No dajcie spokój. Jak można popsuć zabawę w pierwszym komentarzu. Wiernyfan jedynie zaplusował (ten żal, ten smutek w głosie, prawie uwierzyłem, że to prawda, tak trzymać), reszta - nie mogę nie zauważyć - podeszła do tematu dość luźno. Oczekiwałem płaczu, zgrzytania zębami, marszów na Warszawę z transparentami "Jacek wróć, kochamy Cię". Zanotować: nie urządzać więcej takich akcji bez przygotowania uczestników dramatu. Z drugiej jednak strony jak Wam w ogóle mogło przejść chociaż przez myśl, że mógłbym zakończyć żywot blogowy pierwszego kwietnia o pierwszej zero cztery? To by było zbyt wyrafinowane nawet jak na mnie.
Wiernyfan, wybacz, że fatalnie popsułem Ci statystykę. Już nie będziesz mógł powiedzieć, że nie napisałeś nigdy żadnego komentarza.
Wracając dzisiaj tramwajem do domu podejrzałem osobę oglądającą na telefonie kucyki. Czy ktoś może mi wytłumaczyć o co z tymi kucykami chodzi? Szafy na JoeMonsterze nie da się oglądać, bo jest zdominowana przez kucyki. Kucyki wrzucane tam przez na oko dorosłego faceta. Taki też jechał tramwajem i oglądał kucyki. Nie kumam. A może powinienem powiedzieć - nie kucykam?
"Nigdy nie jest za późno żeby zacząć marnować sobie życie" Piękne, nie? Z drugiej strony: dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
środa, 4 kwietnia 2012
niedziela, 1 kwietnia 2012
Dzieci moje
Dzieci moje blogowe drogie.
Nadszedł dzień, o którym wiadomo było, że kiedyś nadejdzie. Dzień, o którym nie mówiliśmy, ale wiemy dobrze, że na każdego blogera gdzieś tam w przyszłości czeka jego chwila. Smutna chwila, w której trzeba powiedzieć "żegnajcie" ludziom, których się polubiło. Pomimo, że z większością Was nigdy się nie widziałem to jednak stanowiliście całkiem spory kawałek mojego życia. Co z jednej strony jest smutne, bo znaczy, że moje "prawdziwe" życie pozbawione jest ilości atrakcji dostatecznej żeby się w "wirtualne" nie bawić. Z drugiej strony pozwoliło mi to poznać ludzi, których nigdy bym nie poznał nie trafiając prawie 5 lat temu zupełnym przypadkiem na blog, którego treść zmusiła mnie do zostawienia komentarza. A potem do rozmowy z innymi komentującymi. A potem do zaprzyjaźnienia się a z paroma osobami. A potem po zaciekłej - wierzcie mi, jak lew walczyłem i upierałem się, że blog mi niepotrzebny - walce do założenia tego bloga (lub blogu, jak kto woli, ja się jednak będę trzymał formy ‘bloga’, brzmi jakoś przyjaźniej dla ucha).
Powiecie, że mógłbym poczekać do 5-ych urodzin. Mógłbym. Ale to by było okrutne zabić coś w 5-e urodziny. Nie jestem okrutny. Nawet muchę jak złapię w domu to wypuszczam za okno. Nie, nie ma co czekać, nie ma co się rozczulać. Nadchodzi taka chwila, że trzeba iść dalej. Dzięki Wam łatwiej się szło do tej pory. Dzięki Wam łatwiej będzie się szło dalej.
Patrzę na listę blogów, które odwiedzałem. Ze smutkiem patrzę, bo na większości z nich data ostatniego wpisu to ponad rok temu. A jednak z jakiegoś powodu ciągle mam je na liście, ciągle wydaje mi się, że nie można ot tak zostawić czegoś ważnego, że wrócą. Teraz wiem, że nie wrócą. Bo ja też nie wrócę. Kiedyś, dawno temu, kiedy w muzyce nie roiło się jeszcze od nastoletnich "artystów" jeden z moich ulubionych zespołów śpiewał "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Schodzę zatem.
