czwartek, 6 września 2007

Zamknięte...

        ... z powodu, że nieczynne. Właściwie zamknięte nie jest i nie będzie, ale właściciel musi uporządkować pewne sprawy, więc na jakiś czas zniknie. Sam nie wie na jaki. Ale zniknie i już. Nawet 100 komentarzy nie pomoże ;) Groźby też nie pomogą. Łapówkom też mówię zdecydowane "być może". Ale zostawiam Wam archiwum, żebyście mogli przyprowadzać kiedyś wnuki i opowiadać "A był tu, wnusiu, kiedyś taki jeden z poczuciem humoru sztuk jeden. Ale wyszedł kiedyś z bloga i słuch po nim zaginął. Jest przepowiednia, że wróci, jeśli..., eee... jak to było... A zapomniałem. Ponoć groził, że wróci i już."
Naprawdę doceniam fakt, że uznaliście że warto było mnie odwiedzać. Was też odwiedzałem z przyjemnością. Niektórych trochę zaniedbałem ostatnio, więc jeszcze raz sorry. Zajrzyjcie od czasu do czasu podlać kwiatki i przewietrzyć. Imprez mi tu proszę nie urządzać. Zresztą co mi tam. Urządzajcie jak chcecie, tylko posprzątać mi potem.
        No, także sorry, ale muszę spadać. A najbardziej sorry tych co się dopiero do mnie wprowadzili. Potraktujcie to raczej jako "do zobaczenia" niż "żegnajcie". Pozdrawiam wszystkich staropolskim "Yo, ziomy" (Wachmistrza pewnie przeszedł w tym momencie dreszcz odrazy ;)

Jacek,
posiadacz poczucia humoru sztuk 1, komputera sztuk 1.7, flaszki 0.7 i mózgu sztuk 0.1.

