poniedziałek, 22 października 2012

Jak przeżyć bez kobiety - część 1

        Szanowni Państwo. Szanowni koledzy właściwie gdyż albowiem nie spodziewam się kobiet na kursie pod nic nie mówiącym tytułem "Jak nie słuchałeś jak przeżyć z kobietą to posłuchaj jak przeżyć bez kobiety". A nasi prelegenci mówili coby robić notatki, prosili o wykonywanie ćwiczeń praktycznych. Ale cóż, nie chciało się. Witam zatem panów ponownie.
        Dzisiejszym mówcą jest wybitny znawca problemów przedmałżeńskich, małżeńskich i pozamałżeńskich, siedmiokrotnie żonaty i siedmiokrotnie rozwiedziony, doktor habilitowany mizoginii stosowanej paaaan, oklaaaaski, Jaaaan dwojga imion Maria Siermiężny, brawo!

        Szanowni Koledzy. Życie z kobietą mogło wydawać się trudne. Nie, nie "wydawać się", nazwijmy to zgodnie z prawdą - no łatwe to to nie było. Niemniej, jak przekonamy się po ukończeniu cyklu kursów “Jak przeżyć bez kobiety”, prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się gdy bez kobiety zostajemy sami w domu. Dzisiaj temat pierwszy, czyli : "Skąd się biorą czyste ubrania?". Zapewniam panów od razu, że pierwsza i wydawać by się mogło oczywista odpowiedź: "z szafy" nie jest odpowiedzią prawidłową. Panowie, proszę o ciszę, tak wiem, czyste ubrania zawsze były w szafie, podobnie jak woda w kranie i prąd w gniazdkach. Niemniej, zadaniem moim dzisiaj jest uświadomić wam, że w odróżnieniu od wody i prądu czyste ubrania nie pojawiają się w szafie ot tak. Otwarcie szafy nie jest czynnością analogiczną do włożenia wtyczki do gniazdka czy odkręcenia kurka. Szok pierwszy: aby czyste ubrania pojawiły się w szafie ktoś musi je tam włożyć. Rozumiem zdziwione miny. 20 lat wygniecione ubrania zostawione na krześle, albo na podłodze, tudzież w łazience rano w magiczny sposób czyste były w szafie. Któż z nas zastanawiał się jak tam trafiły? A któż z nas zastanawia się nad rzeczami oczywistymi? Rzeczy oczywiste po prostu są i prawdziwy mężczyzna nie traci swej drogocennej energii na ich rozważanie. Szok drugi: czyste ubrania trafiały do szafy za sprawą waszych kobiet. Tak, wiem, to nieprawdopodobne aby stworzenie, które od rana do wieczora chodzi i złorzeczy "mam okres, spadaj", "zaraz będę miała okres, spadaj", ewentualnie "właśnie miałam okres, spadaj" mogło być sprawcą tak cudownej i magicznej rzeczy jak czyste ubrania w szafie. Niemniej, jeśli chwilę się nad tym zastanowić, wyeliminować metodą Ockhama przyczyny nieprawdopodobne (krasnoludki, dobre wróżki, zaklęcia, jednorożce i yeti) to jedyną prawdopodobną przyczyną pozostają kobiety. Słucham? Nie proszę pana, krasnoludki naprawdę nie istnieją. Nie wiem komu pan zostawiał mleko i suchary ale nie istnieją.

        Ale zaraz, chwila, zawołają co bystrzejsi. Rozumiemy jak trafiły do szafy, ale w jaki sposób stały się czyste, ha?!? Otóż, szanowni moi nieszczęśni, nieprzystosowani do życia koledzy, to ciągle nie wróżki i krasnoludki. Brudne ubrania, szok trzeci, się pierze. Słucham pana z drugiego rzędu? Nie, proszę pana, nie "się piorą" tylko "się pierze". Użycie tej formy czasownika prać implikuje konieczność istnienia podmiotu piorącego. U niektórych panów widzę przebłyski zrozumienia połączone z przerażeniem. Słusznie, albowiem - szok czwarty - podmiotem piorącym będziecie wy, szanowni koledzy, w swoich własnych, skromnych osobach. Aby nie przeciążyć waszych umysłów zbyt dużą liczbą wiedzy na raz obsługę pralki omówimy sobie na jednych z kolejnych zajęć. Na razie załóżmy, że z sukcesem udało nam się wyprać ubrania.

