czwartek, 20 grudnia 2012

Już za chwileczkę...

        Telewizja Cat’astrophic specjalizująca się w nadawaniu krótkich holofilmików o Mrrau’ach (zwanych lokalnie kotami) z planety Fnghhhh’t (zwanej lokalnie Ziemią) oraz programów katastroficznych transmitowanych na żywo zaprasza na transmisję przejścia gwiazdy karłowatej tworzącej ze słońcem planety Fnghhhh’t układ podwójny przez peryhelium. Dla ułatwienia będziemy posługiwać się lokalnymi dla Fnghhhh’t jednostkami miary, doskonale znanymi naszym holowidzom z licznych naszych transmisji z życia Mrrau’ów.

Wprowadzenie dla tych, którzy nie są na bieżąco.

        Gwiazda karłowata (zwana lokalnie Nibiru, Nemezis, Planeta X) przechodzi przez peryhelium co każde 256 tysięcy lat powodując liczne kataklizmy na planetach układu słonecznego. Pokazujemy relacje z tych przejść od 18 milionów lat. Tym razem jednak będzie to przejście szczególne. Pierwszy raz albowiem będziemy mogli na żywo obserwować zagładę inteligentnej cywilizacji. Trzecia planeta ze wspomnianego układu wykształciła bowiem cywilizację Mrrau’ów, inteligentnych czworonożnych stworzeń, twardą ręką rządzących swoimi poddanymi, humanoidalnymi L’dz. Interesujące jest, że Mrrau poza udomowieniem L’dz nie wykazywały żadnych przejawów działań, których oczekiwać można po inteligentnych społeczeństwach. Nie wykształciły kultury technicznej, nie przejawiają zamiłowań artystycznych, ograniczyły interakcje społeczne do jednego miesiąca w roku (tzw koty marcowe). W zamian pozostawiły dość dużą swobodę swoim udomowionym zwierzakom - L’dz. Wbrew wszelkim prognozom naszych analityków taka koncepcja rozwoju zadziwiająco dobrze się udała. L’dz nie tylko przejęli opiekę nad Mrrau, nie tylko zaczęli zapewniać im wyżywienie i schronienie. Zaczęli budować dla ich potrzeb całe kompleksy (tzw mieszkania), w których Mrrau spędzają całe dnie śpiąc i leniuchując gdy w tym czasie L’dz udają się do pracy aby zarobić na ich utrzymanie. Podczas pobytu w mieszkaniu L’dz są całkowicie na usługi Mrrau. Karmią gdy Mrrau są głodne, bawią się z nimi gdy potrzebują rozrywki, uruchamiają podgrzewane leżanki (tzw notebooki) gdy im zimno i muszą się ogrzać oraz filmują wszystkie zachowania Mrrau i udostępniają te nagrania w ogólnoplanetarnej sieci (tzw internet). Nieposłuszeństwo L’dz karane jest zniszczeniem elementów wyposażenia mieszkania, co wydaje się być dla L’dz szczególnie dotkliwą karą.

        Wspomniane wcześniej nagrania cieszą się szalonym powodzeniem wśród wielorasowego społeczeństwa siedmiu galaktyk a nasza stacja ma monopol na ich transmisję. Z tego powodu dział naukowy nasze stacji już kilka tysięcy lat temu podjął pierwsze próby ostrzeżenia Mrrau o zbliżającej się katastrofie. Nasza misja ląduje na Fnghhhh’t i nawiązuje kontakt z Mrrau. Niestety, wrodzone lenistwo Mrrau powoduje, że przekazane informacje o nadchodzącym kataklizmie zostają utrwalone tylko w obrazkach na skałach wykonanych przez ich świeżo udomowionych L’dz, zwanych wtedy Sumerami. Widać na nich Mrrau wskazujących na nieboskłon, niestety przekaz wynikający z tych malunków zaginął w mrokach dziejów.

        Kolejna próba, kilka tysięcy lat później. Kontakt z Mrrau zamieszkującymi tzw Egipt. Wydawało się, że stopień rozwoju Mrrau jest odpowiedni do przyswojenia informacji. Ich podopieczni budują dla Mrrau budynki zwane piramidami, grobowce, w których razem ze zmarłym Mrrau składa się do grobu wszystkie jego doczesne dobra oraz jego podopiecznych. Niestety, pomimo, że informacje zostały zapisane przepadły dla kolejnych pokoleń Mrrau, ponieważ do zapisu użyto unikalnego w skali siedmiu galaktyk pisma obrazkowego zwanego hieroglifami.

