształconym człowiekiem”, ale dla mnie bezstronność oznacza mniej więcej “Wierzcie sobie w co chcecie, dopóki nie wymaga to zjadania obywateli RP albo wyciągania od tejże RP jakichkolwiek pieniędzy. Nic nam do tego.”
Paragraf 25, punkt 1 Konstytucji rzeczpospolitej Polskiej
Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione.
Paragraf 25, punkt 4 Konstytucji rzeczpospolitej Polskiej
Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem Katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.
Równouprawnione jak diabli. Wszystkie równouprawnione, ale najbardziej równouprawniony jest Kościół Katolicki. Orwell byłby dumny: “Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.” “Och, ale przecież Kościół katolicki jako jedyne z wyznań ma własne państwo. Musimy mieć z nim oddzielną umowę.” No to pytam: musimy mieć z nim oddzielną umowę gdyż…? (Zwłaszcza w kontekście “równouprawnione” i “bezstronność”).
Czepiasz się Jacek, powiecie, przecież wszystko doskonale funkcjonuje. Czepiam się, bo wszystko dalekie jest od doskonałości. Dużo zaś bliższe jest hipokryzji uprawianej przez państwo i jego funkcjonariuszy. Państwo, rzekomo neutralne i pozwalające wierzyć w co chcemy, naprodukowało przepisów dających kościołom (ale tylko zarejestrowanym!) przeróżne ulgi. I zapędziło się w kozi róg, bo teraz każdy związek wyznaniowy może domagać się tych samych ulg. Rozwiązanie? Rejestrować związki wyznaniowe (te które udają, że w cokolwiek wierzą) albo nie rejestrować (tych, które udają tylko trochę). Ale to pociąga za sobą konieczność wymyślenia jakichś kryteriów “poważności” wyznań. Tych śmiesznych nie rejestrujemy. Jak się ocenia poważność religii? Nie mam pojęcia. Dla mnie wszystkie są mniej lub bardziej zabawne. Nie mam pojęcia dlaczego Kościół Wyznawców Słońca zasłużył na rejestrację, a Kościół Makarona już nie. I stąd ekspertyza naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zupełnie mimochodem strzelająca w stopę każdej religii. Bo czy ktoś z Was naprawdę wierzy w staruszka, który niepokalanie zapłodnił dziewicę, której syn rozmnażał chleb i rybę, chodził po wodzie, zamieniał wodę w wino i - fanfary - zmartwychwstał po 3 dniach? Ktoś? Ręka do góry. Ktokolwiek?
Każdy ze znanych mi katolików ma własną wersję religii, własne 10 przykazań, własną wizję boga, własną wizję wiary. Tak właśnie powinno być. Wierzmy w co chcemy i państwu nic do tego dopóki nikomu nie dzieje się krzywda. W Konstytucji w paragrafie 25 powinien być tylko jeden punkt: “Rzeczpospolitej Polskiej nie interesuje w co wierzą obywatele, ale rytuały tej wiary muszą być zgodne z prawem obowiązującym w Rzeczpospolitej Polskiej”. Albo zapiszmy, że religią dominującą jest Kościół Katolicki, a inne rejestrujemy wedle uznania. To też dam radę tolerować. Ale w tej chwili to nic innego jak kpina. A za rok, może dwa, pastafarianie wygrają w Strasburgu, a za upór ministerstwa zapłacimy oczywiście my, bo przecież ministerstwo żadnych swoich pieniędzy nie ma. Wygrają, bo w Konstytucji nie mamy zapisane, że religia nie może być prześmiewcza. Szykujcie portfele, Rodacy. Politycy się wyżywią.
Kibicuję pastafarianom mocno. Choć ściemniają w kwestii przynależności do ich Kościoła. Głoszą, że wystarczy pomyśleć, że jesteś pastafarianinem i już jesteś. Niestety nie czytali chyba swojego własnego statutu. Tego, który dołączyli do wniosku o rejestrację. A w nim stoi, że żeby zostać członkiem Kościoła trzeba złożyć pisemne oświadczenie. Tak samo, żeby z Kościoła wystąpić. Zadałem sobie trud i przeczytałem. Może oni też powinni?
sobota, 18 października 2014
Miasteczko prowincjonalne
Latem roku tego, albo tamtego, nie pamiętam, odbył Jacek z przyjaciółmi wycieczkę do zaprzyjaźnionego miasteczka prowincjonalnego. Zaprzyjaźnione miasteczko prowincjonalne gości ze stolicy powitało fanfarami oraz umundurowaną specjalnie na tę okazję orkiestrą dętą.
