piątek, 17 grudnia 2010

Jak co roku

        Jako, że jak co roku o tej porze, z nieznanych mi przyczyn ludzie na co dzień się niezbyt kochający składają sobie życzenia wszystkiego najlepszego i temu podobnych bzdur, pozwalam sobie tuż przed ostatecznym zniknięciem w tym roku podpowiedzieć Wam jak życzenia składać aby potem tego nie żałować. Właściwie to JoeMonster podpowiada, tylko za moim pośrednictwem. Życzenia napisane chyba przez prawnika z (wiem, że to zabrzmi jak oksymoron, ale naprawdę na to wygląda) poczuciem humoru. Swego czasu w którejś z książek o Straży Miejskiej Ankh Morpork czytałem przysięgę straży. Rewelacja, mówię Wam. Życzenia prawnicze są niezłe ale przysiędze nie dorastają do pięt. Koniec gadania, panowie balanga, cisza (to chyba z Budki Suflera, co?)


Życzenia Prawnicze
złożone Tobie (zwanej lub zwanemu poniżej: "Przyjmującym Życzenia") przeze mnie (zwanego poniżej: "Życzącym").
         Przyjmij proszę, z wyłączeniem wyraźnej lub domniemanej mocy wiążącej, najlepsze życzenia przyjaznych środowisku, świadomych społecznie, bezstresowych, nieuzależniających i neutralnych płciowo świąt przesilenia zimowego, celebrowanych w ramach tradycji wyznania religijnego albo praktyk świeckich wedle wyboru Przyjmującego Życzenia, w szczególności zgodnie z tradycją Bożego Narodzenia, Chanuki lub Kwanzy, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych lub świeckich przekonań lub tradycji osób trzecich, albo ich wyboru niepraktykowania żadnych religijnych ani świeckich tradycji, jak również finansowo korzystnego, osobiście pomyślnego oraz medycznie nieskomplikowanego przebiegu ogólnie przyjmowanego roku kalendarzowego 2011, z zachowaniem należnego szacunku dla kalendarzy przyjmowanych przez mniejszości narodowe, etniczne lub wyznaniowe, bez względu na rasę, wyznanie, poglądy polityczne lub filozoficzne, kolor skóry, wiek, stopień sprawności fizycznej, wybór platformy komputerowej lub preferencje seksualne Przyjmującego Życzenia.Przyjęcie niniejszych życzeń oznacza jednoczesne przyjęcie następujących warunków i zastrzeżeń.
         Niniejsze życzenia podlegają dalszemu sprecyzowaniu, wycofaniu lub odwołaniu przez Życzącego bez zachowania jakichkolwiek terminów wypowiedzenia oraz bez potrzeby uzasadnienia. Niniejsze życzenia mogą być nieodpłatnie przenoszone przez Przyjmującego Życzenia w niezmienionej treści na rzecz osób trzecich. Niniejsze życzenia nie implikują żadnej obietnicy ze strony Życzącego do rzeczywistego wprowadzenia w życie któregokolwiek z wyżej wymienionych życzeń, a w szczególności nie stanowią oferty w rozumieniu odpowiednich przepisów prawa. Jakiekolwiek fragmenty niniejszych życzeń sprzeczne z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa należy uznać za niezłożone, bez wpływu na pozostałe fragmenty życzeń. Niniejsze życzenia nie mają wartości finansowej.
         Życzący gwarantuje działanie niniejszych życzeń zgodne z powszechnie przyjętym działaniem życzeń w zakresie dobrych wiadomości przez okres jednego roku albo do chwili wydania kolejnych życzeń świątecznych, którekolwiek z tych zdarzeń nastąpi wcześniej. Gwarancja jest ograniczona do wymiany niniejszych życzeń lub wydania nowych życzeń, bez potrzeby uzasadnienia przez Życzącego.


A od siebie dodam: bawcie się dobrze cokolwiek zamierzacie robić.

środa, 1 grudnia 2010

Dzień, w którym zatrzymała się...