Ale nie martwcie się. Kto czytał Wiedźmina to wie, że "coś się kończy, coś się zaczyna". Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia.
Bywajcie.
Wasz Jacek.
Nadszedł dzień, o którym wiadomo było, że kiedyś nadejdzie. Dzień, o którym nie mówiliśmy, ale wiemy dobrze, że na każdego blogera gdzieś tam w przyszłości czeka jego chwila. Smutna chwila, w której trzeba powiedzieć "żegnajcie" ludziom, których się polubiło. Pomimo, że z większością Was nigdy się nie widziałem to jednak stanowiliście całkiem spory kawałek mojego życia. Co z jednej strony jest smutne, bo znaczy, że moje "prawdziwe" życie pozbawione jest ilości atrakcji dostatecznej żeby się w "wirtualne" nie bawić. Z drugiej strony pozwoliło mi to poznać ludzi, których nigdy bym nie poznał nie trafiając prawie 5 lat temu zupełnym przypadkiem na blog, którego treść zmusiła mnie do zostawienia komentarza. A potem do rozmowy z innymi komentującymi. A potem do zaprzyjaźnienia się a z paroma osobami. A potem po zaciekłej - wierzcie mi, jak lew walczyłem i upierałem się, że blog mi niepotrzebny - walce do założenia tego bloga (lub blogu, jak kto woli, ja się jednak będę trzymał formy ‘bloga’, brzmi jakoś przyjaźniej dla ucha).
Powiecie, że mógłbym poczekać do 5-ych urodzin. Mógłbym. Ale to by było okrutne zabić coś w 5-e urodziny. Nie jestem okrutny. Nawet muchę jak złapię w domu to wypuszczam za okno. Nie, nie ma co czekać, nie ma co się rozczulać. Nadchodzi taka chwila, że trzeba iść dalej. Dzięki Wam łatwiej się szło do tej pory. Dzięki Wam łatwiej będzie się szło dalej.
Patrzę na listę blogów, które odwiedzałem. Ze smutkiem patrzę, bo na większości z nich data ostatniego wpisu to ponad rok temu. A jednak z jakiegoś powodu ciągle mam je na liście, ciągle wydaje mi się, że nie można ot tak zostawić czegoś ważnego, że wrócą. Teraz wiem, że nie wrócą. Bo ja też nie wrócę. Kiedyś, dawno temu, kiedy w muzyce nie roiło się jeszcze od nastoletnich "artystów" jeden z moich ulubionych zespołów śpiewał "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym". Schodzę zatem.
Ale nie martwcie się. Kto czytał Wiedźmina to wie, że "coś się kończy, coś się zaczyna". Dziś jest pierwszy dzień reszty mojego życia.
Bywajcie.
Wasz Jacek.
niedziela, 4 marca 2012
We rulez!
Po latach cierpień, męki i szykanowania, po latach naśmiewania się z naszych flanelowych koszul w kratę, po latach odrzucania przez kobiety latające za garniturami, po latach wracamy MY. My informatycy. Chłopaki! Wyciągamy z dna szaf flanelowe koszule w kratę, zakładamy i bez wstydu wyruszamy na podbój polskich ulic. Albowiem w tym roku modne będzie nic innego jak flanelowa koszula w kratę. Tako rzecze Logo, a ja mu wierzę bezgranicznie. Wiedzieliśmy o tym od dawna, od dawna gromadziliśmy zapasy koszul, sprawdzając dyskretnie czy to już. Zapewne mogliście na ulicach zauważyć od czasu do czasu ubranych tak osobników przemykających chyłkiem. To nasi wysłannicy do rzeczywistości poza serwerownią. Sprawdzali czy to już. Przez lata wracali gonienie pogardliwymi okrzykami i poniewierani wzrokiem. Aż dziś, DZIŚ, wysłannik wrócił i rzekł "Oto słowo ciałem się stało i ostatni zostali pierwszymi". Drżyjcie frajerzy w garniakach, drżyjcie maklerzy, bankierzy i inne -rzy. Dziś rządzimy my. <demoniczny_smiech>
czwartek, 23 lutego 2012
Ciężki los informatyka
"No i skończyło się rumakowanie" - jak powiedział Napoleon Bonaparte po zwycięstwie pod Waterloo. A wcześniej Juliusz Cezar po przekroczeniu Wisły. Neutrina nie okazały się jednak szybsze od prędkości światła. Żegnaj teleportacjo, żegnajcie podróże w czasie, żegnajcie szalone wyprawy na obce planety, żegnajcie komputery kwantowe kończące obliczenia zanim w ogóle wpadniecie na pomysł co chcecie obliczyć. A wszystko przez źle podłączony kabelek. 15 000 prób, każda obalała mającą ponad 100 lat i sprawdzającą się doskonale teorię, 15 000 sprawdzeń każdego komponentu i nikt nie wpadł na pomysł żeby docisnąć kabelek??? Doprawdy.