Że ja przesadzam mówiąc "prowincjonalne"? A skąd. Toż oni sami siebie tak nazywają. Na co posiadam niepodważalny dowód fotograficzny.
Miasteczko, choć prowincjonalne to posiada jakiś dziwny budynek, który wszyscy odwiedzają, choć ani on kolorowy, ani ładny, ani nawet nie skończony, bo ciągle budują. Nie idzie im łatwo, jak widać. Nie starczyło na całość jednego materiału, to sztukują po kawałku. Co szczególnie widać na tym przesadnie wysokim murze. Czego oni się tam boją, że potrzebują takiego wysokiego muru?
Poniżej ten sam budynek z bliska, cobyście mogli się przyjrzeć dokładniej. Partactwo jakby szwagier po pijaku budował. Ściana południowa i wschodnia. Albo północna i zachodnia. Nie pamiętam.
Przez owo miasteczko prowincjonalne bardzo płynie płynie Oka jak Wisła szeroka… Tfu… Lata uwarunkowań we wczesnej podstawówce powodują automatyczne intonowanie niektórych pieśni po tym jak padnie słowo klucz. Kto przeżył ten wie i rozumie. Więc płynie płynie Oka jak Wisła szeroka… szlag. Więc majestatycznie toczy swe wody rzeka Wisła. Ta sama co w stolicy, tyle że w stolicy ładniejsza. No sami popatrzcie.
Co to niby ma być to takie brudno-zielone? No proszę Was. Nie to co Wisła w Warszawie. Woda błękitna, przezroczysta, że dno widać, aż się chce zanurzyć w jej chłodnych i kojących falach, zanurkować i podziwiać bogactwo życia jakiego i rafa koralowa by się nie powstydziła. Tak właśnie wygląda Wisła w stolicy. Tak. Kto widział to wie.
Miasteczko dumne jest z posiadania unikalnej gwary. Używanej tylko tam i tylko tam rozumianej. No popatrzcie, wielkimi literami ZARA (po polsku: wkrótce) otwarcie. Polska wersja ze wstydem napisana małymi literkami. Nie wiem co mają tam otworzyć, ale wiem, że wkrótce.
Miasteczko można zwiedzać samodzielnie np ulicą Grodzką. Ale uwaga, ulice strasznie zanieczyszczone. Przykład jeden wybrałem, najdrastyczniejszy, aby uzmysłowić Wam ich straszliwe braki w tej dziedzinie. Widzą wszyscy czy muszę tłumaczyć? Straszne, nie?
Jeśli ktoś nie lubi samodzielnie to zawsze może się przyłączyć do jakiejś grupy. Np do wycieczki fanów legendarnego i znanego na całym świecie zespołu Village People.
Szczególną estymą u tubylców cieszy się ptactwo z ginącego gatunku Columba livia urbana. Oni tam mają pomnik gołębia. A nawet dwóch gołębiów. Gołąbów. Gołębii? Poniżej pomnik dwóch ptaków oraz dostojny gołąb majestatycznie sunący przez miasto nie niepokojony przez tubylców.
Wycieczka w sumie udana. Na pozostałych zdjęciach udało się uchwycić wiele interesujących i przyciągających wzrok obiektów. Coby oszczędzić czasu i miejsca przygotowałem z owych zdjęć profesjonalny kolaż. Kolaż to takie coś gdy wszystkie zdjęcia są na jednym zdjęciu. Kolaż.
Gdyby się ktoś wybierał do owego prowincjonalnego miasteczka, którego nazwę pozwolę Wam odgadnąć, to radzę się spieszyć. Chodzą słuchy, że w sumie to ono jednak brzydkie jest i nikomu niepotrzebne i będą je rozbierać. Nawet już sprowadzili żurawie. Na jego miejscu ma powstać centrum handlowe czy coś tam.