        Coś bym napisał, żeby to miejsce kurzem nie zarosło. Ale ani nie mam pomysłu co ani nie mam czasu, żeby ten pomysł co go nie mam rozwinąć. Wpadłem więc poodkurzać... Właściwie "odśnieżyć" chyba lepiej by pasowało. Kto to widział żeby tak śnieg padał? Czy on, ten śnieg, nie zdaje sobie sprawy, że mamy globalne ocieplenie, na którego naprawę idą ciężkie miliony i jego, tego śniegu, niespodziewane przybycie w takiej ilości dramatycznie obniża notowania naukowców wieszczących nam śmierć z powodu utopienia w roztopionych lodowcach? Czy on, ten śnieg, zdaje sobie sprawę, że ja... wróć, JA we własnej dostojnej osobie po trwającym wieczność 15-minutowym oczekiwaniu na przystanku na tramwaj, zwany pożądaniem, oczekiwaniu w zamieci walącej po gałach i moich letnich jeszcze półbutach (skąd właściwie taka gupia nazwa? zapewniam, że buty były absolutnie całe i żadnego nie brakowało nawet kawałka), zdecydowałem pójść do metra PIESZO? Czy on, ten śnieg, zdaje sobie sprawę jaki to wysiłek dla kogoś kogo jedynym codziennym wyzwaniem jest wspiąć się na drugie piętro? Doszedłem. Nawet nie wywinąłem orła po drodze, raz tylko lekkie zachwianie zakończone perfekcyjnie ustanym telemarkiem (bez podpórki).

        Nie cierpię zimy. Oczywisty zapewne powód nielubienia to kompletna nieprzydatność czarnych okularów. Drugi oczywisty powód to zimno, choć ruszam się z domu tylko gdy muszę. Trzeci oczywisty powód to to, że wszędzie widać tylko to szare badziewie, co mnie, człowieka odbierającego świat pełnią 12 znanych barw przyprawia o depresję. A oprócz tego biliony małych szarych powodów bezlitośnie wciskających się za kołnierz, oblepiających mój pozostawiony na pastwę losu na parkingu samochód, a każden jeden z tych powodów ponoć niepowtarzalny w swoim rodzaju.

        Czy ja marudzę? A skąd. Wyrażam tylko swoje, przyznam - niepochlebne zdanie na temat tego co się dzieje za oknem. Czy każdy kto jest z czegoś niezadowolony od razu musi być marudą? Więcej tolerancji dla niezadowolonych. Nie żyjemy na szczęście w Ameryce, kraju gdzie nawet jeśli przed chwilą umarł ktoś ci bliski na pytanie "co słychać" odpowiadasz "w porządku". Precz z wporządkiem, niech żyje "stara bida" i "nie cierpię zimy".

        Wiecie kiedy człowiek wchodzi w wiek średni? Gdy ubierając się w zimie przedkłada ciepło i wygodę ponad szpan. Pamiętacie zimy z waszej młodości? Żaden mróz nie był mi straszny, kurtka zawsze rozpięta. Szalik? Kto wiedział co to szalik? Czapka zakupiona przez troskliwą mamę lądowała w kieszeni natychmiast po zamknięciu drzwi mieszkania. A teraz? Przed wyjściem z domu sprawdzam temperaturę. W okolicy 0 do zwykłej wiosenno-jesiennej kurtki zakładam czapkę. Cienką, nie zakrywającą uszu, ale jednak czapkę. Przy -5 wyciągam z szafy lekkozimową kurtkę i owijam szyję szalikiem. -10 to zimowe buty i ciepła czapka. -15 - kurtka ciężkozimowa i szalik zawiązany w węzeł pod szyją. -20 to największe upokorzenie wczesnej młodości czyli ocieplacz pod spodnie. Ech młodości, gdy -20 oznaczało, że czas schować ręce do kieszeni.

        Czas biegnie nieubłaganie. Najbardziej sobie to uświadamiam nie prze upływ moich własnych lat. One sobie biegną, zmiany następują powoli, mam czas się przyzwyczaić i tego prawie nie zauważać. Tylko liczba świeczek na torcie rośnie w zastraszającym tempie. Jednak nic tak nie przypomina o upływającym czasie jak umieranie innych ludzi. Codziennie prawie zaglądam na Onet i codziennie prawie widzę, że odszedł ktoś kogo znałem. Nie personalnie, ale po prostu wiedziałem kto to jest, widziałem w młodości jakieś filmy, czytałem książkę itp. Taka obserwacja tylko. Pewnie spowodowana szarym szaleństwem za oknem.