        Ostatnia próba, około trzy i pół tysiąca lat temu, lądowanie w ówczesnym centrum rozwoju cywilizacji Mrrau. Nasza delegacja dopilnowała aby tym razem przekaz na pewno został utrwalony. Poddani Mrrau, zwani Majami, dokonują zapisu informacji a następnie na tej podstawie obliczają datę następnego przejścia gwiazdy karłowatej przez peryhelium. Wypada za trzy i pół tysiąca lat i trzy miesiące. Czyli jutro.

I w tym momencie wracamy do relacji, którą nasz wysłannik będzie nadawał na bieżąco.

Data operacyjna: K minus Jeden Dzień:
        Rasa Mrrau, jedyna inteligentna rasa zamieszkująca planetę Fnghhhh’t nie wykazuje absolutnie żadnych oznak niepokoju. Zdumiewająca beztroska biorąc pod uwagę że za niecałe 24 godziny nadejdzie koniec świata, który znają. Koniec planety. Według naszych obliczeń tak bliskie przejście gwiazdy karłowatej spowoduje rozerwanie większości planet układu słonecznego. Nie ma najmniejszej szansy aby cokolwiek co pozostanie na planecie było w stanie to przeżyć. Czy to beztroska? Czy zimne wyrachowanie? Czy widowisko przygotowane dla międzygalaktycznej publiczności? Czy może beznadzieja prowadząca do samozagłady? Nie wiemy. Jedynie L’dz, służący Mrrau wykazują drobne oznaki zdenerwowania przejawiające się we wzmożonych zakupach kociej karmy. Czekamy. Zdumiewająco zimna krew.

Data operacyjna: K minus Siedemnaście Godzin:
        Rasie Mrrau zostało niecałe 24 godziny na opuszczenie planety i układu słonecznego. Według obliczeń naszych analityków operacja na taką skalę powinna rozpocząć się kilka lat temu. Mimo to nic się nie dzieje. W sieciach komunikacyjnych Mrrau daje się zauważyć rosnącą popularność filmów o Mrrau oraz żartów z tzw. końca świata. Niesamowite opanowanie lub niesamowita niefrasobliwość. To pytanie zadają sobie tryliardy naszych holosłuchaczy.

Data operacyjna: K minus Dwie Minuty:
        Wpływ gwiazdy karłowatej daję się we znaki na jedynej zamieszkanej planecie układu, Fnghhhh’t zwanej lokalnie Ziemią. Brak reakcji ze strony Mrrau wzbudza entuzjazm u słuchaczy naszej stacji. Czekamy na coś spektakularnego, coś niesamowitego, coś co na zawsze utrwali się w cywilizacjach siedmiu galaktyk. Czekamy...

Data operacyjna: K minus Zero Zero:
        Maksymalne zbliżenie gwiazdy karłowatej do gwiazdy centralnej układu. Planety ulegają rozerwaniu, wśród nich trzecia zamieszkana... a raczej kiedyś zamieszkana przez inteligentną (?) rasę kotowatych zwaną Mrrau. Pierwsza rasa w historii siedmiu galaktyk, która ostrzeżona o zbliżającej się katastrofie trzykrotnie w ciągu kilku tysięcy lat zamiast podjąć przygotowania do ewakuacji bawiła się świetnie z tejże katastrofy żartując. Rzecz dotychczas niespotykana. Rzecz prawdopodobnie nie do powtórzenia. Jakaż to rasa mogła być tak butna by zignorować wielokrotne ostrzeżenie? Dlaczego chciałaby popełnić samohekatombę? Czyż lenistwo może być silniejsze od woli przeżycia? To pytanie, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi. Uczcijmy minutą ciszy dumną i leniwą rasę Mrrau. Do zobaczenia jutro, gdy będziemy transmitować na żywo moment wybuchu supernowej w galaktyce FFFn’gra.

środa, 12 grudnia 2012

Koniec...

12.12.12.
Czy to nie wspaniała data na koniec świata? Dużo lepsza niż 21.12.12. To jest takie niesymetryczne. A 12.12.12? To piękna data. 3 takie same liczby. Każda z nich w sumie daje 3. Ich suma dzieli się przez 3. Suma ich sum dzieli się przez 3. Piękna liczba.

