czwartek, 19 stycznia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 3


        Wracając do kościołów. Kościoły na Malcie są wszędzie. Właściwie nie kościoły. W porównaniu z otaczającymi je budynkami powinno się raczej mówić - kościeliska. W sensie, że w dwupiętrowej zabudowie wielki kościół wygląda jak wielki kościół. Maltańczycy, w 98% chrześcijanie, lubią wielkie kościoły. A że budują je z jedynego dostępnego na wyspie materiału (takiego żółtawego kamienia), to wszystkie wyglądają dostojnie.

        Pierwszy. Kościół Wniebowzięcia Matki Bożej. Dostojna bazylika. Na zdjęciu nie wygląda imponująco, bo brak czegoś do ustalenia skali. Ale wierzcie mi, jest duża. A w środku można dostać zawrotów głowy, więc nie patrzcie w górę.



        Drugi. Wspomniany już kościół w pobliżu cmentarza i knajpki. Pod wezwaniem nie pamiętam kogo. Widoczny z każdego zakątka miasta. Coś jak nasz Pałac Kultury. Jak się zgubisz w Mellieha - znajdujesz kościół i walisz prosto na niego. Jak znajdziesz kościół to do knajpki już blisko.


        Trzeci. Bazylika Ta’Pinu. Wielkie kościelisko pośrodku niczego. Dopiero gdzieś daleko w tle widać jakieś zabudowania. W środku sala pełna protez, gipsowych odlewów rąk i nóg, zdjęć ofiar wypadków drogowych. Jak ktoś miał wypadek, to trafiał do szpitala, gdzie lekarze robili co mogli na 36-godzinnych dyżurach. A jak już im się udało, to pacjent z wdzięczności dziękował. Matce Boskiej. Lekarze na Malcie muszą być odrobinę sfrustrowani. Nie wolno robić zdjęć w środku, więc zrobiłem.


        Kto się dobrze przyjrzy, ten zobaczy, że “Jan Paweł II tu był”. Na zewnątrz okazuje się, że nie tylko Jan Paweł II tu był. Stałym bywalcem jest niejaki Noel, który przywozi tu swoje dziewczyny, niczym Bożydar do Muzeum Ziemi Podlaskiej (dla niekumających porównania: Bożydar).


        Czwarty. Ten, jako jeden z nielicznych, raczej niewielki. Za to na kompletnym zadupiu. Z daleka wygląda jak meksykański kościół w jakimś westernie. Tylko restauracja, sklep z pamiątkami, dziura w skale (o atrakcjach Malty i Gozo w następnej części) i kościół.

        Piąty. Katedra św. Jana Chrzciciela w La Valetta. Największa, najstrojniejsza, najdroższa (wstęp 10€) katedra/kościół na Malcie. Odżałowałem, zapłaciłem, wstąpiłem. Przyznaję, robi wrażenie.


        Oprócz kościołów mają maltańczycy niezrozumiałe uwielbienie do nazywania swoich domów imionami świętych. Na frontowej ścianie każdego niemal budynku znajduje się figurka lub obrazek świętego/świętej.




        98% ludności wyznania katolickiego. Rekord nie do pobicia nawet w Polsce. A mimo to ludzie jacyś spokojni, życzliwi.


A o atrakcjach turystycznych porozmawiamy sobie, drogie dzieci, następnym razem.

czwartek, 22 grudnia 2016

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 2

         Położenie hotelu miało jedną wadę. W dwie strony było pod górkę, a w dwie się iść nie dało, bo mur, pole, kaktusy (dla niepoznaki zwane tutaj opuncjami). A propos kaktusów… Maltańczycy, ludek gospodarny i praktyczny, z braku zbóż i ziemniaków nauczyli się robić alkohol z kaktusów właśnie. W zasadzie z owoców kaktusów, ale to bez znaczenia.

Owoc kaktusa wygląda tak:



Cały natomiast kaktus z owocami wygląda tak (jak oni wpadli, że to może być jadalne, ba! pijalne, to pojęcia nie mam):



        Nazywa się to u nich 'likier z opuncji' . Co brzmi lepiej niż 'mizernej mocy alkohol z kaktusa'. Na szczęście krzewy winogron czasem jednak dają u nich owoce, bo można nabyć w każdym prawie sklepie maltańskie wina. W całkiem znośnej cenie i sympatycznie pieszczące podniebienie. Sprzedają je tutaj w restauracjach w półbutelkach. Tak to nazywają - 'half bottle', choć przecież bardziej odpowiednie byłoby 'small bottle'. Gdyż po zamówieniu half bottle dostajemy small bottle o objętości 0,375l, czyli połowę butelki normalnej. Bardzo to jest dobry pomysł, bo butelka do obiadu na dwie osoby to jednak sporo, a z małej wychodzi po dwa kieliszki. Idealnie.