poniedziałek, 3 września 2007

Odwieczna walka

        6.00 dzwoni budzik. Złośliwie stoi poza zasięgiem rąk, więc żeby go wyłączyć muszę wstać. Sam sobie zgotowałem ten los. A budzik ma dźwięk wyjątkowo upierdliwy. Zrywam się więc z łóżka i już 5 minut później uciszam budzik. Widzę zdziwione miny gdzie podziało się 5 minut. A myślicie, że to łatwo po ciemku, chwilę po gwałtownym wybudzenie z przyjemnego snu (nie pamiętam o czym ale wiem, że był przyjemny, czasem tak mam), lawirując między meblami, ryzykując uszkodzenie piszczeli czy tam innej goleni znaleźć dzwoniący  przeraźliwie zegarek? Dźwięk wypełnia cały pokój więc nie da się go zlokalizować na słuch, trzeba sobie przypomnieć gdzie go wczoraj postawiłem. Byłoby to łatwiejsze gdyby nie ten przeraźliwie dzwoniący cholerny zegarek!
        5 minut później obudzony, umyty i ubrany wyruszam. Wsiadam do samochodu, zapinam pas, poprawiam lusterka, dopasowuję siedzenie.  (żartowałem :) - pas zapinam odruchowo, ale po cholerę miałbym codziennie ustawiać lusterka to nie wiem, nikt inny moim samochodem nie jeździ.) No więc zapinam pas, biorę trzy głębokie wdechy rozdzielone trzema równie głębokimi wydechami, strzelam kostkami palców (pewnie wiecie o co chodzi, dziewczyny z jakiegoś powodu strasznie to denerwuje) i ruszam. Do odwiecznej walki kierowców z drogowcami. Pierwsze dwa zakręty pokonuję gładko, w końcu to moje okolice, mieszkam tu i znam to miejsce jak własną kieszeń. Trzeci zakręt przekonuje mnie jak bardzo się myliłem. Drogowcy znają moją okolicę lepiej. Ustawili "zakaz wjazdu" w uliczce, którą od kilku tygodni skracam sobie drogę od czasu jak z powodu remontu zamknęli trasę, którą znałem na pamięć. Istnieje przepowiednia, że kiedyś skończą ten remont. Zawracam, jadę okrężną drogą, zawracam, jadę inną okrężną drogą. Dołączają do mnie kompani, posiadacze innych samochodów, podobnie jak ja zaskoczeni podstępnym atakiem drogowców. W końcu jednemu z nich udało się wydostać poza szranki remontu i donośnym trąbieniem (które spotkało się niewątpliwie z aplauzem okolicznych mieszkańców) dał nam znak jak zwyciężać mamy (mam takie jakieś dziwne uczucie, że gdzieś już podobne sformułowanie słyszałem).  Jedziemy dalej, po drodze zręcznie unikając licznych pułapek typu: dziury w jezdni, studzienki kanalizacyjne wystające, studzienki kanalizacyjne wklęsłe, studzienki kanalizacyjne otwarte itp. Znam je na pamięć, mogę jechać z zamkniętymi oczami. To znaczy mógłbym jechać, ale muszę uważać na pieszych, którzy z zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu przechodzą ciągle z jednej strony ulicy na drugą. Mogliby się w końcu zdecydować. Wjeżdżam na trasę, szeroka trzypasmowa droga, mimo to wszyscy trzymają się lewego pasa. Ja ich nawet rozumiem. Na lewym są takie koleiny, że urwałbym coś z podwozia gdybym odważył się tamtędy jechać. Tylko autobusy i TIR-y się nie boją. Środkowy z kolei to majstersztyk sztuki drogowej. Upstrzony studzienkami jak ... eee zabrakło mi porównania, po prostu dużo ich jest. Tylko bojownicy tacy jak ja jadą środkowym pasem. Dyskretne ruchy kierownicą i większość studzienek pokonuję slalomem, biorąc je z lewej, prawej albo środkiem. Co oni zakupują pod tymi ulicami to nie wiem, ale to musi być coś cennego jeśli co kilka metrów robią wejście. I tak zygzakując sobie docieram do zakrętu śmierci. Sam zakręt to pestka. Ograniczenie do 60-u, ale przy dobrej pogodzie spokojnie można by polecieć 100-ą. Można by gdyby nie co? Studzienki, brawo. Największe zagęszczenie na kilometr na całej trasie. Od trzech lat pięć razy w tygodniu próbuję je pokonać i nie udało mi się. Gość, który to zaprojektował musiał być niezły. Studzienki są tak ułożone, że nie da się ich wszystkich ominąć. Ale się nie poddaję. Kwardy jestem i niedawno wymieniałem amortyzatory, będę próbował dalej.
        Zjeżdżam z trasy, trafiam na "zieloną falę". Za nic nie mogę zrozumieć skąd taka nazwa. Znajomy mi mówił, że to dlatego, że jak się trafi na zielone światło to się potem przez wszystkie skrzyżowania przelatuje na zielonym, bo tak są zsynchronizowane (zgrane, jak się komuś nie chce czytać tego długiego słowa). Ten znajomy to chyba nie ma samochodu. Po licznych próbach udało mi się na tą zieloną falę załapać. Ustaliłem, że niezbędna do tego prędkość to 85 km/h. Trochę za dużo jak na miasto, co? Ale jak się jedzie wolniej to nie ma siły, nie uda się i już. ONI chyba jakąś umowę mają z drogówką (w końcu drogówka i drogowcy to nawet brzmi podobnie). No więc jadę sobie te 85 km/h, przejeżdżam przez rondo i skręcam w uliczkę prowadzącą mnie prosto do pracy. I, szanowni moi czytelnicy i równie szanowne czytelnice, ostatnia część poprzedniego zdania to tzw. S-F. Nie skręcam, bo szlaban stoi, remont jest. Przed rondem żadnej informacji nie było, zawrócić mogę dopiero za 500m, niech żyją drogowcy.
        I w całej tej walce jeden tylko miły element na zakończenie. Tuż koło mojej pracy jest uliczka. Można na niej parkować nie płacąc. Z nieznanego mi powodu ta jedna uliczka nie załapała się do strefy płatnego parkowania, chociaż wszystkie ulice w promieniu kilkuset metrów się załapały. Ale nie mówcie nikomu, bo jak mi i na tej postawią parkomat to będę musiał jeździć do pracy tramwajem, co z jednej strony ma swoje zalety (można książkę poczytać i taniej kosztuje niż jeżdżenie samochodem, w zimie nie muszę szukać samochodu pod śniegiem, można popatrzeć na dziewczyny przez ciemne okulary nie ryzykując zaparkowania w czyimś samochodzie), ale jak dla mnie to wad ma zdecydowanie więcej (większość drogi muszę pokonywać na stojąco co w moim wieku trudne zaczyna być, mogę się zapoznać z zapachami jakich używają współpasażerowie, z tymi co nie używają też muszę się zapoznać, marznę na przystanku, no i przyzwyczaiłem się jeździć samochodem, bo tak mi wygodniej i już).

