piątek, 14 września 2007

Coś Wam powiem

        Z powodów różnych naszło mnie na przemyślenia na tematy damsko-męskie. Dzieci wyganiać nie trzeba, scen nie będzie. Coby te przemyślenia moje zobrazować na przykładzie to sobie takie coś wymyśliłem. "Słuchajcie uważnie bo nie będę powtarzać" (w cudzysłowie bo to cytat). A, dodam tylko, że wszystkie postaci i wydarzenia opisane tutaj są fikcyjne.

        Był sobie chłopczyk i była sobie dziewczynka. Tak sobie razem byli od jakiegoś czasu. Razu pewnego niespodziewanego chłopczyk jakimś tajemniczym instynktem wiedziony kupił dziewczynce kwiat. Różę, żółtą. No i se narobił. Bo dziewczynka kwiat przyjęła, ale na tym nie koniec. Ruszyły procesy myślowe. Pytania mknęły przez głowę jak błyskawice. Dlaczego róża? Dlaczego żółta? Żółta róża to przecież oznaka zazdrości. A może nie? Może jednak przyjaźni, radości i troski? Dlaczego nie czerwona? Czerwony to przecież oznaka miłości. Co on chciał mi przekazać żółtą różą? Mam się cieszyć czy nie? Jak mam go teraz traktować? Jak on może tak igrać z moimi uczuciami? Aaaaaaa...
        A co myślał chłopczyk różę kupując? To zależy. Jak jeszcze zakochany to myślał "Wezmę żółtą bo najładniejsza". Jeśli już nie zakochany, ale wciąż kocha to myślał "Wezmę żółtą, będzie taniej a też ładna". Jeśli nawet nie kocha ale mężem ciągle jest to powiedział "Pani da jakiegoś kwiatka".

        A po co ta historyja? A po to żeby Wam uświadomić, że zazwyczaj kupując Wam różę, po prostu kupujemy Wam różę. I tyle. Nie ma w tym przesłań ukrytych, zatajonych złośliwości, podstępnych komunikatów, ranienia Waszych uczuć, sygnałów, przekazów, próśb, gróźb, szantażu, udowadniania czegokolwiek, zaprzeczania czemukolwiek, potwierdzania czegokolwiek. Niczego nie ma. Jest róża. Więc przyjmijcie czasem tę cholerną różę bez podejrzliwego spojrzenia. Bo my, choć tego nie widać, też mamy uczucia.
Idę teraz, bo mi coś do oka wpadło.

A żółta róża bez okazji wygląda tak:

To dla Was. Bez okazji.

środa, 12 września 2007

100 powodów... (cz.1: Nowa Nadzieja)

        Dogłębnie poruszony smutnym faktem, że aż kilku dni i połączonych sił żeńskich trzeba było żeby AŻ 10 (pfff) powodów wymienić, dla których nas kochać warto, postanowiłem 100 takich powodów podać. Albo więcej jak mi się będzie chciało. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że absolutnie nieprawdziwe są plotki jakoby zmuszało mnie do tego pochopnie złożone zobowiązanie. Ja po prostu dobre serce mam. Poza tym to kto ma tych chłopów biednych bronić jak Nayyr bloga nie ma a Jaspis chwilowo nieobecny?
        Gotowi? Albo raczej - gotowe? Długopisy i karteczki przygotowane? To jedziemy.
 