A w ogóle to oficjalnie ogłaszam nieodwołalne nadejście wiosny. Bo tak i już. Najwyższy czas porzucić szarość warszawskiego śniegu i przejść do szarości warszawskich ulic. Czeka nas jeszcze etap topnienia śniegu. Ale czymże jest kilka tygodni w błocie i słocie wobec zbliżającej się długo wyczekiwanej chwili kiedy będzie można odkurzyć czarne okulary. Dla ochrony przed słońcem oczywiście. "Tak, takąąąą masz nadzieję" - cytując Zamachowskiego w piosence "Kobiety jak te kwiaty". Właściwie to Piotra Bukartyka, ale wykonanie Zamachowskiego i Grupy MoCarta o niebo lepsze.
A w pracy dostanę, uwaga, NOWY KOMPUTER!!! Wiecie jaka to dla informatyka fajna zabawka taki nowy komputer? Zwłaszcza taki superhipermega wypasiony jak ten. Jak dla kobiety 3 pary nowych butów. Będzie cały dzień zabawy z instalowaniem, konfigurowaniem, szukaniem tapety na wielki ekran. Takiej żeby miło było na nią popatrzeć w przysługującej co godzinę 5-minutowej przerwie. Ale jednocześnie takiej, żeby nie raziła nielicznej żeńskiej części załogi swoim wyuzdaniem i zbytnim roznegliżowaniem. Tą część pracy wezmę chyba nawet do domu. A co mi tam, poświęcę się i przejrzę parę setek zdjęć analizując każde dogłębnie, przerzucając z folderu Być_może do Nada_się lub Nie_da_rady_choć_fajna, aby pod wieczór, po ciężkiej pracy przystąpić do wyboru zwyciężczyni. Pracowite popołudnie się zapowiada. Ech, ciężki los informatyka.
A w ogóle to oficjalnie ogłaszam nieodwołalne nadejście wiosny. Bo tak i już. Najwyższy czas porzucić szarość warszawskiego śniegu i przejść do szarości warszawskich ulic. Czeka nas jeszcze etap topnienia śniegu. Ale czymże jest kilka tygodni w błocie i słocie wobec zbliżającej się długo wyczekiwanej chwili kiedy będzie można odkurzyć czarne okulary. Dla ochrony przed słońcem oczywiście. "Tak, takąąąą masz nadzieję" - cytując Zamachowskiego w piosence "Kobiety jak te kwiaty". Właściwie to Piotra Bukartyka, ale wykonanie Zamachowskiego i Grupy MoCarta o niebo lepsze.
A w pracy dostanę, uwaga, NOWY KOMPUTER!!! Wiecie jaka to dla informatyka fajna zabawka taki nowy komputer? Zwłaszcza taki superhipermega wypasiony jak ten. Jak dla kobiety 3 pary nowych butów. Będzie cały dzień zabawy z instalowaniem, konfigurowaniem, szukaniem tapety na wielki ekran. Takiej żeby miło było na nią popatrzeć w przysługującej co godzinę 5-minutowej przerwie. Ale jednocześnie takiej, żeby nie raziła nielicznej żeńskiej części załogi swoim wyuzdaniem i zbytnim roznegliżowaniem. Tą część pracy wezmę chyba nawet do domu. A co mi tam, poświęcę się i przejrzę parę setek zdjęć analizując każde dogłębnie, przerzucając z folderu Być_może do Nada_się lub Nie_da_rady_choć_fajna, aby pod wieczór, po ciężkiej pracy przystąpić do wyboru zwyciężczyni. Pracowite popołudnie się zapowiada. Ech, ciężki los informatyka.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Jak żyć?
