piątek, 15 lipca 2016

Ech, wspomnienia


        Nie z bitwy pod Grunwaldem wspomnienia, o nie. Choć złośliwi (już ich usunąłem z FB) twierdzą, że patrząc na mnie dochodzą do wniosku, iż jest szansa, że mogłem uczestniczyć. Zatem nie.

        Knypkiem będąc jeszcze razu pewnego na wakacjach u babci na wsi zapadłej bawiliśmy się w Indian (się czytało 'Winnetou'). Indianie potrzebują łuków, więc zrobiliśmy łuki. Babcia trochę marudziła, że jej znowu ktoś zwędził kawałek sznurka do bielizny, ale kto by tam słuchał starszej białej squaw. Mieliśmy zatem łuki. Teraz strzały. Młode pędy leszczyny były idealne. Dość sztywne, prawie idealnie proste, cięższe z jednej strony co pozwalało osiągać odpowiednią trajektorię balistyczną. Oczywiście wtedy nie znaliśmy słów czterosylabowych więc zamiast "trajektorię balistyczną" mówiliśmy "łaaaa, ale leci". Ale słabo się wbijały w cel. Myśl młodzieńcza doprowadziła nas do warsztatu dziadka, w którym to warsztacie znaleźliśmy gwoździe we wszelkich rozmiarach. Zaczęliśmy oczywiście od największych, a co. Niestety z racji tego, że sam gwóźdź był cięższy od reszty strzały trajektorie balistyczne trudno już było nazwać balistycznymi. Stanęło kompromisowo na trochę mniejszych, ale ciągle robiących wrażenie.

        Nieodłącznym elementem bycia wiejskim Indianinem jest strzelanie z łuku do góry w konkurencji "kto wyżej". W żaden sposób oczywiście nie dało się tego mierzyć więc zawody były nieustającym potokiem młodzieńczych "komplementów" prawionych sobie wzajemnie. Aż któregoś razu wystrzeliłem w górę, strzała mknęła prosto, tak prosto, że patrząc na nią w górę widziałem tylko zmniejszający się punkt. Po osiągnięciu wysokości orbity geostacjonarnej zaczęła wracać. Punkt zaczął rosnąć. Zdałem sobie sprawę, że wraca dokładnie po trasie, którą pokonała w górą. Co oznacza, że wyląduje dokładnie w miejscu, z którego wyleciała. Przed moimi młodymi oczami przeleciało mi całe moje młodzieńcze życie (Ania z przedszkola i pierwsze trzymanie za rękę, pierwszy Teleranek, pierwsza wizyta w kinie, podglądanie dziewczyn podczas leżakowania). I wtedy właśnie, widząc tę strzałę wracającą do miejsca swego wystrzelenia pomyślałem "o oł".

"O oł" - myślę, że to właśnie pomyślał dyrektor okrętu podwodnego, który wystrzelił tę rakietę.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Jak Jacek z Chodakowską ćwiczył.

        Z racji zbliżającego się nieuchronnie urlopu i związanego z tym nieuchronnie “wyjedźmy gdzieś” Jacek postanowił, że nieuchronnie czas zacząć ćwiczyć, aby przykurzony lekko kaloryfer można było nieuchronnie bez wstydu pokazać światu. Wybór padł na Chodakowską. “Kobiety dają radę, to ja nie dam rady?” pomyślał. I jak to u facetów bywa, jak tylko pomyślał, tak natychmiast sześć miesięcy później zabrał się do realizacji. “Sześć miesięcy później” wypadło 30-ego czerwca (Jacek dba o szczegóły - 30 czerwca pozwala z czystym sumieniem powiedzieć, że zaczął ćwiczyć długo przed wakacjami). Poniżej relacja z pierwszej ręki z tego wiekopomnego wydarzenia.

Uwaga: relacja może zawierać wyrazy uznane za nieprzyzwoite.


        Z powodu nieznośnego upału zapewne - bo żaden inny nie przychodzi mi do głowy - zrodził się w głowie mej pomysł, że może by tak popracować nad tak zwaną sylwetką. Nie żebym miał jakiś problem z sylwetką, o nie. Raczej dla spokoju psychicznego. Padło na Chodakowską. Pomyślałem "setki kobiet to ćwiczą, nie może być trudne”. Przywdziałem zatem strój sportowy. Wpierw odkurzywszy go porządnie, bo dawno nie był używany. Urządziłem sobie małą rozgrzewkę - kilka skłonów, rozluźnienie nadgarstków i takie tam.
        Odpalam płytę i jedziemy. Na początek lajcik, jakieś podskoki i machanie rękami. Phi, nie takie rzeczy się za karę robiło na koloniach. Potem dreptanie w miejscu i więcej machania rękami. Phi, niejeden kilometr się przeszło na studiach, machając rękami i w dodatku śpiewając. Znowu podskoki, ale machanie rękami w drugą stronę. Cwana ta Chodakowska, taką kasę bierze za filmiki, na których podskakuje - pomyślałem opierając z czoła kroplę potu, która nie wiadomo skąd się tam wzięła. Podskoki z przysiadem, wreszcie coś nowego, wreszcie jakieś wyzwanie, wreszcie coś dla prawdziwych mężczyzn. Jedziemy. Dasz radę Jacek. Nie patrz na zegarek. Nie patrz. Spojrzałem na monitor, przez łzy. Skubana Chodakowska nawet nie dostała zadyszki. Zaciskam zęby. Podskoki z wyrzutem nóg do tyłu. O qwa, a spodziewałem się przerwy. Przecież nawet ona musi się zmęczyć. Ale nie będzie mi jakaś Chodakowska pluć w twarz. Ocieram pot (i łzy) i podskakuję. I wyrzucam nogi do tyłu. Dynamicznie. “Dajesz Jacek” krzyczy do mnie mój wewnętrzny Jacek, “Dasz radę”. Patrzę na ekran, leci licznik. “Jeszcze tylko 20 sekund” woła wewnętrzny Jacek. A ja zaczynam słyszeć muzykę. Z każdą kroplą potu coraz głośniej. “Jeszcze 10 sekund”. Nie przerywam. Muzyka coraz głośniejsza, znam ten motyw, tylko nie pamiętam skąd. “Jeszcze 5 sekund, dasz radę”. Daję radę! Z pełną mocą uderza “We are the champions”. Triumfalnie wyrzucam ramiona w górę. Podskoczyłbym jeszcze raz, pokazując, że nie dałem z siebie wszystkiego, że mógłbym jeszcze citius, altius, fortius. Pomimo potu zalewającego mi oczy (i łez). Nie podskakuję, nie muszę nikomu niczego udowadniać.
“I co Ty... na to... Chodakowska?” - wykrzykuję patrząc szyderczo na ekran.
“Koniec rozgrzewki” - mówi Chodakowska z uśmiechem...