środa, 1 października 2014
Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 18
Foch, panowie i towarzysze niedoli, foch jest u kobiet zjawiskiem tak niemalże przewidywalnym jak okres. Jeśli dawno nie było to wkrótce będzie. Nauczymy się zatem jak poradzić sobie z kobietą, która z miłej i uroczej niewiasty pląsającej z gracją po domu zamieniła się w dyszącą żądzą zemsty krwawą harpię poruszającą się po owym domu z nonszalancją rozpędzonej dywizji pancernej oraz pozostawiającą ślady pazurów w kuchni na gresie o twardości 9 w skali Mohsa. Oczywiście bez żadnego danego przez nas powodu, bo jakże by inaczej.
Foch jest zjawiskiem o tyle interesującym, że niewyszkolony nieszczęśnik może focha nie zauważyć nawet przez kilka dni. Jak mawiają internetowi starzy mędrcy do młodych internetu adeptów: "Chcesz wiedzieć jak to jest w związku? Dzisiaj dowiedziałem się, że od trzech dni biorę udział w kłótni". Niektórym, jak widzę, wydało się to zabawne. Cóż, może jest zabawne. Chyba że właśnie się dowiedziałeś, że od trzech dni bierzesz udział w kłótni. Nauczymy się dzisiaj jak przeżyć focha żeby nie bolało. Co należy rozumieć jako "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".
1. Przed fochem właściwym.
Jako że, jak wspomniałem, nie ma żadnych objawów zbliżającego się focha to nie sposób się do focha przygotować. Foch uderza znienacka, celnie, boleśnie i bezlitośnie. I zawsze w sytuacji gdy jesteśmy najmniej na to przygotowani. Co ja mówię. Nigdy nie jesteśmy przygotowani. Zawsze zaskoczeni. Zawsze szczerze. Zatem skoro nie sposób przygotować się na histeryczny wybuch irracjonalnej agresji, jak sobie radzić? Żyć panowie. Korzystać z nielicznych błogich chwil spokoju. Robić to co zwykle robią mężczyźni, gdy nie muszą zajmować się pierdołami wymyślanymi przez kobiety i udawać maczo żeby im imponować. Poczytać książkę, obejrzeć film, pójść do teatru, poeksperymentować w piwnicy nad zimną fuzją albo popracować w schronisku dla piesków jako wolontariusz. Korzystajcie z życia, panowie, gdyż nie wiecie kiedy nadejdzie foch właściwy. Albo nadszedł.
2. Foch właściwy.
Przyjęliśmy dla potrzeb tego kursu, że fochem właściwym nazywamy focha od momentu, w którym dowiedzieliśmy się, że on trwa. Nic nie możemy zrobić z tymi kilkoma dniami kiedy foch trwał bez naszej wiedzy, nie ma zatem żadnego sensu zajmować się tym okresem.
Dowiedzieliśmy się zatem o fochu. Krokiem pierwszym jest zamknąć otwarte ze zdziwienia usta. Krokiem drugim uszczypnąć się w celu upewnienia się, że nie śnimy. Z doświadczenia powiem, że nigdy nie śnimy. Również z doświadczenia, że zawsze jednak się szczypiemy. Po dłuższej chwili jesteśmy w końcu gotowi do podjęcia kroków.
Etap 1 - Kobieta mówi o co chodzi
Na tym etapie lepiej milczeć. I dać się wygadać. Jak mówi stare indyjskie przysłowie "żmija, która dużo mówi słabo kąsa". Milczenie nie jest trudne, gdyż ciągle jesteśmy w szoku. Zatem kobieta mówi o co rzekomo chodzi. Mówi. Mówi. Mówi, mówi, mówi, mówi, macha rękami, mówi, pokazuje na coś palcem, mówi, mówi. Kiwamy głową z udawanym zrozumieniem i milczymy. Kluczowe na tym etapie jest milczenie.
Etap 2 - Próbujemy się dowiedzieć o co właściwie chodzi od 3 dni.