        Stajemy się posiadaczami sporej liczby czystych ubrań. Ubrań, które choć niewątpliwie czyste w niczym nie przypominają tych, które wyjmujemy z szafy. Koszula, normalnie gładka i ładnie złożona, wydaje się teraz jakby stoczyła zaciekłą (i przegraną) walkę ze stadem nosorożców. W jaki magiczny sposób rzeczona koszula zamienia się w to gładkie cudo? Szok piąty: prasowanie, żelazko. Obsługą żelazka oraz 17-oma najpopularniejszymi sposobami prasowania koszuli zajmiemy się w przyszłości.


        Pozwolą panowie na krótkie podsumowanie. Cykl życiowy ubrań wydaje się prosty. Brudne - wyprać - wyprasować - czyste - do szafy - z szafy - brudne. Pozorna ta prostota niejednego nieostrożnego doprowadziła na skraj rozpaczy i szaleństwa, doprowadziła do upodlenia do stanu, w którym gotów był poprosić o pomoc własną matkę. Kurs ten pomoże panom nigdy w takim stanie się nie znaleźć. Pozwoli korzystać wam z takim trudem odzyskanej wolności w sposób jaki na to zasługujemy, czyli nieskrępowany nakazami i zakazami narzuconymi nam przez kobiety i bez oglądania się na ich nic nie znaczące potrzeby. Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu.

wtorek, 16 października 2012

Oda do radości

        Ogłaszam niniejszym prawo. I obowiązek. Sam wymyśliłem, nikogo nie dyskryminuje (przynajmniej o ile mi wiadomo, skargi i wnioski przyjmuję w poniedziałek w godzinach 2:45 - 2:46 (druga, nie czternasta, żeby było jasne)).

Obwieszczenie.

        "Każda świadoma i inteligentna istota, niezależnie od planety i czasu pochodzenia, niezależnie od budowy organizmu lub też jego ekwiwalentu lub też braku odpowiednika organizmu, niezależnie od wyznawanej wiary w bóstwa istniejące, nieistniejące, istniejące kiedyś lub zaistniejące w przyszłości lub też niewiary we wspomniane wcześniej bóstwa lub też kompletnej obojętności w sprawie istnienia lub nieistnienia wspomnianych bóstw, niezależnie od rozmiaru w dowolnej zajmowanej przez tą istotę liczbie wymiarów, niezależnie od koloru, zapachu, smaku czy innych cech dających się odczuć dowolnym z istniejących lub potencjalnie istniejących lub przynajmniej niewykluczonych zmysłów, niezależnie od preferencji seksualnych lub nieposiadania żadnych preferencji w tej dziedzinie lub też w ogóle nierozumienia o co chodzi z tym całym seksem, niezależnie od używanego języka, czy to mówionego, czy to gwizdanego, piskanego, śpiewanego, zapachowego, kolorowego, migowego, telepatycznego lub innych potencjalnie istniejących lub przynajmniej niewykluczonych, niezależnie od rodzaju diety, trybu życia, liczby przyjaciół lub członków rodziny tudzież ich ekwiwalentu w lokalnej kulturze, każda taka świadoma i inteligentna istota posiada niezbywalne prawo przynajmniej przez jeden obrót planety, z której istota pochodzi lub którą aktualnie zamieszkuje wokół własnej osi być smutną lub odczuwać ekwiwalentne uczucie i nikt, ze szczególnym uwzględnieniem Hermiony (człowiek, płeć żeńska, wiek - 18 obiegów planety wokół gwiazdy centralnej, trzecia planeta od niczym niewyróżniającej się pojedynczej gwiazdy w peryferyjnym układzie słonecznym peryferyjnej galaktyki spiralnej przy jednej z peryferyjnych międzygalaktycznych autostrad 17-ej kategorii odmeteorowywania), nie może takiej istoty nazywać smutnym burakiem ze wsi."