        A propos naukowców. Czasem pozwalam sobie skrytykować "naukowców" ale szacunkiem darzę NAUKOWCÓW. Otóż NAUKOWCOM udało się ostatnio wytworzyć kilka antyatomów wodoru i utrzymać je przy (umownie) życiu przez około 0,1 s. Niby to niewiele (choć jednak w zupełności wystarcza mężczyznom do oceny czy kobieta, na którą patrzy jest dla niego atrakcyjna), ale wcześniejsze ich wytwory żyły coś koło jednej milionowej sekundy. Postęp jest. Pomyślcie o potencjalnych możliwościach. Anihilacja kilograma materii z antymaterią dałaby energię równą wybuchowi bomby atomowej o sile iluś tam gigaton. Mniejsza o to ile to dokładnie jest, ważne że dużo. Konsekwencje ujarzmienia antymaterii? A np kupujecie samochód i nigdy nie musicie go tankować, bo 1 gram antymaterii załadowany w fabryce starczy na 100 lat. Koniec ze stacjami benzynowymi, koniec z głupimi wojnami, których głównym celem są pola naftowe a nie jakaś tam nikomu nie potrzebna demokracja. Koniec z elektrowniami węglowymi, atomowymi i innymi. Wszystko co potrzebuje energii dostanie już podczas montażu niezbędną dawkę antymaterii i starczy na zawsze. Koniec z zanieczyszczaniem środowiska spalinami, bo dostajemy czystą energię. Koniec z rachunkami za prąd. Koniec z telefonem wysiadającym w chwili gdy po 15 minutach oczekiwania i wysłuchiwania reklam w BOA dowolnej firmy telekomunikacyjnej właśnie doczekaliście się połączenia z konsultantem. Koniec z notebookami padającymi tuż przed tym gdy właśnie miałeś zapisać swoją 3-godzinną pracę. I żal tylko, że ja zapewne tych wszystkich fajnych rzeczy nie doczekam, bo od pomysłu do praktycznej realizacji w dzisiejszych czasach to daleka droga. Reaktora antymaterii nie da się zbudować w garażu. Przynajmniej do czasu gdy ktoś kto o tym nie wie zbuduje reaktor w garażu. Do tego czasu pozostaje mi cieszyć się jakie klawe życie będzie miał mój syn. Chyba że przyłączę się do Sheldona z serialu Teoria Wielkiego Podrywu i będę miał nadzieję, że opracowanie sposobu przenoszenia ludzkiej świadomości do maszyny nastąpi jeszcze za mojego życia. Dalibyście umieścić swoją świadomość w elektronicznym świecie? I odpowiadajcie na to pytanie nie z pozycji dziarskiej dwudziestoparolatki tylko z punktu widzenia schorowanej staruszki, która żyć by jeszcze chciała, ale co to za życie przykuta do łóżka i skazana na łaskę innych. Gdy alternatywą jest tylko śmierć. Prawdziwa, fizyczna, ze zjedzeniem przez robaki włącznie (chociaż czemu niby miałoby mnie to po śmierci interesować?), bez jakichkolwiek dowodów na to, że istnieje jakaś forma egzystencji PO. Z drugiej strony macie elektroniczną rzeczywistość, w której jedynym ograniczeniem jest Wasza wyobraźnia. Ja bez wahania.

        Tytuł, jak zapewne zauważyliście, ma niewiele wspólnego z treścią. Może dlatego, że pisałem na raty. Najpierw pasował do tego co miałem w głowie, potem z głowy wyleciało a tytułu zapomniałem zmienić. Potem ślina na język przyniosła inne rzeczy a nowego tytułu nie chce mi się już wymyślać. Wiecie, że w mojej pracy spędzamy całkiem sporo czasu na wymyślanie nazwy projektu, modułów i klas? Zła nazwa atakuje potem zmysły programisty krzycząc "ZŁOooo! Zmień mnie, ja tu nie pasuję, chcę być taka jak inne". Ale czasem na to za późno, bo gdy pojawi się w oficjalnych dokumentach z pieczątką nie można jej sobie ot tak zmienić. I pozostaje taki wyrzut sumienia, psujący radość z dobrze wykonanej pracy. Nazwy ważna rzecz. Dlatego nie dawajcie swojemu psu na imię Puszek gdy pomimo mikrej postury drzemie w nim dusza wojownika Wikingów. Dajcie mu Thor, władca gromów i błyskawic. Niech wie małe stworzenie, że nie jak cię widzą tak cię piszą, ale że prawdziwa bestia drzemie wewnątrz. Każdego z nas. Wrrrrr...