poniedziałek, 27 sierpnia 2007

No więc żem wrócił

        No więc żem wrócił. Że źle? Że nie powinno być 'żem'? Przeżyliście ortografję to i to przeżyjecie ;)  A wracając do ortografji - może mi ktoś wyjaśnić skąd tyle nowych twarzy? Wygrałem jakiś konkurs czy coś? Gdzie nagroda? Nie żebym miał coś przeciwko nowym gościom, tak tylko z ciekawości pytam. Chociaż przyznać muszę, że jeden komentarz "zranił mnie, zranił mnie do głębi" (Ktoś wie co sparafrazowałem? Obcokrajowcom daruję odpowiadanie, bo na pewno nie widzieliście Shreka z polskimi dialogami. Aaaa, no i wygadałem.).
        Trochę tych komentarzy się uzbierało pozwólcie więc, że żeby nie wracać do jakich starych notek sprzed trzech tygodni odpowiem na wszystko tutaj. Pozwolicie? Dziękuję. No więc na początek skarcić Was, towarzyszki i towarzysze (tfu, sorry, jak się rozpędzę to mi się tak czasem wyrywa), muszę. Jedna tylko jedyna Biała Koronka zaoferowała pomoc w rozwiązaniu problemu z paskiem pod okienkiem do wpisywania notki. Nie wstyd Wam? (Na marginesie: dzisiaj mam tam coś o gotowaniu). Skarcenie numer dwa: gdzie prace domowe? No ja się grzecznie, nie używając brzydkich słów (chciałem użyć, ale Onet wycina), zapytowywyję - gdzie są prace domowe? Jeszcze się rok szkolny nie zaczął a już zapominamy o pracach domowych. Jedna tylko Gapa pracę domową odrobiła, czwórkę dostaje. Dlaczego tylko czwórkę? "Bo na szóstkę to umie pan Bóg, na piątkę ja, a Wy możecie co najwyżej na czwórkę" - mieliście takich nauczycieli?
        Tyle karcenia, teraz będę się podlizywał. W końcu muszę Was jakoś zachęcić do powrotu. Dziękuję za liczne tłumaczenia słówka 'Uwaga', dziękuję za czytanie ze zrozumieniem (dobra, tu była odrobinka ironii (nie ma nic wspólnego z aronią), poczytajcie komentarze pod 'Pierwszym razem' - nie wszyscy chyba doczytali do końca), witam wszystkich którzy wpadli do mnie pierwszy raz. Szczególnie witam tych, którzy wpadną jeszcze raz żeby zobaczyć, że ich witam. Witam niejakiego 'tomasa', którego rzeczowy i przejmujący komentarz spowodował, że głęboko się zamyśliłem nad sensem życia. A nie, sorry. Nad sensem życia to się Monty Python zastanawiał. Przepraszam, zaraz będę pisał, tylko zepchnę z biurka te papiery. Wygląda na to, że jak mnie nie było to znosili do mnie wszystko czego nikt inny nie chciał. Łuuu, ale poleciały. Sprzątaczka sprzątnie a ja będę udawał, że żadnych papierów tu nie było, hiehie ;) Ale wracając do tematu. Mówiłem już jak głęboko mnie zranił komentarz 'tomasa'? Zranił mnie, zranił mnie do głębi. Że też Ziemia nasza rodzicielka nosi takich oprawców na swoim grzbiecie. Moja delikatna psychika leży teraz w gruzach i nie wiem czy jeszcze dam radę się po takim ciosie pozbierać.
"Uczucia pacjenta zostały głęboko zranione komentarzem 'tomasa'. Jako człowiek niechętnie okazujący prawdziwe uczucia próbuje ukryć przygnębienie i smutek pod maską ironii. Ironia jest murem, który chroni go w takich momentach przed rzeczywistością. Delikatny charakter pacjenta z trudem ...." A poszedł ty mi stąd! Na chwilę nie można klawiatury z oka spuścić bo się zaraz jakiś psychoanalityk do opiniowania bierze.
To tyle. Idę zobaczyć co u Was.

        Jak powiedziała jedna znajoma zza oceanu (ale jej to wybaczam) - Apdejt. No więc właśnie się dowiedziałem, że w tym roku jest setna rocznica użycia słowa biustonosz. Po pierwsze  - kto to liczy? A po drugie to ja parę słów chciałem o tym znienawidzonym przez płeć mą 'wynalazku'. Ja tam nie wiem kto to wymyślił, ale ona na pewno nie lubiła facetów. No bo do czego służy biustonosz? Do zdejmowania z kobiety. Czyli jeden zbędny krok w drodze do dobrania się..., ekhem, znaczy chciałem powiedzieć w drodze do podziwiania artefaktów, w które natura wyposażyła tylko kobiety. No i ja właśnie o tej drodze. Drodze przez mękę niejednokrotnie. No bo kto wymyślił te wszystkie haftki (tego się nawet wymówić nie da)? A są takie DWA! (albo dwie, nie wiem czy to haftka czy haftek i wcale mnie to nie obchodzi. Ja muszę z tym walczyć a nie wiedzieć jak się nazywa). No to jaki jest inny powód niż zemsta? A nie byłoby łatwiej zamontować guziczek, takie coś w stylu Click&Play? A te haftki (wymówić się nie da) to żeby nie było za łatwo czasem są z przodu zamiast - jak się człowiek przyzwyczaił - z tyłu. I jeszcze to wszystko trzeba rozpinać zazwyczaj jedną ręką i - uwaga, będzie hardcore - PO CIEMKU. No i weźcie mnie teraz przekonajcie, że to nie zemsta szalonej feministki.
PS. Do dowodów proszę dołączać dokumentację fotograficzną ;)

Apdejt 2: Bardzo dziękuję za wszystkie zdjęcia, obejrzę je wnikliwie, zapewniam. Proszę mi już więcej nie przysyłać, bo dzwonił administrator Onetu i się skarżył, że im się zaraz miesięczny limit transferu poczty wyczerpie. Dziękuję za uwagę.

czwartek, 2 sierpnia 2007

Ortografja

        Nie wjem jak Was ale mie to strasznie denerwóje jak ktoś robi tyle błenduw w pisowni rze, tego sie czytać nie da bo asz oczy bolo. Jak ja byłem młody to rzadnyh dyskleksji i dysgrafji nie było. Za błendy sie dostawało dwuje i jósz. A teras to co drógi ma papier rze, on niby hory. Morze i nie ktuży żeczywisicie som hoży, ale więkrzość to mojim zdaniem ten papier kópiła. Rozómjem rze, kiedyś jak słownikuw kompóterowyh nie było to w papierowym nie zawsze hciało sie szókać. Ale teras? Programy same pisownie sprawdzajom, podkreślajom na czerwono, ópewniajom sie pszed wysłaniem czy aby napewno hcesz wysłać z błendami. I co? I nic. Wysyłajom z błendami. Ja tobym za to kary finansowe jakieś nakładał. Złotuwka za karzdy błond. Morze jakby taki jeden z drógim zapłacił dwie stuwki na miesionc toby sie potem zastanowił co pisze. No powieccie sami, czy to taki wielki problem pszed wysłaniem nacisnoć "sprawć pisownie"? Nawet pszeglondarki do internetu som jósz tak cfane rze, pisownie sprawdzajom w trakcie pisania. Wasza nie? Chmm, a Firefox sprawdza. Teras to sie akórat hyba zepsół, bo nie sprawdza. Ciekawe dlaczego? Ale zazwyczaj dzjała. Nawet literuwki poprawia. Ale ja nie o tym miałem muwić. O ortografji było. Wiem rze, "polska jenzyk, tródna jenzyk" jak muwi pszysłowie. Ale rzeby go jeszcze specialnie kaleczyć? No bo weśmy coś takiego jak moja siostra ma w opisie GG: "Koffani, jush fkróttce do ffass wracam". Zrozómieliście coś? Bo ja nic a nic. Co to za jenzyk? Troche jak syczenie a troche jak jonkanie. Co robi Rada Polityki Pjenienrznej, tfó, sory, Rada Jenzyka Polskiego? Pokópili sobie te telewizory za nasze pjeniondze i gołe dópy oglondajom zamjast sie do roboty wzionć i zrobić z tymi małolatami pożondek. Ja to czasem specialnie jakiś błond zrobie rzeby na takiego całkiem sfiksowanego na pónkcie ortografji nie wyjść. No wiecie, na takiego ortodonte jenzykowego. Wiecie jak sie tszeba napracować rzeby Worda do błendu zmósić? Óparcie poprawia na dobże i jósz.

Praca domowa 1: przepisać starając się nie zrobić żadnego błędu.
Praca domowa 2: przepisać starając się zrobić wszystkie możliwe błendy, tfu błędy (jeśli jesteście w stanie jeszcze coś znaleźć).
Termin oddania prac: za trzy tygodnie.

PS1. Kropki i przecinki też będę sprawdzał.
PS2. Zaświadczeń o dysgrafii, dysleksji, dysortografii i dyskalkulii nie przyjmuję.
PS3. Chyba, że będą w okładkach z 20-o dolarówek.
PS4. Ortodontą monetarnym też nie jestem, inne waluty też mogą być.
PS5. Płatność w naturze z pewnych względów nie wchodzi w grę.
PS6. Nie związane z tematem - dlaczego na tym pasku na dole wyświetla mi się "Onet.pl  Kobieta: pielęgnacja, moda, diety, seks, plotki"? Jak zrobić żeby było "Onet.pl Mężczyzna: samochody, sport, piwo, seks, kobiety"? Tym takim pasku pod okienkiem, w którym się pisze posta.

środa, 1 sierpnia 2007

Pierwszy raz

        Marzą o nim prawie już dorośli chłopcy. Tata im opowiadał, że to niezapomniane przeżycie. Marzą dziewcząta (bo przecież nie dziewczynki już). Mama im mówiła, że tego się nie da porównać do niczego innego. Wiedzą, że już niedługo nadejdzie. Dla każdego (ok, dla większości) w końcu nadchodzi. Czekali na to tak wiele lat, że te ostatnie chwile są jak ostatni kawałek czekolady, który trzyma się w dłoni aż się prawie rozpuści zanim weźmie się go do ust. Jeszcze ostatnie chwile, ostatnie maile, ostatnie dokumenty i wreszcie nadchodzi ON. Niepowtarzalny obiekt westchnień dla tych co już go mieli. Niespełnione wciąż marzenie tych co jeszcze nie. Nieodkryta tajemnica dla tych co jeszcze tego nie przeżyli. Jedyny, niepowtarzalny, niezapominalny. Pierwszy urlop.

        Mój przyszedł dzisiaj rano i powiedział, że bierze sobie mnie na trzy tygodnie. A ja oddam się z ochotą :) I chociaż to nie będzie mój pierwszy raz to zawsze czekam na niego jakby był. Tylko ten akurat jest inny. Bo oprócz od pracy urlop będzie jeszcze od blogów. Uczucia mam więc ambiwalentne (jak ja uwielbiam takie słówka, zapisuję sobie, sprawdzam co znaczą i używam w każdej możliwej sytuacji :))).
Pozdrawiam wszystkich.

PS. Jak to teraz czytam to widzę, że zapomniałem wspomnieć, że ja ten urlop od piątku dopiero mam. Czyli dzisiaj jeszcze jestem :)