Bo przecież nie mamy najmniejszego pojęcia o czym kobieta mówiła machając rękami przez ostatnią godzinę. Grzecznie pytamy zatem “ale o co chodzi kochanie?” Tu kobieta przystępuje do rzeczowego wyłożenia swoich racji, ze szczególnym ale delikatnym naciskiem na rzeczy, które jej zdaniem mogliśmy zrobić inaczej, gdyż byłoby to ku naszej wspólnej korzyści…
Wyrazy niedowierzania na twarzach jak najbardziej uzasadnione. Gdyż odpowiedzi na pytanie “ale o co chodzi kochanie?” możliwe są przeróżne, ale rzeczowe wyjaśnienie o co naprawdę chodzi nie jest jedną z nich. Nigdy. Najpopularniejsze odpowiedzi to:
Etap 3 - Negocjacje w celu zakończenie focha.
Etap ten, w zależności od tego kto został uznany winnym może mieć dwa zakończenia.
1. To nasza wina. W przypadku, gdy foch jest uzasadniony i to nasza wina, gdyż np zapomnieliśmy o 10 rocznicy ślubu, imieninach ulubionej cioci, 2000 dni od pierwszego pocałunku po 5 rocznicy pierwszego pocałunku, albo że mieliśmy kupić rano mleko przystępujemy do procesu przepraszania, kajania, obiecywania poprawy i innych nierealizowalnych bzdur, których nasza jedyna niewiasta sobie zażyczy. Nie sposób ich oczywiście dotrzymać. Ba, rano nie będziemy pamiętać ani co obiecywaliśmy, ani że w ogóle był jakiś foch.
2. To nie nasza wina. Buahahahaa :) Żartowałem oczywiście. To ZAWSZE nasza wina. Patrz procedura z punktu 1.
3. Po fochu.
Najkrócej mówiąc - skocz do punktu 1. Gdyż punkt 3 to nic innego jak punkt 1 przed następnym fochem. Który nadejdzie wkrótce. Lub nadszedł.
Wspominałem na początku, że foch, niczym okres, jest nieunikniony. Otóż jest. Niestety, o ile okres przychodzi w miarę regularnie, o tyle foch nadchodzi niespodziewanie. Taki paradoks. Wiadomo, że będzie. Wiadomo, że w miarę regularnie. A jednak jak już jest to okazuje się, że trwa od trzech dni. I nie ma żadnego sposobu na zmianę tego stanu. Mam jednak nadzieję, że ten skrócony poradnik pozwoli wam, moi drodzy towarzysze niedoli, przeżyć focha tak "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".
Foch jest zjawiskiem o tyle interesującym, że niewyszkolony nieszczęśnik może focha nie zauważyć nawet przez kilka dni. Jak mawiają internetowi starzy mędrcy do młodych internetu adeptów: "Chcesz wiedzieć jak to jest w związku? Dzisiaj dowiedziałem się, że od trzech dni biorę udział w kłótni". Niektórym, jak widzę, wydało się to zabawne. Cóż, może jest zabawne. Chyba że właśnie się dowiedziałeś, że od trzech dni bierzesz udział w kłótni. Nauczymy się dzisiaj jak przeżyć focha żeby nie bolało. Co należy rozumieć jako "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".
1. Przed fochem właściwym.
Jako że, jak wspomniałem, nie ma żadnych objawów zbliżającego się focha to nie sposób się do focha przygotować. Foch uderza znienacka, celnie, boleśnie i bezlitośnie. I zawsze w sytuacji gdy jesteśmy najmniej na to przygotowani. Co ja mówię. Nigdy nie jesteśmy przygotowani. Zawsze zaskoczeni. Zawsze szczerze. Zatem skoro nie sposób przygotować się na histeryczny wybuch irracjonalnej agresji, jak sobie radzić? Żyć panowie. Korzystać z nielicznych błogich chwil spokoju. Robić to co zwykle robią mężczyźni, gdy nie muszą zajmować się pierdołami wymyślanymi przez kobiety i udawać maczo żeby im imponować. Poczytać książkę, obejrzeć film, pójść do teatru, poeksperymentować w piwnicy nad zimną fuzją albo popracować w schronisku dla piesków jako wolontariusz. Korzystajcie z życia, panowie, gdyż nie wiecie kiedy nadejdzie foch właściwy. Albo nadszedł.
2. Foch właściwy.
Przyjęliśmy dla potrzeb tego kursu, że fochem właściwym nazywamy focha od momentu, w którym dowiedzieliśmy się, że on trwa. Nic nie możemy zrobić z tymi kilkoma dniami kiedy foch trwał bez naszej wiedzy, nie ma zatem żadnego sensu zajmować się tym okresem.