piątek, 29 października 2010

Małżeństwo wymyśliły kobiety

        Żonkosiem jestem wprawdzie, ale w tem szczęśliwem położeniu, że żona pozwala mi czasem spotkać się z kolegami w celu konsumpcyjnym (nawet z kawalerami i rozwodnikami, chociaż w jej mniemaniu oni tylko na pokuszenie wodzić mnie chcą i do złego namawiać). Razu pewnego na takim spotkaniu, gdy przedyskutowaliśmy już kwestię pokoju na świecie, wymyśliliśmy jak rozwiązać problem globalnego ocieplenia, wynaleźliśmy sposób na fuzję jądrową w temperaturze pokojowej, rozrysowaliśmy na serwetce projekt hipernapędu, doprowadziliśmy do pojednania PiS z PO i Rydzyka z Palikotem, rozwikłaliśmy tajemnicę szczęścia i opracowali system na dużego lotka postanowiliśmy pogadać o sprawach ważniejszych i osobiście (i boleśnie) nas dotykających.

        Kobiety zatem. Każden jeden z nas w swoim dłuuugim (czas to wreszcie przyznać) życiu niejeden raz spotkał kobietę, która dała mu popalić. A to jedna nie zrozumiała, że mężczyzna przed ślubem musi się wyszaleć, co wcale nie oznacza, że po ślubie musi przestać. A to druga myślała, że jak facet się żeni to ślepnie i przestaje się rozglądać za innymi. A to trzeciej się wydawało, że po ślubie to on się zmieni. Generalnie - bo to złe kobiety były. I po kolejnym piwie nagle nas olśniło. Otóż małżeństwo wymysłem kobiet jest. Czego poniżej postaram się dowieść.

         Od zarania dziejów mężczyzna - jako silniejszy, sprawniejszy, bardziej przedsiębiorczy i waleczny - zajmował się polowaniem, podbijaniem, gwałceniem, rabowaniem i graniem na giełdzie. Kobieta zaś, jako istota genetycznie wyposażona w predyspozycje do gotowania, wychowywania dzieci i czekania na swego wojownika, zajmowała się gotowaniem, wychowywaniem dzieci i czekaniem na swego wojownika. Gdy wojownik długo był poza domem to groziło jej gwałcenie i rabowanie ze strony innych wojowników. W dodatku wojownik długo przebywający poza domem mógł wpaść na pomysł aby swym nasieniem obdarzyć inne kobiety. Mężczyzna albowiem, w przeciwieństwie do kobiety z trudem produkującej jedno nasionko na miesiąc, produkuje je hurtowo. A genetyczny imperatyw podtrzymywania gatunku, choć w przypadku kobiety i mężczyzny dąży do tego samego, to jednak zupełnie inne nam wyznaczył do realizacji tegoż drogi. Imperatyw mężczyzny nakazuje rozsiewać nasiona gdzie się da i nie martwić się potem ich stanem. Któż by się martwił o potomstwo jak go można mieć miliardy. W celu przedłużenia gatunku w interesie mężczyzny jest mieć potomstwo z jak największą liczbą kobiet. Imperatyw kobiet z kolei nakazuje im, gdy już to ich jedyne nieszczęsne nasionko zakiełkuje, utrzymać mężczyznę przy sobie (ściślej rzecz biorąc nie musi to być dokładnie ten mężczyzna, wystarczy ‘jakiś’. Pewnie dlatego ponoć 20% mężczyzn wychowuje nie swoje dzieci wcale o tym nie wiedząc). Ktoś bowiem musi polować, aby rodzinie zapewnić jedzenie. To samo jedzenie, za którym 3 dni trzeba było gonić po buszu, potem przytargać je na własnych plecach wiele kilometrów do jaskini, odganiając po drodze wygłodniałe hieny, tyranozaury i wojowników z innych jaskiń. To samo, które żona po oporządzeniu i upieczeniu (raptem góra godzina) na ogniu zapalonym przez męża (trzy godziny tarcia patykami) serwuje mężowi a widząc, że mąż krzywi się na siódmy stek z mamuta w tym tygodniu mówi “To ja się TYLE napracowałam a ty grymasisz”.