        No dajcie spokój? Naprawdę wierzycie, że trzy tysiące lat temu żyło na ziemi plemię, które nie tylko nie wynalazło pilota do telewizora ale nawet nie wynalazło telewizora a przewidziało koniec świata? Bo oglądam internet i oczom nie wierzę. Są ludzie, którzy wierzą. Tacy, którzy wierzą, że siedemnasta z kolei przepowiednia końca świata będzie w nomen omen końcu prawdziwa. Ale żeby było zabawniej, oni tak wierzą w ten koniec świata, zagładę Ziemi, ludzkości i wszystkiego co żywe, że robią zapasy wody i konserw żeby to przeżyć. Nie pamiętam kto powiedział, że idiotów nie ma na Ziemi tak dużo, po prostu są tak sprytnie rozstawieni, że się ich spotyka na każdym kroku. Pozwalam sobie się z tym nie zgodzić. Idioci otóż poruszają się stadami. Nie tylko nie sposób ich przeoczyć. Nie sposób ich uniknąć. Jeśli odpowiednio szybko nie zejdziesz stadu z drogi wessie Cię, zemli, przeżuje i wypluje jako jednego z nich. Smutne.

        Osobiście też planuję obchodzić koniec świata. W knajpie ze znajomymi. Skończymy się razem ze światem, a następnego dnia razem ze światem będziemy mieć kaca. My prawdziwego, bolesnego, fizycznego. On psychicznego, że kolejna próba się nie udała, że znowu nie miał odwagi z tym skończyć. Mięczak z tego świata. Co i rusz jakiś wróżbita daje mu okazję do odejścia z honorem w wyznaczonym czasie. A ten z uporem mięczaka trwa. Macie jakieś plany na koniec świata? Gwałty? Rabowanie? Koncert disco-polo?

piątek, 30 listopada 2012

Jak przeżyć bez kobiety - część 3

        Z przyczyn obiektywnych część 3 prelekcji musieliśmy przesunąć odrobinę. Prelegent nam się leczył z ciężkiej depresji, na którą zapadł usiłując ugotować coś według przepisów znalezionych na popularnych kobiecych portalach branżowych czyli kucharskich. I o mało się biedak całkowicie nie załamał. Cóż trudnego jest w ugotowaniu czegoś według przepisu? - zapytać może jakiś nieświadom niczego biedak płci męskiej. Bierzemy składniki podane co do grama, wrzucamy na patelnię rozgrzaną do podanej temperatury i pieczemy przez podaną liczbę minut. Proste, nie? Chcielibyście. Albowiem w rzeczywistości wygląda to mniej więcej tak: “Weź czeremchy zebranej nago o północy w dniu przesilenia jesiennego w roku przestępnym, dorzuć skrzydeł nietoperza oderwanych delikatnie, dodaj odnóży muchy tylnych od much zestresowanych zebranych, gotuj wszystko do miękkości, przypraw dla smaku aby ofiara nie wyczuła składników.” Trochę jakiś ten przepis niedzisiejszy na oko, ale się prelegent zarzekał, że to prawda przenajświętsza. Skłonni bylibyśmy częściowo się zgodzić. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że przepisy przygotowane dalekie są od ideału. Bo cóż to bowiem takiego osławiona “szczypta soli”? Ano tyle ile się złapie palcem wskazującym i kciukiem. Ale czy można to uznać za miarę precyzyjną? A w życiu. Ja, posiadacz paluszków małych i zgrabnych (aczkolwiek sprawnych niemożebnie) uszczknę tej soli kapkę ledwie. Kolega mój, posiadacz dłoni wielkości zawstydzających bochenki chleba złapie jej 3 razy więcej. Albo “porcja dla 3 osób”. Jakich trzech? Tenże mój kolega sam zje więcej niż trzech takich jak ja. Tudzież “rozgrzać patelnię”. Co to znaczy rozgrzać patelnię? Do ilu stopni? Się grzecznie pytam. A potem smażyć aż się zarumienią. Noż kyrie elejson. Jaki to kolor ‘zarumienią’? Dlaczego nie można napisać ‘smażyć na patelni rozgrzanej do 180 stopni przez 3 minuty po czym przewrócić na drugą stronę i smażyć przez kolejne 3 minuty’?. Na koniec perełka - “przyprawić dla smaku”. Czy autorka przepisu nie wie jak to ma smakować? Chciałbym zrobić pyszne danie, ale jak mam to zrobić jak na końcu jest ‘przyprawić dla smaku’? Dolać ketchupu? Musztardy? Kto ma wiedzieć jeśli nie autorka?