Białe half bottle wygląda tak:
 


        Kelner nalał trochę i patrzy na mnie wyczekująco. Zanim się zorientowałem, że trzeba odprawić rytuał przez głowę przebiegały mi w tempie teleekspresu myśli przeróżne: 'czy powinienem mieć tu krawat?', 'mam coś na twarzy?', 'podobam mu się?', 'czy na pewno wyłączyłem żelazko?'. Ale się zorientowałem. Zrobiłem więc mądrą minę, łyknąłem odrobinę, wpierw powąchawszy (choć węch mam kategorii 17), po czym skinąłem porozumiewawczo głową, co w międzynarodowym języku kelnerów oznacza 'lej pan'. A wszystko to trzymając kieliszek profesjonalnie za stopkę. Za trzymanie za stopkę u kelnera od razu +5 do zajebistości.

         Położenie hotelu miało również jedną zaletę. Idąc od przystanku nie dało się nie przejść obok jednej całkiem sympatycznej knajpki. Znaczy formalnie to się dało. Jak się obeszło kościół z drugiej strony, to można było zamiast obok knajpy przejść obok cmentarza. Ale kto rozsądny chodzi w nocy koło cmentarza? Więc z jednej strony 20 metrów od kościoła cmentarz, z drugiej 15 metrów od kościoła knajpa. Z alkoholem, żeby nie było wątpliwości. I nikomu to nie przeszkadza.

A cmentarz ma 100m2 i wygląda tak:




         Po likierze z kaktusa, winie z winogron, pozostało jeszcze spróbować piwa. Na Malcie gdy prosicie o piwo to nie pytają 'jakie?', tylko 'zwykłe czy excel?'. Bo z automatu dają jedyne chyba lokalne piwo - Cisk. Z wyglądu, ze smaku i z brzmienia - nasze tyskie.

Maltańskie tyskie wygląda tak:



        Inne piwa dostaje się na specjalne życzenie. Do wyboru najczęściej: Heineken i Guinness. Ceny w knajpach zbliżone do cen w naszych knajpach. I wolno pić w tzw miejscach publicznych, o ile nie pije się bezpośrednio z butelki. Plastikowe kubeczki zatem sprzedają w każdym sklepie. W związku z czym można się szarpnąć romantycznie i wybrance swego serca (i rozumu) zaproponować romantyczny wieczór z romantycznym winem na romantycznej plaży romantycznego Morza Śródziemnego.

Romantyczne wino na plaży wygląda tak:



Koniec części drugiej, choć przecież nie ostatniej. Nie ma lekko.

środa, 30 listopada 2016

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 1

        Jacek, znany powszechnie podróżnik, wędrowiec oraz - nie bójmy się tego słowa - globtroter niemalże, odbył swego czasu, czyli jakoś w środku listopada, podróż na Maltę. Listopad to najlepszy czas na podróż na Maltę. Turystów już mało, bo myślą, że jak u nas zima, to na Malcie też. Tubylcy zresztą też myślą, że u nich zima. Połowa atrakcji zamknięta, bo “winter is coming”. A tymczasem temperatura w dzień dochodzi do 30 stopni, a w okolicy 20-ej wieczorem ciągle jest 20 stopni. Ale opatuleni chodzą w kurtki. Po tym się tam odróżnia turystów od tubylców - tubylcy w kurtkach, turyści w podkoszulkach. No i jeszcze po tym, że turyści zawsze w ostatniej chwili przebiegają przez jezdnię, żeby zdążyć na autobus, który nadjechał ze złej strony. Gdyż w tym dziwnym kraju, w którym wszystko jest pod górkę, jakby jeszcze tego było mało, to jeździ się po złej stronie drogi. I oni tam się strasznie boją deszczu. Co się jakaś chmurka pojawiła na niebie, to od razu wszyscy “musicie kupić kurtki przeciwdeszczowe, bo będzie padać”. Nie padało. Pomijając piątek, ostatni dzień, ale to się nie liczy, bo wyjeżdżaliśmy. No i w środę, ale wtedy i tak nigdzie nie szliśmy, bo odpoczywaliśmy po całym wtorku łażenia. Właściwie połowie wtorku, bo połowę przesiedzieliśmy w kasynie, żeby nie zmoknąć. W czwartek to tylko przed południem, a wychodziliśmy dopiero po południu. W piątek jak przylecieliśmy też się nie liczy, bo przylecieliśmy wieczorem i prosto do hotelu.