         Jak więc utrzymać przy sobie mężczyznę? Wojownika, wędrowca, wolnego jak ptak, przemierzającego świat i rozmnażającego się na lewo i prawo? Należy mu otóż zaproponować małżeństwo. Wybić mu z głowy szlajanie się z kolegami wojownikami, kazać zapomnieć o gwałceniu i rabowaniu dla rozrywki, wyperswadować szastanie genami. Przekonać go, że wychowanie tego jednego konkretnego dziecka, jednego z milionów, które mógłby mieć, to jest to o czym marzy prawdziwy wojownik. No może jeszcze o własnej jaskini.

        Ze smutkiem stwierdzam, że udało się Wam to znakomicie. Tak znakomicie, że to my dzisiaj pytamy czy za nas wyjdziecie! My, wojownicy, wędrowcy, zdobywcy nieprzebytych oceanów i najwyższych gór, pogromcy mamutów i tyranozaurów (gdyby żyły w tym czasie co my na pewno byśmy je gromili), z własnej i nieprzymuszonej woli pytamy “czy zechcesz łaskawie pozbawić mnie wolności, radości i towarzystwa kolegów oraz rozrywek, które z nimi przeżywałem, ze szczególnym uwzględnieniem rozrywek związanych z wojowaniem, gwałceniem i rabowaniem?” Czyż to nie szczyt manipulacji? Młodym, naiwnym jeszcze wydaje się, że w zamian za pozbawienie się tych wszystkich przywilejów będą mieć seks co noc i ciepły posiłek po powrocie z polowania. Mają rację - wydaje im się. A mimo to, my uciemiężeni i tak dajemy z siebie wszystko co najlepsze. Przecież w takiej sytuacji po cóż mamy szastać plemnikami gdy wystarczyłby jeden? Po cóż tracić energię na miliony, po cóż skazywać na śmierć legiony potencjalnych wojowniczków? Po cóż ofiarowywać to wszystko mówiąc “masz, daję ci miliony, weź jeden, najlepszy” gdy z drugiej strony słychać “masz, daję ci jedno, bierz i nie grymaś”? Po cóż? Bo nawet uciemiężony i pokonany wojownik pozostaje wojownikiem i zawsze daje z siebie wszystko.

         A potem zadzwoniły telefony, cichutko powiedzieliśmy, że zaraz wracamy, dopiliśmy piwo i dumnie pomaszerowaliśmy do domu. Jaskini. Żadnego gwałcenia po drodze.

środa, 6 października 2010

O kobietach. Głównie.

        Taki król to ma klawe życie. Jest sobie w Afryce państwo... państewko właściwie, w którym król raz w roku ogłasza casting na następną żonę. Coś jak nasz Taniec z Gwiazdami czy Top Model (bosz, skąd ja znam takie nazwy???). Talenty kandydatki posiadać muszą dwa. Choć po napisaniu “dwa” zdałem sobie sprawę jak to dwuznacznie brzmi. Każden jeden prawdziwy mężczyzna w tym momencie oba sobie je wyobraża. Przykro mi panowie, talenty naprawdę muszą być dwa. Jeden talent to taniec. Trza mianowicie umieć zatańczyć Taniec Trzcin. W stroju rytualnym (czyli w zasadzie bez stroju). Szczegółów nie znam, ale bądźmy szczerzy - zatańczyć lepiej lub gorzej każda lebiega potrafi (oprócz mnie, ja się do tańca kompletnie nie nadaję i mam na to certyfikat, a nieumiejętności tej bronił będę jak niepodległości). Talent drugi, no ten to jest hardcorowy. Trza być dziewicą. Czy ten król zdaje sobie sprawę jak trudno teraz znaleźć dziewicę nie ocierając się o pedofilię? Nawet jednorożca chyba łatwiej upolować. (To przenośnia taka. Wiadomo przecież, że na jednorożce się nie poluje. No chyba, że w sezonie) Szukałem kiedyś. Nawet nie miałem wielkich wymagań. Miała być dziewicą, w wieku nie podlegającym prokuratorowi, no i miał na nią pasować bucik ten co go znalazłem o północy na schodach oraz oczywiście żadnego zamieniania w żabę. Czy ja za dużo wymagam? Na marginesie - na te zawody w Tańcu Trzcin stawia się kilkanaście tysięcy dziewic. Nawet jak na małe afrykańskie państewko wynik nie imponujący, no nie imponujący.