środa, 29 czerwca 2016

Suchar informatyczny #3

Suchar informatyczny na dziś:

"– Dlaczego programista na umycie głowy zużywa całą butelkę szamponu?
– Bo w instrukcji jest napisane: nałożyć, spłukać, czynność powtórzyć."

Komentarz dla nie-informatyków:
        Informatyk, jako stworzenie piszące instrukcje (dla komputera) z założenia instrukcjom się bezrefleksyjnie poddaje (jak komputer). Dlatego łatwo nim kierować - postępuje zawsze według instrukcji. Dlatego też trudno nim kierować - postępuje zawsze według instrukcji. Nieprecyzyjne instrukcje (choćby wspomniane niedawno polecenie obrania połowy ziemniaków) informatyk stara się zrealizować precyzyjnie, co czasem prowadzi do kupienia 6 butelek mleka zamiast butelki mleka i 6 jajek.
        Powyższy suchar opiera się na konstrukcji zwanej pętlą nieskończoną. Dlaczego zatem wspomniany informatyk zużywa butelkę szamponu i kończy jednak mycie głowy? Otóż butelka szamponu ma ograniczoną pojemność. Pomimo najszczerszych chęci nie da się czynności powtórzyć, gdy szamponu brak. "Ale przecież pętla nieskończona być miała" - zauważycie słusznie. Ano miała. Jednak brak szamponu generuje wyjątek EMissingShampooException, a to powoduje przerwanie pętli i przywrócenie informatyka do normalnego życia. Można go znowu wysłać po mleko i jajka.

Dziękuję za uwagę.

piątek, 24 czerwca 2016

Przytulaski

Dzisiaj Dzień Przytulania.

        Ponieważ nie sprecyzowano dokładnie kto kogo ma przytulać, proszę liczyć się z niespodziewanymi przytuleniami ze strony osób być może jeszcze obcych. "Jeszcze", gdyż jeśli przytulenie będzie wyjątkowo atrakcyjne, to być może z osobą przytulającą uda się Wam zaprzyjaźnić na dłużej.
Osoby wyjątkowo nieśmiałe mogą się przytulić do misia. Tudzież do poduszki.

        I chciałem Was niniejszym uspokoić, szanowne moje koleżanki, że jeśli mężczyzna podczas przytulania przechyla głowę i kładzie ją Wam pod brodą, to wcale nie dlatego, że Wam się przytula do cycków, o nie. Robi to otóż w trosce o Was, gdyż mężczyzna ów, nieogolony, mógłby podrapać lico Wasze urodziwe podczas przytulania klasycznego. A tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?

czwartek, 16 czerwca 2016

Suchar informatyczny #2

Suchar informatyczny na dziś:

"Informatyk do informatyka:
- Wczoraj byłem na domówce, gdzie był ping do onetu 3ms!"

‪Komentarz:
onet - onet.pl, starożytna strona, jedna z nielicznych działających w Polsce za czasów Mieszka I. Żeby sprawdzić jakość połączenia ze stolicą (zwaną w nomenklaturze mieszkowej 'serwerem') wysyłało się gońców, zwanych pingami, i mierzyło czas, po jakim powrócą. Podany w sucharze czas 3ms (megasekundy) jest czasem wyjątkowo dobrym, umożliwiającym walkę z okolicznymi księstwami jak równy z równym. Czasy większe niż kilkadziesiąt megasekund skazywały walczące strony na bezproduktywne machanie mieczem, gdyż przeciwnika w miejscu machnięcia nie było już dawno. Zapewniały również niemałą zabawę publiczności, która z rozbawieniem obserwowała wojów walczących z niewidzialnymi przeciwnikami.
        Uwaga, zdarzało się, że wysłane pingi nie wracały. Oznaczało to brak kontaktu ze stolicą (serwerem) i powodowało, że pozbawieni dowodzenia wojowie pętali się bez sensu po arenie, albo wykonywali w kółko ten sam zestaw ruchów. A po odzyskaniu łączności ze stolicą nagle okazywało się, że wszyscy już dawno nie żyją, tylko o tym nie wiedzieli.

domówka - w czasach Mieszka impreza waleczna związana z najechaniem czyjegoś domostwa (stąd powiedzenie 'wjechać komuś na chatę') i zorganizowaniem u niego walki na miecze, topory oraz inne sztućce. Zazwyczaj wymagała zwiększonej częstotliwości kontaktów ze stolicą (serwerem), stąd wyrażona w sucharze radość z powodu niskiego pinga.