        A z hotelem to było tak. Przyszła po nas pani z karteczką, na której napisana była maltańska wersja mojego imienia, czyli Jaceb N. Machając rękami skierowała nas do busa. Załadowanego już do pełna niemieckimi i angielskimi emerytami. Walizka… ha! jedna, jedyna walizka! Gdyż uparłem się, że nie noszę dwóch i już po dwóch godzinach płakania i tupania nogami udało mi się moją niewiastę przekonać, że damy radę z jedną. Prawie daliśmy. Tylko bagaż podręczny w drodze powrotnej oscylował na granicy dopuszczalnej wagi. Że pozwolę sobie zacytować fragment z jednego z poradników “Jak przeżyć z kobietą” (do kupienia przy wyjściu) - “bo prezenty”. Zatem jedna walizka.


        Jedna walizka wymagała specjalnego, opatentowanego sposobu pakowania ubrań w rulonik - ClothRulon™. Niestety pomimo trzykrotnego obniżenia ceny oraz obietnicy darmowego kursu składania, prowadzonego osobiście przeze mnie w bieliźnie, nie udało mi się sprzedać licencji. Co widać na powyższym zdjęciu. W związku z czym zmieściłem się w ćwierć walizki, w pozostałych trzech ćwierciach zmieściła się moja niewiasta. Z trudem.

        Wracając do busa z emerytami (do którego jako emeryt, poniekąd pasowałem, tylko młodszy jestem i ładniejszy)... Walizka poleciała na szczyt góry walizek już upchniętych z tyłu. Patrzymy, a kierowca pakuje się na miejsce pasażera, a mnie zaprasza za kierownicę. Ale jak wsiadłem to się okazało, że zdążył ją zabrać na swoją stronę. I jedziemy. Pierwszy hotel, 5 gwiazdek, wysiadają turyści z Niemiec. Drugi hotel, 4 gwiazdki, wysiadają turyści z Anglii. Trzeci hotel, trzy gwiazdki, wysiadają ukryci na ostatnim siedzeniu turyści z Rosji. Potem długo, długo nic, jedziemy przez miasteczko, miasteczko się kończy, kierowca wysiada, wyjmuje naszą walizkę i mówi “tam w dół trzeba iść”. Pomyślałby kto, że z górki to i tak łatwiej niż pod górkę. Tymczasem “tam w dół trzeba iść” wyglądało tak:


 I idź, człowieku, w obcym kraju, w nocy, na końcu wioski w ciemność (jedna latarnia światła nie czyni). Przełknąłem ślinę, dyskretnie, coby niewiasty nie straszyć, myśląc o moich przodkach, łowcach i predatorach, którym mamuty nie straszne były. “W takiej wąskiej uliczce mamut się nie zmieści” - z tą myślą przewodnią dziarsko ruszyłem w mrok.
        Hotel, owszem, był. Nawet czynny. Pełen rozbawionych muzyką na żywo ubogich angielskich emerytów w opcji All Inclusive. Na szczęście widok w dzień okazał się bardziej znośny.




I tym optymistycznym akcentem, moi wierni czcigodni i szanowni, Wuj Jacek kończy pierwszą transmisję prawie na żywo z Malty.

poniedziałek, 31 października 2016

Suchar informatyczny #5

Suchar informatyczny na dziś:

"Użytkownicy komputerów dzielą się na:
a) robiących kopie,
b) tych, co będą robić kopie."

Komentarz.
        A to, moi szanowni, w zasadzie nie jest suchar, ale prawda życiowa bazująca na przykrych doświadczeniach pokoleń użytkowników komputerów. Róbcie backup-y. Kiedyś w tym celu trzeba było nagrywać setki płyt. Teraz wystarczy tylko odpowiedzieć TAK na pytanie "czy chcesz aby Google miało dostęp do wszystkiego co napiszesz, sfotografujesz, zobaczysz lub pomyślisz oraz zachowywało wszystko w chmurze do ewentualnego wykorzystania?".