Obwieszczenie wchodzi w życie z dniem narodzin tego wszechświata i obowiązuje do samego końca.


        Tako rzeczę Ja. Wbrew temu co się może wydawać nie straciłem wiary w ludzi i nadziei na lepszą przyszłość. Po prostu czasem się załamuję jak oglądam wiadomości (stąd tekst o marnym morale ludzkości, stąd też prawie już nie oglądam i nie czytam wiadomości), a czasem bywam smutniejszy niż powinienem (bo minął rok, na upływ czasu niewielki mam niestety wpływ). Na szczęście rzadko. W samym byciu smutnym nie ma niczego złego. Smutek pozwala pogodzić się ze stratą czegoś co było ważne i rozpocząć życie na nowo. Problem pojawia się gdy ten smutek zaczyna rządzić naszym życiem. Gdy przeżywanie przeszłości staje się ważniejsze od tworzenia przyszłości. Gdy ciąży nam jak kula u nogi i nie pozwala pójść dalej.
        Mój taki nie jest. Nie trzyma mnie w miejscu, nie utrudnia życia, nie zamyka w domu przy szklance whisky i albumie ze zdjęciami. Nie, mój po prostu jest. A raczej bywa. Trudno żeby nie bywał, w końcu zamknąłem prawie 20 lat życia i nie ma co udawać, że to było radosne wydarzenie. Bywa więc, wypiję z nim czasem wino, pogadamy o starych czasach, potem ja idę do pracy, którą lubię i w której tak naprawdę dobrze się bawię, a on sobie idzie. Gdzieś, nie wiem gdzie, nie pytałem.


        A oglądaliście skok Felixa? Wiecie dlaczego uwielbiam i podziwiam takich ludzi? Bo w nich jest przyszłość. Była w Kolumbie i Magellanie. Była w Amelii Earhart, w Edmundzie Hillarym, w sir Livingstonie, w Chucku Jaegerze. Była w każdym człowieku, który wyruszał w nieznane, który wyruszał szybciej, dalej, wyżej. Ktoś kiedyś wymyśli sposób na podróżowanie szybciej niż światło - jestem o tym przekonany - i będziemy potrzebować kogoś kto wsiądzie do prototypu i poleci nie wiedząc dokąd. I wsiądzie. I poleci. A za nim polecimy MY.


        No i nie można nie wspomnieć o kolejnej, 15-ej chyba już próbie pokonania Anglików w piłkę nożną. A w Warszawie leje. Stadion Narodowy powinno się zbudować nie w centrum tylko gdzieś poza miastem. Szybka kolej i transport zapewniony. Kibice po meczu biliby się na polu a nie między samochodami. No i po powrocie pieszo do miasta nie mieliby już siły na demolki tylko szli grzecznie spać. Czyż to nie cudowny pomysł? Może opatentować zanim Apple to zrobi?

niedziela, 30 września 2012

Robinsonowie

        Robinson Crusoe gdy było mu źle i ciężko robił podsumowanie. Po lewej stronie minusy, całe mnóstwo minusów z samotnego życia na bezludnej wyspie.
        Po prawej plus. Jeden. "Ale jednak żyję".

        Niedawno minął rok gdy mieszkam sam. Gdy jest mi ciężko i źle robię podsumowanie. Po lewej stronie minusy. Mnóstwo minusów. Mieszkam sam. Zasypiam sam. Budzę się sam. Sam oglądam film i sam jem popcorn. Nie komentuję filmu bo nikt nie ma innego zdania niż ja. Robię herbatę dla jednej osoby. Zamawiam najmniejszy zestaw sushi. Nie zamawiam pizzy, nie opłaca się. Wychodzę do pracy z pustego mieszkania i do pustego wracam. Kupuję książki, za dużo książek. Nie chce mi się jechać na urlop. Nie lubię jeździć sam. Syna widzę w małym okienku skypowej kamerki. Mogę być z jego osiągnięć dumny tylko na odległość. Sam. Radość nie dzielona z nikim to żadna radość. Nie lubię być sam.
        Po prawej plus. Jeden. "Ale jednak żyję".

czwartek, 30 sierpnia 2012

O ludziach


        To doprawdy karygodne. Jak tak można znikać na cały miesiąc bez słowa. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Może oprócz tego, że mi się nie chciało.