“Podgrzewać 3 minuty w mikrofalówce o mocy 800W” - przepis idealny. Kurtyna. Oklaski.


        I chciałbym niniejszym podziękować firmie Samsung, za to że ich urządzenia psują się synchronicznie. Dzięki temu monitor i kuchenkę mikrofalową mogę kupić tylko raz jadąc do sklepu, co oszczędza mnóstwo czasu i benzyny. Pragnę również zauważyć, że termin zepsucia został dobrany perfekcyjnie. Tuż przed Mikołajem i niedługo przed choinką. Za jednym zamachem mam prezenty na obie okazje. W przyszłym roku planuję zepsucie telewizora i pralki. To będą piękne święta.


PS. Oszukałem trochę z datą, ale lubię mieć porządek tam po prawej, w kalendarzu.

środa, 31 października 2012

Jak przeżyć bez kobiety - część 2

        Panowie zatem pralka. Pralka, jak zapewne niektórym wiadomo, służy do prania. Ale najpierw odrobina historii...

        Skąd w ogóle wziął się pomysł prania ubrań? W zamierzchłych czasach gdy przodkowie nasi, wolni jeszcze wtedy ludzie, chadzali polować na mamuty pranie skór nie było konieczne. Po każdym przecież polowaniu dostępne były nowe. Poza tym wyprane ubranie wymaga wysuszenia, a któżby chciał spędzać tyle dni w jednym miejscu czekając aż wszystko wyschnie? Szło się za mamutami, upolowało jakiegoś, zjadło, wypiło, przespało pod gwiazdami i ruszało dalej. Taki nieskrępowany tryb życia niezbyt przypadał do gustu damom naszych przodków. “A tam taka fajna jaskinia była a ty tylko mamuty i mamuty”, “A bo tam nad ruczajem gniazdko bym uwić chciała”, “Wy to macie chociaż rozrywkę przy tym polowaniu a ja co? Tylko dzieci i gotowanie”. Ulitował się przodek, znalazł jaskinię nad ruczajem i osiadł. Nic to, że mięso mamuta targać trzeba było teraz kilometrami. Nic to, że wstawać trzeba było przed świtem żeby mamuty przy porannym wodopoju zdybać. Nic to, że szlak cały trzeba było zapamiętać coby potem do jaskini nad ruczajem trafić (stąd, tak na marginesie, doskonała nasza orientacja w terenie i mapie podczas gdy kobiety ewolucyjnie przystosowane do siedzenia w domu umiejętności tej nie posiadają i gubią się kompletnie po trzech zakrętach). Nic to. Czegóż bowiem nie jesteśmy skłonni zrobić dla naszych kobiet? I tak osiadł mężczyzna, skór już się z polowania przynosić nie chciało, zapach z czasem stawał się nieznośny, trza było wymyślić pranie. Więc mężczyzna wymyślił. I już nie musiała kobieta jego biedaczka po każdym polowaniu palców sobie ością dziurawić szyjąc mu nowe spodnie. Nie musiała albowiem mogła wyprać. Ale łatwo kobietom dogodzić nie jest. “Eeee, bo tak w rękach prać to niewygodnie. I palce bolą.” Pochylił się mężczyzna nad jej losem ponownie, wymyślił tarę. Nazwa ‘tara’ nie wzięła się, jak mylnie sądzi większość ludzi, od czasownika ‘trzeć’. Wzięła się stąd, że mężczyzna wymyśliwszy tarę, chcąc podkreślić wagę tego odkrycia zakrzyknął głośno “Taraaaa!”. Nazwa się przyjęła, kobiety dostały tarę, delikatne ich ręce nie musiały już trzeć jedna o drugą. Lata mijały a kobiety marudziły dalej. “A bo ja się tak schylać muszę”, “A bo ta tara to ciężka a nad ruczaj tak daleko”. Westchnął ciężko mężczyzna, pochylił głowę posiwiałą ze zgryzoty, podumał i wymyślił pralkę. Jeszcze nie automatyczną ale już pralkę. I już nie musiała kobieta ganiać nad ruczaj, bo pralka w jaskini ulokowana. Wrzuca, włącza, czeka, wyłącza, włala? Nie, to by było zbyt proste. “A bo jak wyjmuję to mokre jest, wyżymać muszę”, “A bo mi się moje futerko z mamuta skurczyło, bo woda była za gorąca”. Już nawet mężczyzna nie wzdychał tylko wymyślił pralkę automatyczną. I wreszcie mogła kobieta poszaleć. 15 programów, regulacja temperatury, proszek, zmiękczacz, płyn do płukania, wirowanie i inne bajery. I nie wiedział biedny cóż on najlepszego uczynił...