Dowiedzieliśmy się zatem o fochu. Krokiem pierwszym jest zamknąć otwarte ze zdziwienia usta. Krokiem drugim uszczypnąć się w celu upewnienia się, że nie śnimy. Z doświadczenia powiem, że nigdy nie śnimy. Również z doświadczenia, że zawsze jednak się szczypiemy. Po dłuższej chwili jesteśmy w końcu gotowi do podjęcia kroków.
Etap 1 - Kobieta mówi o co chodzi
Na tym etapie lepiej milczeć. I dać się wygadać. Jak mówi stare indyjskie przysłowie "żmija, która dużo mówi słabo kąsa". Milczenie nie jest trudne, gdyż ciągle jesteśmy w szoku. Zatem kobieta mówi o co rzekomo chodzi. Mówi. Mówi. Mówi, mówi, mówi, mówi, macha rękami, mówi, pokazuje na coś palcem, mówi, mówi. Kiwamy głową z udawanym zrozumieniem i milczymy. Kluczowe na tym etapie jest milczenie.
Etap 2 - Próbujemy się dowiedzieć o co właściwie chodzi od 3 dni.
Bo przecież nie mamy najmniejszego pojęcia o czym kobieta mówiła machając rękami przez ostatnią godzinę. Grzecznie pytamy zatem “ale o co chodzi kochanie?” Tu kobieta przystępuje do rzeczowego wyłożenia swoich racji, ze szczególnym ale delikatnym naciskiem na rzeczy, które jej zdaniem mogliśmy zrobić inaczej, gdyż byłoby to ku naszej wspólnej korzyści…
Wyrazy niedowierzania na twarzach jak najbardziej uzasadnione. Gdyż odpowiedzi na pytanie “ale o co chodzi kochanie?” możliwe są przeróżne, ale rzeczowe wyjaśnienie o co naprawdę chodzi nie jest jedną z nich. Nigdy. Najpopularniejsze odpowiedzi to:
- Litania z kroku pierwszego, jednak mówiona i machana rękami głośniej i dynamiczniej. Co jest uzasadniane bezpodstawnym oczywiście twierdzeniem, że nie słuchaliśmy. Słuchaliśmy, ale rzeczy irracjonalne trudno nam się utrwalają.
- “O nic”. Powtórzone 5 razy po naszym powtórzonym 5 razy pytaniu “ale o co chodzi kochanie?”.
Etap 3 - Negocjacje w celu zakończenie focha.
Etap ten, w zależności od tego kto został uznany winnym może mieć dwa zakończenia.
1. To nasza wina. W przypadku, gdy foch jest uzasadniony i to nasza wina, gdyż np zapomnieliśmy o 10 rocznicy ślubu, imieninach ulubionej cioci, 2000 dni od pierwszego pocałunku po 5 rocznicy pierwszego pocałunku, albo że mieliśmy kupić rano mleko przystępujemy do procesu przepraszania, kajania, obiecywania poprawy i innych nierealizowalnych bzdur, których nasza jedyna niewiasta sobie zażyczy. Nie sposób ich oczywiście dotrzymać. Ba, rano nie będziemy pamiętać ani co obiecywaliśmy, ani że w ogóle był jakiś foch.
2. To nie nasza wina. Buahahahaa :) Żartowałem oczywiście. To ZAWSZE nasza wina. Patrz procedura z punktu 1.
3. Po fochu.
Najkrócej mówiąc - skocz do punktu 1. Gdyż punkt 3 to nic innego jak punkt 1 przed następnym fochem. Który nadejdzie wkrótce. Lub nadszedł.
Wspominałem na początku, że foch, niczym okres, jest nieunikniony. Otóż jest. Niestety, o ile okres przychodzi w miarę regularnie, o tyle foch nadchodzi niespodziewanie. Taki paradoks. Wiadomo, że będzie. Wiadomo, że w miarę regularnie. A jednak jak już jest to okazuje się, że trwa od trzech dni. I nie ma żadnego sposobu na zmianę tego stanu. Mam jednak nadzieję, że ten skrócony poradnik pozwoli wam, moi drodzy towarzysze niedoli, przeżyć focha tak "żeby w miarę możliwości bolało jak najmniej".
Subskrybuj:
Posty (Atom)