        Parafrazując słowa znanej piosenki o komarach i muchach (dla niewtajemniczonych: tutaj) mógłbym zaśpiewać, gdybym oczywiście śpiewał, bo śpiewacy pozbawieni kompletnie talentu stanowili na polu namiotowym klęskę nie mniejszą niż wspomniane już komary i muchy, mógłbym zatem zaśpiewać ale nie zaśpiewam piosenkę zaczynającą się od słów:

Będąc młodym* jeszcze pewnie zakładałem,
że ludzie to jednak z natury dobre stworzenia są**.
I tylko czasem przydarzają im się złe okoliczności.***

* Dodanie, że byłem również piękny i inteligentny, które to cechy wcale nie przełożyły się na powodzenie u płci przeciwnej, zakłóciłoby subtelną harmonię tego trójwiersza.
** Tak, widzę, że się nie rymuje. I co?
*** Aż mi prawie haiku wyszło.

        Potem opuściłem przedszkole i zacząłem zauważać barwy inne niż różowa. I już nigdy nie będzie takiego lata, nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna, nigdy papieros nie będzie tak smaczny a wódka taka zimna i pożywna, nigdy nie będzie tak ślicznych dziewczyn... (dla zainteresowanych: tutaj, polecam, Boguś śpiewa). Tak, moi mili, podstawówka i liceum nauczyły mnie, że nie ma czegoś takiego jak dobra ludzkość i zła ludzkość. Złamanych serc nie zliczę, fałszywych kolegów też nie, o fałszywych dziewczynach nie wspominając.

        Ciągle jednak w naiwności swej nie dopuszczałem myśli, że można być złym bezinteresownie, że może istnieć zło czyste, wcielone, nieskrępowane. Długo i uparcie, wbrew znakom na niebie i ziemi, tkwiłem w tym naiwnym przekonaniu. Poddaję się. Dłużej tak nie można. Czas się przyznać do porażki, czas przyznać, że ludzie nie są z natury dobrzy. Nie są nawet neutralni. Czas przyznać, że ludzie z natury są źli. Do szpiku kości, od czubka głowy do koniuszka małego palca u nogi, od poranku do zmroku i od zmroku do poranka. Zawsze i wszędzie. Potrzebujecie dowodów? Włączcie Onet, Gazetę, TVP, TVN, cokolwiek. Zobaczcie co się dzieje nawet w tzw cywilizowanych krajach gdy ludzie przez chwilę nie czują policyjnego bata nad głową. Londyn, zamieszki w centrum miasta, rabowanie sklepów, podpalanie samochodów, napady. Paryż, co kilka lat zamieszki w peryferyjnych dzielnicach. Warszawa, mistrzostwa Europy, wybryki stada dzikusów. Nie wspominając o krajach dzikich. Ukamieniowania przez tłum zanim policja zdąży przyjechać. Kobieta-terrorystka opowiadająca w telewizji jak cieszyła się gdy docierały informacje o wzrastającej liczbie ofiar podłożonej przez nią bomby. Nienawiść w najczystszej postaci. Nienawiść do zupełnie obcych ludzi tylko z powodu tego, że mieli nieszczęście urodzić się kilka kilometrów dalej, w innym kraju, w innym ustroju, w innej religii.
        Daleko szukać nie trzeba. Kojarzycie babkę, która na Youtube miała kanał, który nazwała katolickim głosem w internecie? Ilość jadu, jaka na nią spłynęła przeraziła chyba autorów tego eksperymentu. Bo to eksperyment był socjologiczny. A ona przecież robiła tylko to co wolno jej w wolnym kraju - wyrażała swoje poglądy. A internauci ją zjedli żywcem. Razem z butami, moherowym beretem, ze stołem, na którym stał jej komputer. Internauci, młodzież, przyszłość tego narodu, w osiemdziesięciu kilku procentach katolicka rzygnęli na nią taką ilością “miłości”, że chyba dobrze, że ktoś się połapał, że to podpucha bo by ją jeszcze znaleźli i naprawdę zrobili krzywdę.