         Wiele się wydarzyło w dziedzinie pionierskich badań naukowych podczas mojej nieobecności. Okazuje się bowiem, że mężczyźnie posiadającemu partnerkę co najmniej kilkanaście lat młodszą znajomość taka zmniejsza ryzyko przedwczesnego zejścia o ponad 30% w stosunku do mężczyzny z równolatką. Nie wspominając o takim ze starszą. W przypadku kobiet aż takiej zależności nie ma. Wprawdzie kobieta mająca kilkanaście lat młodszego partnera zmniejsza sobie ryzyko śmierci o kilkanaście procent, ale czym jest kilkanaście w obliczu naszych ponad 30%? Co ciekawe, kobieta mająca partnera starszego o kilkanaście lat ma ryzyko śmierci również o kilkanaście procent mniejsze. Wniosek oczywisty nasuwa się tylko jeden. My jesteśmy genetycznie przystosowani do życia z młodszymi kobietami. Wam to obojętne. Ergo - powinien istnieć przepis nakazujący (oczywiście w trosce o zdrowie społeczeństwa, coś jak zapinanie pasów) mężczyznom wymianę kobiety na młodszy model co kilka lat. I milczeć mi tu, bo jak się zastanowicie to korzyść jest obopólna. My zyskujemy kilka lat życia i nowe piersi do zabawy. Wy zyskujecie nowego partnera, nowe zakochanie i wszystkie te romantyczne pierdoły co to się na początku związku ludzie w nie bawią.
         Biorąc pod uwagę, że w wieku jestem już słusznym, ale przede wszystkim w trosce o zdrowie społeczeństwa, zwracam się niniejszym do tego społeczeństwa, a zwłaszcza do jego żeńskiej części w wieku do 25 lat (coby te kilkanaście lat różnicy zachować) z apelem o zgłaszanie się do mnie w celu wymiany. Umiejętność zatańczenia Tańca Trzcin w stroju rytualnym (czyli w zasadzie bez stroju) będzie dodatkowym atutem poza dwoma falującymi. Dziewictwa, jako warunku oczywiście irracjonalnego nie będę wymagał. Zakładam, że moja żona będzie protestować, ale w obliczu niezaprzeczalnych wyników badań musi przecież ulec, nie?

         Inne z kolei badania naukowe (sic!) zajmowały się wpływem czasu siedzenia na długość życia. I się okazało, że kobiety do siedzenia nie są po prostu stworzone. Kobietom spędzającym na siedząco kilka godzin dziennie o ponad 60% wzrasta ryzyko przedwczesnej śmierci (tej samej, której można uniknąć znajdując sobie starszego lub młodszego partnera). Z kolei mężczyznom w podobnej sytuacji ryzyko śmierci wzrasta tylko o 30%. W artykule, który czytałem zabrakło im chyba miejsca na wnioski. A wnioski są przecież dla każdej inteligentnej osoby* oczywiste. Uwaga, wniosek: miejsce kobiety jest w kuchni. Uzasadniam. Siedzenie jest szkodliwe dla kobiet. Najmniej miejsc siedzących w domu jest zazwyczaj w kuchni. Ergo - miejsce kobiety jest w kuchni. cbdu. A jak już jest w kuchni to niech się nie kręci bez sensu tylko coś ugotuje. Młodsze modele czekają.