        I w ten sposób jesteśmy przy pralce automatycznej. Niech was ta nazwa nie zmyli. Zadziwiające jest jak kobiety w żaden sposób nie mogące pojąć intuicyjnej przecież obsługi magnetowidu, za żadne skarby świata nie rozumiejące jak przeprogramować kanały w telewizorze, kompletnie zagubione w starciu z większością przydatnej elektroniki doskonale poradziły sobie z opanowaniem dalekiej od logiki obsługi pralki. Ale to temat na odrębny wykład.

        W pierwszej kolejności pralkę należy zlokalizować. W większości jaskiń stoi ona w łazience. Takie spore cóś, z pokrętłami i guzikami oraz charakterystycznym okrągłym otworem załadunkowym. Jeśli nie ma w łazience to może być jeszcze w kuchni. Nie zauważyliście jej dotąd prawdopodobnie dlatego, że przeciętny mężczyzna zapuszcza się na to typowo kobiece terytorium nie dalej niż do miejsca, w którym stoi lodówka.

        Znaleźliśmy pralkę i co dalej. Wydawałoby się, że to proste i oczywiste. Wrzucić ciuchy, ustawić temperaturę, wsypać proszek i jazda. Z niewiadomego powodu pralki tak nie działają. Aby uruchomić pranie należy: wsypać proszek, wlać płyn zmiękczający, wlać płyn do płukania, włożyć ciuchy posegregowane wg rodzaju materiału i koloru, wybrać odpowiedni program, nastawić odpowiednią temperaturę, która może być różna od tej zapisanej w programie, wybrać opcje dodatkowe (szybkie pranie, mocne pranie itp). A to wszystko w dowolnej kolejności i w dowolnej konfiguracji. No ja bardzo przepraszam ale zdrowy na umyśle człowiek nie jest w stanie tego ogarnąć. I kto do diabła rozróżni bawełnę od wełny i syntetyków? I po co jest pokrętło temperatury skoro temperatura jest zaszyta w programie? I jak się mierzy czy coś jest bardzo brudne żeby użyć programu “Bardzo brudne”? (Czy ktoś pierze bardzo czyste ubrania?) Czy znamy odpowiedzi na te pytania? Nie. Jak więc żyć, panowie, jak żyć? Jest tylko jedna rada: poprosić sąsiadkę aby wskazała nam jeden odpowiedni do wszystkiego program, pokazała gdzie sypać proszek (płyn zmiękczający jest jak sama nazwa wskazuje dla mięczaków) i jak się to włącza. I tego jednego programu się trzymajmy jako i ja czynię.

Dziękuję za uwagę

poniedziałek, 22 października 2012

Jak przeżyć bez kobiety - część 1

        Szanowni Państwo. Szanowni koledzy właściwie gdyż albowiem nie spodziewam się kobiet na kursie pod nic nie mówiącym tytułem "Jak nie słuchałeś jak przeżyć z kobietą to posłuchaj jak przeżyć bez kobiety". A nasi prelegenci mówili coby robić notatki, prosili o wykonywanie ćwiczeń praktycznych. Ale cóż, nie chciało się. Witam zatem panów ponownie.
        Dzisiejszym mówcą jest wybitny znawca problemów przedmałżeńskich, małżeńskich i pozamałżeńskich, siedmiokrotnie żonaty i siedmiokrotnie rozwiedziony, doktor habilitowany mizoginii stosowanej paaaan, oklaaaaski, Jaaaan dwojga imion Maria Siermiężny, brawo!