1. Niewątpliwie kochać nas należy dlatego, że szczerze mówiąc dużego wyboru nie macie. Albo my albo kto? No dobra, mogę się w ostateczności zgodzić, że do wyboru jesteście również Wy. Na szczęście, z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu (ale absolutnie się nie skarżę), nader często preferujecie jednak nas.
2. Kochać nas należy, bo my kochamy Was a jakaś zasada wzajemności chyba obowiązuje. Co by to było gdybyśmy my kochali Was, Wy je, One jeszcze kogoś innego? Pasmo nieszczęść by było, a liczba serc złamanych byłaby większa niż nasz deficyt budżetowy.
3. Miłować nas należy, bo my tej miłości potrzebujemy. A Wy tę miłość potrzebujecie okazywać. I wilk syty o owca cała.
4. Bo lepsi jesteśmy od pluszowych misiów. Wprawdzie z misiami też można pogadać, może czasem nawet lepiej od nas udają, że słuchają, ale poszłaby któraś z misiem do kina? A z nami można. I nawet czasem uda się nas namówić na jakiś film, w którym liczba ofiar jest mniejsza od 100.
5. Bo można się do nas przytulać jak horror oglądacie. Do misia też można, ale gdzie tam misiowi do silnego męskiego ramienia.
6. Bo można nam się w ramię wypłakać, a niektórzy z nas nawet potrafią mecz w tym czasie wyłączyć. No dobra, w misiowe ramię też można się wypłakać i miś nie ogląda meczu.
7. Bo można nam się potem wypłakać jeszcze w to drugie ramię. Co Wy tak, do diaska, z tymi misiami?
8. Bo tak słuchamy tego płaczu i kiwamy ze zrozumieniem głowami. (Powiem Wam w tajemnicy, ale nie mówcie chłopakom, że to ode mnie wiecie. Tak naprawdę to na czas tego płaczu nam się uszy wyłączają. Nawet gdyby nie to i tak za jasną cholerę nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że płaczecie bo Kryśka powiedziała Dance, że Marysia jej powiedziała, bo się dowiedziała od Zośki, że macie krzywe nogi. Gubimy się przy drugim imieniu.)
9. Bo jeśli już Was kochamy to mało nas obchodzi, że macie krzywe nogi. Jakby nas obchodziło to byśmy się nie zakochiwali.
10. Bo gubimy się przy drugim imieniu co skutecznie chroni Was przez naszymi plotkami o Waszych plotkach.
11. Bo czasem kwiatka kupimy. Nawet podobno niektórzy bez okazji potrafią kupić. No i po co te protesty. Wiem, że za rzadko, ale jakbyśmy kupowali codziennie, albo co tydzień, albo w dowolnych regularnych odstępach to by się rutyną stało a wtedy ten kwiatek żadnej by Wam nie sprawiał radości. Więc kategorycznie zaprzeczam, że zapominamy. To celowe i z premedytacją działanie. A misiek Wam kwiatka nie kupi! (I co ty misiek na to? Odpadasz, yes, yes, yes!).
12. Bo czasem o rocznicach pamiętamy. (Tłumaczenie jak wyżej).
13. I kupujemy Wam prezenty. (Fakt, że czasem jest to nowe żelazko albo pilot do telewizora jest wybaczalny).
14. Bo nie używamy Waszych kosmetyków. Zazwyczaj.
15. Bo swoich kosmetyków też nie używamy. A pewnie, że to zaleta. Jakbyśmy za bardzo używali to by nie było widać ile pracy wkładacie w siebie, żeby ładnie wyglądać. A nie byłoby widać bo my też byśmy ładnie wyglądali i nie byłoby Was z kim porównywać.
16. Bo umiemy wytrzymać 2 godziny bez sikania co daje Wam dość czasu na makijaż bez natarczywego łomotu w drzwi łazienki.
17. Bo bez mrugnięcia okiem tolerujemy 17-ą torebkę w tym miesiącu.
18. Bo bez mrugnięcia okiem tolerujemy 6-ą parę butów w tym miesiącu.
19. Bo bez mrugnięcia okiem tolerujemy Wasze peemesy, esemesy, esy-floresy...
20. Bo bez mrugnięcia okiem tolerujemy, że po piwo to sobie sami do sklepu musimy chodzić, bo wy się upieracie, że jak chcemy pić to sami mamy sobie kupić. A przy okazji kupić waciki.
21. Bo bez mrugnięcia okiem tolerujemy Wasze nieustanne kuracje odchudzające, co chcąc nie chcąc odbija się i na nas. No bo jak sobie nie robicie schabowego to przecież tylko dla nas sie nie opłaca, nie?
22. Bo tolerujemy, też bez mrugnięcia okiem, że czasem Wam się obiadu nie chce robić i nie lądujecie za to na plakatach.
23. Bo jak tak sobie patrzę ile my rzeczy tolerujemy to mi wychodzi, że cholernie jesteśmy tolerancyjni.
24. Bo jesteśmy lepsi od pluszowych misiów. ... Wiem, że było. Sprawdzam tylko Waszą czujność ;)
25. Bo niektórym z nas chce się wymyślać 100 powodów, żebyście mogły jednak w końcu kogoś za coś pokochać. Chociaż czy kochać powinno się za coś?

cdn.