Dygresja.
        Swoją drogą btw, w przeróżnych opcjach backup-ów ciągle brakuje jednej. Najważniejszej. Znanej z niektórych powieści SF opcji backup-u samego siebie. Niekoniecznie postaci fizycznej. Mi osobiście wystarczy, jeśli uda się zachować gdzieś stan mojego umysłu. Póki jeszcze cokolwiek kojarzę.
        Pomyślcie. Zapisujecie się dzisiaj. Jutro rano przydarza się coś bardzo niefajnego, o czym chcecie zapomnieć. Zatem jutro wieczorem przywracacie się z kopii. Jesteście wprawdzie jeden dzień do tyłu za resztą ludzkości, ale przykre wspomnienie nigdy się nie pojawiło. "Ale przykre wspomnienia są częścią naszego życia" powiecie. "Bla, bla, bla" odpowiem. Są, bo nie mieliśmy wyjścia. Trzeba było sobie z nimi jakoś radzić, więc zracjonalizowaliśmy je i teraz są "elementem kształtującym naszą osobowość". Ja poproszę reset i rano wstaję świeżutki i radosny. Tylko poprzedni dzień nigdy się nie wydarzył.
        Albo opcja przywrócenia backup-u do innego ciała. Pomyślcie o możliwościach. Rano dzwoni budzik. Wstajecie, idziecie do przedpokoju, otwieracie szafę, włączacie Jacka numer dwa, wgrywacie mu poranną kopię i wysyłacie do pracy. Po czym wracacie do łóżka.Czy to nie wspaniała wizja?
        Albo potrzebujecie załatwić sprawę w urzędzie, a ta flądra zza okienka mówi, że się nie da. Wgrywacie się do młodego, 35-letniego ciała z włoskim akcentem, udajecie się ponownie do flądry zza okienka i jedziecie "ciao bella, jesteś tak piękna, że prawie Cię ti amo. Co taka bella kobieta robi w takim miejsce? Pozwól mnie porwać się na dancing, bella. Tylko mam tu jeden taki mały dokumentini, nie chcę sprawiać kłopot. och bella, zrobisz to od ręki? Wspaniale. Wspaniała." po czym z dokumentem odwracacie się do flądrelli i udajecie się do domu.
        Albo wgrywacie się do ciała dobrze zbudowanej blondynki i stajecie przed lustrem… A nie, to miało iść do innego wątku.
        Albo wgrywacie się do komputera połączonego z całym światem. W jednej chwili stają przed waszą cyfrową świadomością nieograniczone niczym innym, tylko wyobraźnią możliwości. Średniowieczny zamek? Pstryk. Polowanie na tyranozaura. Pstryk. Wyprawa do Alfa Centauri? Pstryk. Wszystko. Na jeden pstryk. Powiedzcie, że nie chcielibyście przynajmniej spróbować. Ja bym chciał.

Róbcie backup-y, nie wiadomo kiedy będą potrzebne.

piątek, 30 września 2016

Wieść gminna niesie...

        ...iż blog Jacka umarł. W wersji bardziej radykalnej - umarł sam Jacek i nie ma kto uśmiercić bloga. W szczególności wieści te roznoszone są przez mieszkanki kraju, który od wieków deklaruje neutralność we wszelkich konfliktach. A mnie tutaj nóż w plecy. Ale wspaniałomyślny jestem, wybaczam.

         Cóż Jacek porabiał, jak go nie było? Jacek porabiał wiele rzeczy. Ale głównie był na urlopie. Tak, znowu. Nad morzem. Polskim. Tak, znowu. A że Jacek, jako osoba piasku i wody morskiej unikająca, niewiele miał na plaży do roboty, to robił zdjęcia. Kto ma facebooka to już widział. Kto nie ma to zobaczy. W wersji extended edition. Zapraszamy zatem Państwa na fotoreportaż pod tytułem: “co na plaży robi informatyk?”.

A informatyk na plaży, przypomnę, wygląda tak:

Informatyk na plaży.jpg

         
        Dzień pierwszy. W którym Jacek z kobietami swego życia przybywa na plażę. Oraz odciska na tej plaży ślad swego żywota. Zagadka dla dociekliwych: na poniższym obrazku wskaż, który ślad to ślad jackowego żywota.