         Przebąkuje się ostatnio o parytetach. O ironio w kontekście równouprawnienia. Żeby było jasne: albo parytet albo równouprawnienie. Jedno z drugim w parze nie idzie. Parytet da tyle samo kobietom i mężczyznom. Jako grupom. A przy okazji ucierpi wiele kobiet i mężczyzn. Jako ludzi. Pisałem to już kiedyś i powtarzam: proszę wskazać mi jeden przepis dyskryminujący kobiety. Nie ma. Ten akurat parytet dotyczy polityki, ale gwarantuję, że zaraz pojawią się następne: na stanowiska dowódcze w wojsku, na stanowiska prezesów państwowych firm itp. Żeby było jasne - nie mam nic przeciwko kobietom dowódcom, kierownikom, prezesom, politykom. Po prostu nie mam pojęcia kto im zabrania zajmować się tym już teraz. Czy ktoś pamięta szumnie zapowiadaną Partię Kobiet? Przy potencjalnym elektoracie 50% powinna zgarnąć całą kupę miejsc w parlamencie. Nie zgarnęła. Przez jakiś przepis? Nie, kobiety się po prostu nie garną do polityki i żaden głupi parytet nie powinien ich do tego zmuszać. Boleśnie o szkodliwości parytetów przekonała się, o ile dobrze pamiętam, Szwecja. Dawno temu wprowadzono parytet na studia żeby kobiety do studiów zachęcić. A co się okazuje dzisiaj? Że kobiet chce studiować więcej niż mężczyzn ale przez parytet często muszą ustępować miejsca mniej zdolnym mężczyznom. I zrobił się szum o likwidację parytetu. I to ma być równouprawnienie? Jak działał na naszą korzyść to był fajny, ale jak działa na korzyść facetów to jest be? Parytety są złe, bo promują nieudaczników z uprzywilejowanej grupy kosztem osób zdolnych z grupy nieuprzywilejowanej. I płeć nie ma tu żadnego znaczenia.

        W ostatnim słowach tego listu chcę podziękować za pamiętanie o mnie i zachęcanie do dania głosu. Zapewniam, że czytam, a jakże, czytam. Czasem nawet wpadam do Was w odwiedziny, ale rzadko głos daję. Wsparcie Wasze podtrzymuje mnie na duchu w obliczu zbliżającego się nieuchronnie armageddonu (czyli terminu zakończenia projektu, a sukces tego projektu będzie tak spektakularny jak wydarzenia przedstawione w filmie “2012’).

*Zauważyliście to sprytne zagranie? Wnioski są oczywiste dla każdej INTELIGENTNEJ osoby. Zdanie w ten sposób skonstruowane (a mistrzem moim w tej dziedzinie jest niezastąpiony Jarosław K.) powoduje, że każdy kto poddaje mój choćby najbardziej bzdurny wniosek krytyce sam stawia się w pozycji osoby nieinteligentnej. Genialne, muszę mu to przyznać. Przypadkowe społeczeństwo łapie się na to jak muchy na lep.

poniedziałek, 6 września 2010

Ech, dziewczyny

        Polecić coś chciałem. “Charaktery” nr 9/2010. Nie doczytałem jeszcze do końca (za krótko jadę do pracy), ale mogę polecić coś z tego co przeczytałem.

        Strona 5 - wstępniak Wiesława Łukaszewskiego o odwadze. Krótki, jedna strona, zdążycie przeczytać przy porannej kawie. Trochę dłużej potrwa (może przy śniadaniu?) przeczytanie artykułu ze strony 32 - “Wojna o samca”. Tak, tak, to o zdobywaniu nas przez Was. Będzie o porządnych facetach i o tym, że solidarność jajników to mit (i nie mam na myśli sławnej amerykańskiej uczelni). A propos solidarności jajników - widziałem gdzieś wyniki badań na temat agresywności. Naukowcy potwierdzili, że solidarność jajników to mit. A gdzieżbym śmiał nie wierzyć naukowcom. Otóż okazało się (co za zaskoczenie), że to kobiety są bardziej agresywne w pracy. Przy czym ich agresywność, w przeciwieństwie do jawnej agresywności mężczyzn, jest ukryta i podstępna. Kobiety knują i obgadują koleżanki za ich plecami podczas gdy patrząc im w oczy szczerzą zęby w nieszczerym uśmiechu i prawią fałszywe komplementy tytułując je "kochaniem", skarbem" itp. Ale to jeszcze nie koniec. Otóż najbardziej agresywne i jadowite są polskie kobiety!!! I co Wy na to harpie? Aż się zaczynam cieszyć, że kobiet ci u mnie w pracy niedostatek.

         I się mi jeszcze opowiastka przypomniała o tej tzw solidarności. W opowiastce tej mężczyzna dzwoni do 10 koleżanek żony z pytaniem czy spędziła u nich noc jak jemu powiedziała. Żadna nie potwierdziła. Potem żona dzwoni do 10 kolegów męża z analogicznym pytaniem - czy spędził u nich noc jak jej powiedział. 7 potwierdziło, że był a 3 powiedziało, że ciągle jest. Czyż nie piękna przypowieść?