Wszyscy przepisali?

wtorek, 11 września 2007

No więc żem wrócił, znowu

        Dzień dobry obywatele. Aspirant Kowalski i aspirant Nowak. Komenda Stołeczna Milicji, wróć Policji, Departament Uwag Publicznych i Anonimowych. W skrócie D.U.P.A. Co obywateli tak bawi? Dokumenty poproszę. Beznaiwna, tak? Jak to nic? A spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym? Jak każdy może wejść to publiczne. I proszę tu z władzą nie dyskutować, bo jesteśmy upoważnieni do użycia środków przymusu bezpośredniego w postaci pałki milicyjnej, wróć policyjnej, gumowej, jak również gazu obronnego pieprzowego typu GP-17. Naprawdę nie polecam. Mandacik będzie, 100 złotych. Obywatelka Biała Koronka, również 100 złotych. A czy my obywatelki skądś nie znamy? Aspirancie Nowak proszę sprawdzić w naszej bazie danych czy obywatelka Biała Koronka nie jest poszukiwana. No proszę. Obywatelka jest podejrzana o pozostawienie bez opieki niejakiego 'blogu'. Czyn ten zagrożony jest karą pieniężną 250 złotych. Płaci obywatelka czy wróci dobrowolnie? Dobrze, damy obywatelce kilka dni do namysłu. Obywatelki Martynka i kmk proszę również po 100 złotych przygotować. Co obywatelka Martynka ma z oczami? Nic? To skąd to trzepotanie rzęsami? Może coś do oka wpadło? Przy okazji - obywatelka jest podejrzana o szerzenie poglądów godzących w dobre imię płci męskiej. Jest to poważne naruszenie konstytucji, która gwarantuje nam ochronę przed prześladowaniem między innymi ze względu na płeć. Obywatel Wachmistrz. Czy obywatel Wachmistrz pozwolenie na broń białą posiada? Nie posiada. Mandacik będzie, 250 złotych. I ten rapierek rekwirujemy. A Wy też tu obywatelu pozwólcie. Tak Wy. Nayyr? Co obywatel ma w tym słoiku? Kawa? Z datą przydatności do spożycia sprzed czterech lat? Nie z nami te numery Bruner, wróć Nayyr. Damy to do przebadania, na razie ma obywatel zakaz oddalania się od miejsca zamieszkania. No i kogo my tu jeszcze mamy - obywatelka Mathley vel Pyziok. Obywatelka zawsze z własnym krzesłem? A po co obywatelce te wszystkie kamienie? Czy aby nie do rzucania w miłościwie nam panującą władzę, to powiedziałem ja aspirant Kowalski z Komendy Stołecznej Milicji, wróć Policji, Departament Uwag Publicznych i Anonimowych (D.U.P.A.). Będziemy mieć oko na obywatelką, zajrzymy od czasu do czasu sprawdzić czy obywatelka się dobrze sprawuje. A w ogóle to co to za namioty? Czyje to? Obywatelka Beznaiwna, znowu się spotykamy. Obywatelka to chyba lubi władzy robić wbrew, co obywatelko? Pozwolenie na rozbijanie namiotów jest? Nie ma. Opłata za zajęcie 15 metrów kwadratowych terenu gminnego wniesiona? Nie wniesiona. Opłata klimatyczna? Nie uiszczona. Oj niedobrze obywatelko, niedobrze. A obywatelki pozostałe patrzą tylko, tak? Mamy jakiś paragraf na patrzenie? Nie mamy. Na razie. Będziemy mieć obywatelki na oku.
Przepraszam na chwilę.
 
<chwilę później>

        Najmocniej wszystkich państwa przepraszam. Zaszło nieporozumienie. Wszystkie nałożone kary zostają oczywiście anulowane. W ramach przeprosin anulujemy również wszystkie przeszłe i przyszłe przewinienia. Życzymy miłego dnia. Zapraszamy ponownie. Do widzenia państwu.


        No witam. To znowu ja. Przepraszam za tych nadgorliwców. To taka lokalna straż wiejska. Dostali chłopaki mundury i fotoradar i im się troszkę w głowach pozajączkowało. Musiałem ich trochę do pionu postawić. Już będą grzeczni. Witam więc wszystkich serdecznie. Co ciekawego jak mnie nie było?

czwartek, 6 września 2007

Zamknięte...