        Szanowni Koledzy. Życie z kobietą mogło wydawać się trudne. Nie, nie "wydawać się", nazwijmy to zgodnie z prawdą - no łatwe to to nie było. Niemniej, jak przekonamy się po ukończeniu cyklu kursów “Jak przeżyć bez kobiety”, prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się gdy bez kobiety zostajemy sami w domu. Dzisiaj temat pierwszy, czyli : "Skąd się biorą czyste ubrania?". Zapewniam panów od razu, że pierwsza i wydawać by się mogło oczywista odpowiedź: "z szafy" nie jest odpowiedzią prawidłową. Panowie, proszę o ciszę, tak wiem, czyste ubrania zawsze były w szafie, podobnie jak woda w kranie i prąd w gniazdkach. Niemniej, zadaniem moim dzisiaj jest uświadomić wam, że w odróżnieniu od wody i prądu czyste ubrania nie pojawiają się w szafie ot tak. Otwarcie szafy nie jest czynnością analogiczną do włożenia wtyczki do gniazdka czy odkręcenia kurka. Szok pierwszy: aby czyste ubrania pojawiły się w szafie ktoś musi je tam włożyć. Rozumiem zdziwione miny. 20 lat wygniecione ubrania zostawione na krześle, albo na podłodze, tudzież w łazience rano w magiczny sposób czyste były w szafie. Któż z nas zastanawiał się jak tam trafiły? A któż z nas zastanawia się nad rzeczami oczywistymi? Rzeczy oczywiste po prostu są i prawdziwy mężczyzna nie traci swej drogocennej energii na ich rozważanie. Szok drugi: czyste ubrania trafiały do szafy za sprawą waszych kobiet. Tak, wiem, to nieprawdopodobne aby stworzenie, które od rana do wieczora chodzi i złorzeczy "mam okres, spadaj", "zaraz będę miała okres, spadaj", ewentualnie "właśnie miałam okres, spadaj" mogło być sprawcą tak cudownej i magicznej rzeczy jak czyste ubrania w szafie. Niemniej, jeśli chwilę się nad tym zastanowić, wyeliminować metodą Ockhama przyczyny nieprawdopodobne (krasnoludki, dobre wróżki, zaklęcia, jednorożce i yeti) to jedyną prawdopodobną przyczyną pozostają kobiety. Słucham? Nie proszę pana, krasnoludki naprawdę nie istnieją. Nie wiem komu pan zostawiał mleko i suchary ale nie istnieją.

        Ale zaraz, chwila, zawołają co bystrzejsi. Rozumiemy jak trafiły do szafy, ale w jaki sposób stały się czyste, ha?!? Otóż, szanowni moi nieszczęśni, nieprzystosowani do życia koledzy, to ciągle nie wróżki i krasnoludki. Brudne ubrania, szok trzeci, się pierze. Słucham pana z drugiego rzędu? Nie, proszę pana, nie "się piorą" tylko "się pierze". Użycie tej formy czasownika prać implikuje konieczność istnienia podmiotu piorącego. U niektórych panów widzę przebłyski zrozumienia połączone z przerażeniem. Słusznie, albowiem - szok czwarty - podmiotem piorącym będziecie wy, szanowni koledzy, w swoich własnych, skromnych osobach. Aby nie przeciążyć waszych umysłów zbyt dużą liczbą wiedzy na raz obsługę pralki omówimy sobie na jednych z kolejnych zajęć. Na razie załóżmy, że z sukcesem udało nam się wyprać ubrania.

        Stajemy się posiadaczami sporej liczby czystych ubrań. Ubrań, które choć niewątpliwie czyste w niczym nie przypominają tych, które wyjmujemy z szafy. Koszula, normalnie gładka i ładnie złożona, wydaje się teraz jakby stoczyła zaciekłą (i przegraną) walkę ze stadem nosorożców. W jaki magiczny sposób rzeczona koszula zamienia się w to gładkie cudo? Szok piąty: prasowanie, żelazko. Obsługą żelazka oraz 17-oma najpopularniejszymi sposobami prasowania koszuli zajmiemy się w przyszłości.


        Pozwolą panowie na krótkie podsumowanie. Cykl życiowy ubrań wydaje się prosty. Brudne - wyprać - wyprasować - czyste - do szafy - z szafy - brudne. Pozorna ta prostota niejednego nieostrożnego doprowadziła na skraj rozpaczy i szaleństwa, doprowadziła do upodlenia do stanu, w którym gotów był poprosić o pomoc własną matkę. Kurs ten pomoże panom nigdy w takim stanie się nie znaleźć. Pozwoli korzystać wam z takim trudem odzyskanej wolności w sposób jaki na to zasługujemy, czyli nieskrępowany nakazami i zakazami narzuconymi nam przez kobiety i bez oglądania się na ich nic nie znaczące potrzeby. Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu.