6.00
dzwoni budzik. Złośliwie stoi poza zasięgiem rąk, więc żeby go wyłączyć
muszę wstać. Sam sobie zgotowałem ten los. A budzik ma dźwięk wyjątkowo
upierdliwy. Zrywam się więc z łóżka i już 5 minut później uciszam
budzik. Widzę zdziwione miny gdzie podziało się 5 minut. A myślicie, że
to łatwo po ciemku, chwilę po gwałtownym wybudzenie z przyjemnego snu
(nie pamiętam o czym ale wiem, że był przyjemny, czasem tak mam),
lawirując między meblami, ryzykując uszkodzenie piszczeli czy tam innej
goleni znaleźć dzwoniący przeraźliwie zegarek? Dźwięk wypełnia cały
pokój więc nie da się go zlokalizować na słuch, trzeba sobie przypomnieć
gdzie go wczoraj postawiłem. Byłoby to łatwiejsze gdyby nie ten
przeraźliwie dzwoniący cholerny zegarek!
5
minut później obudzony, umyty i ubrany wyruszam. Wsiadam do samochodu,
zapinam pas, poprawiam lusterka, dopasowuję siedzenie. (żartowałem :) -
pas zapinam odruchowo, ale po cholerę miałbym codziennie ustawiać
lusterka to nie wiem, nikt inny moim samochodem nie jeździ.) No więc
zapinam pas, biorę trzy głębokie wdechy rozdzielone trzema równie
głębokimi wydechami, strzelam kostkami palców (pewnie wiecie o co
chodzi, dziewczyny z jakiegoś powodu strasznie to denerwuje) i ruszam.
Do odwiecznej walki kierowców z drogowcami. Pierwsze dwa zakręty
pokonuję gładko, w końcu to moje okolice, mieszkam tu i znam to miejsce
jak własną kieszeń. Trzeci zakręt przekonuje mnie jak bardzo się
myliłem. Drogowcy znają moją okolicę lepiej. Ustawili "zakaz wjazdu" w
uliczce, którą od kilku tygodni skracam sobie drogę od czasu jak z
powodu remontu zamknęli trasę, którą znałem na pamięć. Istnieje
przepowiednia, że kiedyś skończą ten remont. Zawracam, jadę okrężną
drogą, zawracam, jadę inną okrężną drogą. Dołączają do mnie kompani,
posiadacze innych samochodów, podobnie jak ja zaskoczeni podstępnym
atakiem drogowców. W końcu jednemu z nich udało się wydostać poza
szranki remontu i donośnym trąbieniem (które spotkało się niewątpliwie z
aplauzem okolicznych mieszkańców) dał nam znak jak zwyciężać mamy (mam
takie jakieś dziwne uczucie, że gdzieś już podobne sformułowanie
słyszałem). Jedziemy dalej, po drodze zręcznie unikając licznych
pułapek typu: dziury w jezdni, studzienki kanalizacyjne wystające,
studzienki kanalizacyjne wklęsłe, studzienki kanalizacyjne otwarte itp.
Znam je na pamięć, mogę jechać z zamkniętymi oczami. To znaczy mógłbym
jechać, ale muszę uważać na pieszych, którzy z zupełnie niezrozumiałego
dla mnie powodu przechodzą ciągle z jednej strony ulicy na drugą.
Mogliby się w końcu zdecydować. Wjeżdżam na trasę, szeroka trzypasmowa
droga, mimo to wszyscy trzymają się lewego pasa. Ja ich nawet rozumiem.
Na lewym są takie koleiny, że urwałbym coś z podwozia gdybym odważył się
tamtędy jechać. Tylko autobusy i TIR-y się nie boją. Środkowy z kolei
to majstersztyk sztuki drogowej. Upstrzony studzienkami jak ... eee
zabrakło mi porównania, po prostu dużo ich jest. Tylko bojownicy tacy
jak ja jadą środkowym pasem. Dyskretne ruchy kierownicą i większość
studzienek pokonuję slalomem, biorąc je z lewej, prawej albo środkiem.
Co oni zakupują pod tymi ulicami to nie wiem, ale to musi być coś
cennego jeśli co kilka metrów robią wejście. I tak zygzakując sobie
docieram do zakrętu śmierci. Sam zakręt to pestka. Ograniczenie do 60-u,
ale przy dobrej pogodzie spokojnie można by polecieć 100-ą. Można by
gdyby nie co? Studzienki, brawo. Największe zagęszczenie na kilometr na
całej trasie. Od trzech lat pięć razy w tygodniu próbuję je pokonać i
nie udało mi się. Gość, który to zaprojektował musiał być niezły.
Studzienki są tak ułożone, że nie da się ich wszystkich ominąć. Ale się
nie poddaję. Kwardy jestem i niedawno wymieniałem amortyzatory, będę
próbował dalej.
Zjeżdżam
z trasy, trafiam na "zieloną falę". Za nic nie mogę zrozumieć skąd taka
nazwa. Znajomy mi mówił, że to dlatego, że jak się trafi na zielone
światło to się potem przez wszystkie skrzyżowania przelatuje na
zielonym, bo tak są zsynchronizowane (zgrane, jak się komuś nie chce
czytać tego długiego słowa). Ten znajomy to chyba nie ma samochodu. Po
licznych próbach udało mi się na tą zieloną falę załapać. Ustaliłem, że
niezbędna do tego prędkość to 85 km/h. Trochę za dużo jak na miasto, co?
Ale jak się jedzie wolniej to nie ma siły, nie uda się i już. ONI chyba
jakąś umowę mają z drogówką (w końcu drogówka i drogowcy to nawet brzmi
podobnie). No więc jadę sobie te 85 km/h, przejeżdżam przez rondo i
skręcam w uliczkę prowadzącą mnie prosto do pracy. I, szanowni moi
czytelnicy i równie szanowne czytelnice, ostatnia część poprzedniego
zdania to tzw. S-F. Nie skręcam, bo szlaban stoi, remont jest. Przed
rondem żadnej informacji nie było, zawrócić mogę dopiero za 500m, niech
żyją drogowcy.
I
w całej tej walce jeden tylko miły element na zakończenie. Tuż koło
mojej pracy jest uliczka. Można na niej parkować nie płacąc. Z
nieznanego mi powodu ta jedna uliczka nie załapała się do strefy
płatnego parkowania, chociaż wszystkie ulice w promieniu kilkuset metrów
się załapały. Ale nie mówcie nikomu, bo jak mi i na tej postawią
parkomat to będę musiał jeździć do pracy tramwajem, co z jednej strony
ma swoje zalety (można książkę poczytać i taniej kosztuje niż jeżdżenie
samochodem, w zimie nie muszę szukać samochodu pod śniegiem, można
popatrzeć na dziewczyny przez ciemne okulary nie ryzykując zaparkowania w
czyimś samochodzie), ale jak dla mnie to wad ma zdecydowanie więcej
(większość drogi muszę pokonywać na stojąco co w moim wieku trudne
zaczyna być, mogę się zapoznać z zapachami jakich używają
współpasażerowie, z tymi co nie używają też muszę się zapoznać, marznę
na przystanku, no i przyzwyczaiłem się jeździć samochodem, bo tak mi
wygodniej i już).