Jak stopy na piasku.jpg




        
        Dzień drugi. W którym Jacek dotyka piasku bosą stopą. Oraz poznaje rozkosze/męki (niepotrzebne skreślić) plażingu. I to bladym świtem, bo już o 11:45 zajmował tradycyjną pozycję półleżącą tyłem do słońca. Zadając sobie w myślach pytanie z tytułu: Elektryczne gitary - Co ty tutaj robisz.

Jacek piasek.jpg

Złota myśl: Urlop jest wtedy, gdy nie usuwasz budzika z 5:45 żeby móc wyłączyć go rano i z dziką rozkoszą pójść dalej spać.
Odwiedziny Jacka na plaży polubiło 11733 komary.

Komar.jpg

Wróć. 11732 komary.

Po południu dnia drugiego Jacek, zmęczony wielogodzinnym plażingiem, udał się do miejscowości okolicznej.

Panna Jurata (Judyta).jpg

        W miejscowości okolicznej jedna laska na fontannie udawała rzeźbę trzymającą w dłoni kostkę masła. Zajęcie bardzo popularne w miejscowościach wypoczynkowych i w stolicy na Starówce. Tej trzeba przyznać, że skubana niezła jest. Jacek pół godziny nie mrugnął żeby ją chociaż na mrugnięciu przyłapać i nic. Nawet nie drgnęła.
        Wieczorową porą Jacek odwiedził plażę ponownie, aby upewnić się ze smutkiem, że ona ciągle tam jest. I dziwne tam mają chmury. Czym oni je karmią? Na zdjęciu: odrzutowy słoń.

Odrzutowy słoń.jpg

      
        Dzień trzeci. W którym Jacek podziwia okoliczności przyrody... (A okoliczności przyrody to oni tam mają piękne. I nawet taki malkontent jak Jacek nie może powiedzieć, że nie.)

Jacek podziwia okoliczności przyrody.jpg
Okoliczności przyrody.jpg
Okoliczności przyrody 2.jpg

...oraz bierze teren bezpański w posiadanie.
“Na mocy prawa parawaningu, paragraf 5, punkt 3 - niniejszym biorę tę ziemię w posiadanie.”

Prawo parawaningu.jpg

         
        Dzień czwarty. W którym morze postanawia obmyć szlachetne stopy Jacka.

Stopy w morzu.jpg
 
A złośliwi dodali: “Bałtyk Południowy oficjalnie ogłoszony strefą skażenia biologicznego nieznanego pochodzenia. Na powierzchni dryfują tysiące trucheł morskich stworzeń. Rząd Najświętszej Rzeczypospolitej powołał komisję w celu zbadania sprawy. Niestety gigantyczne uposażenia komisarzy ludowych stały się kroplą, która przegięła pałę goryczy i doprowadziła do zapaści systemu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej.”

Z cyklu: Poranki z modą na plażę.
Doskonała kompozycja wrzosowej (czytaj: jasny fioletowy) barwy gustownego płaszcza przeciwsłonecznego (czytaj: ręcznika) doskonale komponuje się z gradientowym (czytaj: taki kolor co się zmienia) niebieskim kolorem markowych okularów Polarized Prius CE.
Model: Jacek.
Fotograf: JacekPhotography.
Makijaż: własny modela.

Profilowe.jpg

        Komentarz znaleziony w lokalnej gazecie o wielomilionowym nakładzie: “Stylizacja, która wygrała konkurs mody plażowej imponuje świeżością i awangardowością. W połączeniu ze szlachetnym obliczem modela wyznacza nowe trendy. Nadciąga nowa era.”

         
        Dzień piąty. W którym Jacek anonimowo wybrał się na Hel. Nie mylić z Hell, dokąd chętnie wysłałoby Jacka kilka osób.Niestety został rozpoznany przez ludność tubylczą, która to ludność tubylcza z okazji odwiedzin Jacka postanowiła urządzić paradę i festyn. Oraz obdarować go kluczami do miasta. Oraz przez aklamację mianować burmistrzem. Niestety musiałem odmówić, obowiązki plażowe wzywają. Na zdjęciu: jakiś dziwny traktor.

Dziwny traktor.jpg

        Oraz, na specjalne życzenie prezydenta Obamy, wpadliśmy na chwilę z wizytą do tajnego ośrodka szkoleniowego amerykańskich sił specjalnych SEALs. Największe wrażenie zrobił szef tego ośrodka o swojskim pseudonimie Bubas.