        ... z powodu, że nieczynne. Właściwie zamknięte nie jest i nie będzie, ale właściciel musi uporządkować pewne sprawy, więc na jakiś czas zniknie. Sam nie wie na jaki. Ale zniknie i już. Nawet 100 komentarzy nie pomoże ;) Groźby też nie pomogą. Łapówkom też mówię zdecydowane "być może". Ale zostawiam Wam archiwum, żebyście mogli przyprowadzać kiedyś wnuki i opowiadać "A był tu, wnusiu, kiedyś taki jeden z poczuciem humoru sztuk jeden. Ale wyszedł kiedyś z bloga i słuch po nim zaginął. Jest przepowiednia, że wróci, jeśli..., eee... jak to było... A zapomniałem. Ponoć groził, że wróci i już."
Naprawdę doceniam fakt, że uznaliście że warto było mnie odwiedzać. Was też odwiedzałem z przyjemnością. Niektórych trochę zaniedbałem ostatnio, więc jeszcze raz sorry. Zajrzyjcie od czasu do czasu podlać kwiatki i przewietrzyć. Imprez mi tu proszę nie urządzać. Zresztą co mi tam. Urządzajcie jak chcecie, tylko posprzątać mi potem.
        No, także sorry, ale muszę spadać. A najbardziej sorry tych co się dopiero do mnie wprowadzili. Potraktujcie to raczej jako "do zobaczenia" niż "żegnajcie". Pozdrawiam wszystkich staropolskim "Yo, ziomy" (Wachmistrza pewnie przeszedł w tym momencie dreszcz odrazy ;)

Jacek,
posiadacz poczucia humoru sztuk 1, komputera sztuk 1.7, flaszki 0.7 i mózgu sztuk 0.1.