Czy nam - nie wierzącym w dozgonną miłość i temu podobne bzdety - się to podoba czy nie nieuchronnie zbliżają się Walentynki. Nazwane tak na cześć świętego Walentego, patrona ciężkich chorób, zwłaszcza umysłowych, nerwowych i epilepsji. Czyli jakby do zakochania pasuje. Bo czymże innym jest zakochanie jeśli nie ciężką chorobą umysłową? Każden jeden rodzic, któren dziecko w wieku nastoletnim kiedykolwiek zakochane posiada wie, że choroba objawia się absolutną niewrażliwością na bodźce z otoczenia inne niż wizerunek, głos, dotyk lub zapach osoby będącej przyczyną choroby. Na szczęście nieszczęście to jest uleczalne. Prawie, że każdy z nas kiedyś to w życiu przeszedł i żyjemy. Czyli można. A jak się już raz to przeszło to i odporności na następne zakażenia się nabywa. Nie absolutnej odporności niestety. Stąd widuje się czasem ludzi w wieku podeszłym zbliżonym do mojego, którzy fruwają prawie że nad ziemią bo im się wydaje, że drugą młodość i miłość przeżywają. Niestety to tylko nawrót choroby.
Na szczęście każdy nawrót wzmacnia odporność. Z czasem zatem nabywa się odporności absolutnej, która wreszcie pozwala widzieć świat takim jakim jest a nie zasnuty wzbudzonymi hormonami w kolorze pink. Świat prawdziwy, brudny, gwałtowny, gdzie bliźni bliźniemu prędzej nogę podstawi niż miejsca ustąpi w tramwaju. Gdzie zachód słońca trudno zobaczyć przez wielkomiejski smog. Gdzie miłujący pokój i bliźniego chrześcijańscy patrioci biją się z miłującymi pokój i głoszącymi równość wyznawcami pacyfizmu. Gdzie trzeba wstać przed świtem, żeby zdążyć na tramwaj, który i tak odjedzie Wam przed samym nosem i zobaczycie tylko złośliwy uśmiech pana motorniczego.
Ale nie miałem się rozpisywać nad urokami życia, ale zapytać miałem. Jak przeżyć jutro? Jak przeżyć atakujące zewsząd serduszka, imprezy dla zakochanych, piosenki dla zakochanych, wiersze dla zakochanych, zestawy obiadowe dla zakochanych, promocje dla zakochanych, filmy dla zakochanych? Jak żyć panie premierze, jak żyć?
Na szczęście każdy nawrót wzmacnia odporność. Z czasem zatem nabywa się odporności absolutnej, która wreszcie pozwala widzieć świat takim jakim jest a nie zasnuty wzbudzonymi hormonami w kolorze pink. Świat prawdziwy, brudny, gwałtowny, gdzie bliźni bliźniemu prędzej nogę podstawi niż miejsca ustąpi w tramwaju. Gdzie zachód słońca trudno zobaczyć przez wielkomiejski smog. Gdzie miłujący pokój i bliźniego chrześcijańscy patrioci biją się z miłującymi pokój i głoszącymi równość wyznawcami pacyfizmu. Gdzie trzeba wstać przed świtem, żeby zdążyć na tramwaj, który i tak odjedzie Wam przed samym nosem i zobaczycie tylko złośliwy uśmiech pana motorniczego.
Ale nie miałem się rozpisywać nad urokami życia, ale zapytać miałem. Jak przeżyć jutro? Jak przeżyć atakujące zewsząd serduszka, imprezy dla zakochanych, piosenki dla zakochanych, wiersze dla zakochanych, zestawy obiadowe dla zakochanych, promocje dla zakochanych, filmy dla zakochanych? Jak żyć panie premierze, jak żyć?
Subskrybuj:
Posty (Atom)