SEALs.jpg

         
        Dzień szósty. W którym Jace zażywa relaksu. Co dziwne, na plaży. Gdyż odkrył, iż całkiem niedaleko, całkiem niedrogo mają takie doskonale chroniące przed palącym słońcem Kalifornii... wróć, rozmarzyłem się... przed palącym słońcem Juraty kosze plażowe. W dodatku z dostępem do szlachetnego trunku.

Kosz.jpg

       
        Dzień siódmy. W którym Jacek zarządza koniec plażowania i rusza na podbój oceanów. Drżyj Neptunie. (tu jakiś dramatyczny dżingiel) (albo demoniczny śmiech)

ocean.jpg

        Dzień siódmy późnym wieczorem. Przemyślenia. Jedzie człowiek 450 km żeby uniknąć sąsiada walącego w ścianę, gdy się ów człowiek zagada przy winie ze znajomymi. I co wspomniany człowiek zastaje na miejscu? Sąsiada walącego w ścianę, gdy się ów człowiek zagada przy winie ze znajomymi. Oni jakiś klub mają czy coś?

       
        Dzień ósmy. W którym Jacek po podbiciu oceanu ze skruchą wraca na plażę. Kobieta kazała i spojrzała groźnie. Jest usprawiedliwiony. Plaża niemalże pusta. Z nudów od niechcenia buduje budowlę, którą miejscowa ludność za jakiś czas uzna za cud architektury oraz miejsce święte.

14124900_655733991245117_7770254097182595793_o.jpg

        Jak w każdej starożytnej budowli, tak i w tej kryje się zagadka. Co roku, 28 sierpnia, o godzinie 17:33 na murach po zacienionej stronie ukazuje się inskrypcja następującej treści:

        "Niestrudzony wędrowcze, choć miejsce to wydaje Ci się spokojne i bezpieczne, nie odkładaj swego telefonu ani na chwilę. Wciąż krążą tu bowiem duchy nieszczęśników, którzy nie wykazali się odpowiednią dozą przenikliwości. Albowiem skoro tu wkroczyłeś zagadkę rozwiązać musisz. Nic bzdurnego w stylu 'co rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?'. Nie, do rozwiązania mojej zagadki nie trzeba używać koszmarnych i mocno naciąganych metafor. Wystarczy elementarna znajomość fizyki oraz zdrowy rozsądek. Zastanów się dobrze wędrowcze, albowiem prawidłowa odpowiedź zapewni Ci wdzięczność smoka, a po udzieleniu odpowiedzi błędnej zostaniesz pożarty przez księżniczkę. Czy jesteś gotów, wędrowcze? To pytanie kurtuazyjne, gdyż wyjścia stąd są tylko dwa: albo na grzbiecie smoka albo przez żołądek królewny.

Zagadka zatem:
Widzisz przed sobą, wędrowcze, trzy wieże. Wieże te, jak widzisz, pozbawione są okien. W jednej mieszka smok. W drugiej księżniczka. I widzisz, wędrowcze, przed sobą trzy przyciski. Jeden włącza żarówki u smoka, drugi u księżniczki. Zadaniem Twoim jest odgadnąć, który przycisk włącza żarówki w środkowej wieży. Bardzo ładne żarówki. Będzie Ci potem dane wejść, dotknąć i podziwiać kunszt starożytnych mistrzów. A potem, w zależności od Twojej odpowiedzi, spotkasz się że smokiem lub z księżniczką. Przy czym to drugie spotkanie będzie raczej krótkie. Możesz używać przycisków do woli, gdy jednak otworzysz drzwi do środkowej wieży i zajrzyj do środka, musisz udzielić odpowiedzi. Jaka zatem jest Twoja odpowiedź, wędrowcze?
"

        
        Dzień ostatni. W którym Jacek porzuca zatęchłe, nadmorskie powietrze i wraca w znajome warszawskie strony. Po zamku, rozdeptanym przez tubylców podczas składania darów, pozostały tylko mokre zgliszcza.

14195458_656190824532767_6019461305423822507_o.jpg
 
“Przybyliśmy, zwyciężyliśmy, morze pokonało nasz zamek” - pomyślał skromnie, odwrócił się i powoli ruszył w kierunku zachodzącego słońca. Nie odwrócił się, nie spojrzał po raz ostatni. Chłopaki nie płaczą.

----------------------------------
Ha! Zdążyłem we wrześniu!