poniedziałek, 3 września 2007

Odwieczna walka

        6.00 dzwoni budzik. Złośliwie stoi poza zasięgiem rąk, więc żeby go wyłączyć muszę wstać. Sam sobie zgotowałem ten los. A budzik ma dźwięk wyjątkowo upierdliwy. Zrywam się więc z łóżka i już 5 minut później uciszam budzik. Widzę zdziwione miny gdzie podziało się 5 minut. A myślicie, że to łatwo po ciemku, chwilę po gwałtownym wybudzenie z przyjemnego snu (nie pamiętam o czym ale wiem, że był przyjemny, czasem tak mam), lawirując między meblami, ryzykując uszkodzenie piszczeli czy tam innej goleni znaleźć dzwoniący  przeraźliwie zegarek? Dźwięk wypełnia cały pokój więc nie da się go zlokalizować na słuch, trzeba sobie przypomnieć gdzie go wczoraj postawiłem. Byłoby to łatwiejsze gdyby nie ten przeraźliwie dzwoniący cholerny zegarek!
        5 minut później obudzony, umyty i ubrany wyruszam. Wsiadam do samochodu, zapinam pas, poprawiam lusterka, dopasowuję siedzenie.  (żartowałem :) - pas zapinam odruchowo, ale po cholerę miałbym codziennie ustawiać lusterka to nie wiem, nikt inny moim samochodem nie jeździ.) No więc zapinam pas, biorę trzy głębokie wdechy rozdzielone trzema równie głębokimi wydechami, strzelam kostkami palców (pewnie wiecie o co chodzi, dziewczyny z jakiegoś powodu strasznie to denerwuje) i ruszam. Do odwiecznej walki kierowców z drogowcami. Pierwsze dwa zakręty pokonuję gładko, w końcu to moje okolice, mieszkam tu i znam to miejsce jak własną kieszeń. Trzeci zakręt przekonuje mnie jak bardzo się myliłem. Drogowcy znają moją okolicę lepiej. Ustawili "zakaz wjazdu" w uliczce, którą od kilku tygodni skracam sobie drogę od czasu jak z powodu remontu zamknęli trasę, którą znałem na pamięć. Istnieje przepowiednia, że kiedyś skończą ten remont. Zawracam, jadę okrężną drogą, zawracam, jadę inną okrężną drogą. Dołączają do mnie kompani, posiadacze innych samochodów, podobnie jak ja zaskoczeni podstępnym atakiem drogowców. W końcu jednemu z nich udało się wydostać poza szranki remontu i donośnym trąbieniem (które spotkało się niewątpliwie z aplauzem okolicznych mieszkańców) dał nam znak jak zwyciężać mamy (mam takie jakieś dziwne uczucie, że gdzieś już podobne sformułowanie słyszałem).  Jedziemy dalej, po drodze zręcznie unikając licznych pułapek typu: dziury w jezdni, studzienki kanalizacyjne wystające, studzienki kanalizacyjne wklęsłe, studzienki kanalizacyjne otwarte itp. Znam je na pamięć, mogę jechać z zamkniętymi oczami. To znaczy mógłbym jechać, ale muszę uważać na pieszych, którzy z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu przechodzą ciągle z jednej strony ulicy na drugą. Mogliby się w końcu zdecydować. Wjeżdżam na trasę, szeroka trzypasmowa droga, mimo to wszyscy trzymają się lewego pasa. Ja ich nawet rozumiem. Na lewym są takie koleiny, że urwałbym coś z podwozia gdybym odważył się tamtędy jechać. Tylko autobusy i TIR-y się nie boją. Środkowy z kolei to majstersztyk sztuki drogowej. Upstrzony studzienkami jak ... eee zabrakło mi porównania, po prostu dużo ich jest. Tylko bojownicy tacy jak ja jadą środkowym pasem. Dyskretne ruchy kierownicą i większość studzienek pokonuję slalomem, biorąc je z lewej, prawej albo środkiem. Co oni zakupują pod tymi ulicami to nie wiem, ale to musi być coś cennego jeśli co kilka metrów robią wejście. I tak zygzakując sobie docieram do zakrętu śmierci. Sam zakręt to pestka. Ograniczenie do 60-u, ale przy dobrej pogodzie spokojnie można by polecieć 100-ą. Można by gdyby nie co? Studzienki, brawo. Największe zagęszczenie na kilometr na całej trasie. Od trzech lat pięć razy w tygodniu próbuję je pokonać i nie udało mi się. Gość, który to zaprojektował musiał być niezły. Studzienki są tak ułożone, że nie da się ich wszystkich ominąć. Ale się nie poddaję. Kwardy jestem i niedawno wymieniałem amortyzatory, będę próbował dalej.
        Zjeżdżam z trasy, trafiam na "zieloną falę". Za nic nie mogę zrozumieć skąd taka nazwa. Znajomy mi mówił, że to dlatego, że jak się trafi na zielone światło to się potem przez wszystkie skrzyżowania przelatuje na zielonym, bo tak są zsynchronizowane (zgrane, jak się komuś nie chce czytać tego długiego słowa). Ten znajomy to chyba nie ma samochodu. Po licznych próbach udało mi się na tą zieloną falę załapać. Ustaliłem, że niezbędna do tego prędkość to 85 km/h. Trochę za dużo jak na miasto, co? Ale jak się jedzie wolniej to nie ma siły, nie uda się i już. ONI chyba jakąś umowę mają z drogówką (w końcu drogówka i drogowcy to nawet brzmi podobnie). No więc jadę sobie te 85 km/h, przejeżdżam przez rondo i skręcam w uliczkę prowadzącą mnie prosto do pracy. I, szanowni moi czytelnicy i równie szanowne czytelnice, ostatnia część poprzedniego zdania to tzw. S-F. Nie skręcam, bo szlaban stoi, remont jest. Przed rondem żadnej informacji nie było, zawrócić mogę dopiero za 500m, niech żyją drogowcy.
        I w całej tej walce jeden tylko miły element na zakończenie. Tuż koło mojej pracy jest uliczka. Można na niej parkować nie płacąc. Z nieznanego mi powodu ta jedna uliczka nie załapała się do strefy płatnego parkowania, chociaż wszystkie ulice w promieniu kilkuset metrów się załapały. Ale nie mówcie nikomu, bo jak mi i na tej postawią parkomat to będę musiał jeździć do pracy tramwajem, co z jednej strony ma swoje zalety (można książkę poczytać i taniej kosztuje niż jeżdżenie samochodem, w zimie nie muszę szukać samochodu pod śniegiem, można popatrzeć na dziewczyny przez ciemne okulary nie ryzykując zaparkowania w czyimś samochodzie), ale jak dla mnie to wad ma zdecydowanie więcej (większość drogi muszę pokonywać na stojąco co w moim wieku trudne zaczyna być, mogę się zapoznać z zapachami jakich używają współpasażerowie, z tymi co nie używają też muszę się zapoznać, marznę na przystanku, no i przyzwyczaiłem się jeździć samochodem, bo tak mi wygodniej i już).