        Jesteśmy źli z natury, trzeba to przyznać, bo tylko wtedy będzie można coś z tym zrobić. Tylko groźba nieuchronnej kary powstrzymuje nas od okrucieństwa. Ale dajcie nam wolną rękę i drżyjcie narody. Znacie eksperyment więzienny dra Zimbardo? Kilkudziesięciu losowo wybranych studentów, zdrowych na ciele i umyśle, podzielił na dwie grupy - strażników i więźniów. Zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment trzeba było przerwać po tygodniu, bo sadyzm strażników groził, że dojdzie do prawdziwej tragedii. Wystarczył tydzień świadomości posiadania nieograniczonej władzy nad innymi ludźmi aby przeciętni studenci zamienili się w sadystów. A oni wiedzieli, że to eksperymet, że są obserwowani, że za dwa tygodnie to się skończy i więźniowie i strażnicy razem pójdą do szkoły. To spróbujcie sobie teraz wyobrazić co się dzieje gdy to nie jest eksperyment.
        Albo eksperyment dra Milgrama badający nasze posłuszeństwo wobec autorytetów. Badani sądzili, że aplikują jakiejś osobie wstrząsy elektryczne począwszy od 15V aż do 450V (co jest ponoć dawką śmiertelną). Mniejsza o szczegóły, kto chce to sobie znajdzie. Milgram sądził, że co najwyżej 0,1% badanych zaaplikuje maksymalną dawkę. Jakżesz się pomylił. Badani sądzili, że słyszą krzyki ofiary, ale przez eksperymentatorów byli namawiani (nienachalnie, tak wyglądało na filmie) do zwiększania dawki, bo ofiara źle rozwiązywała test. Waszym zdaniem ile procent osób doszło do maksymalnej (przypominam: śmiertelnej) dawki? Bo Milgram był w szoku. Ponad 50% badanych doszło do konca skali. Co drugi zabiłby niewinną osobę tylko dlatego, że eksperymentator zachęcał do kontunuacji.

        Jesteśmy z natury źli i głupi. Potrzebujemy nad sobą bata, potrzebujemy widzieć, że jest ktoś kto za złe uczynki nas ukaże. I nie hipotetyczny Bóg. Tak naprawdę niewielu z nas wierzy, że po śmierci nasza hipotetyczna dusza zostanie rozliczona. Nie, potrzebujemy bata tutaj, na ziemi, natychmiast. Z jakim rozrzewnieniem Polacy wspominają RP numer II, Piłsudskiego. A przecież facet, nie ujmując mu innych zasług, doprowadził do wojny domowej, obalił legalny rząd, stworzył obóz koncentracyjny, do którego wysyłał ludzi bez wyroku sądowego, uważał posłów za osłów i powiedział, że “Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”. A mimo to wielkim bohaterem jest. Dlaczego? Nie znajduję wytłumaczenia innego niż to, że trzymał Polaków za pysk.

        Jesteśmy z natury źli i głupi. Jesteśmy gatunkiem, który mieni się inteligentnym, a który eksterminuje się hurtowo. Jesteśmy gatunkiem, który mieni się humanitarnym a wymyślił bombę atomową, gazy bojowe, obozy koncentracyjne (w sumie bomba atomowa w tym zestawieniu wydaje się najbardziej humanitarna). Niszczymy siebie, swoje środowisko, swoją planetę. Dlaczego do wojny atomowej nie doszło? Bo obie strony wiedziały, że tego nie przetrwają. Gdyby nie równowaga sił dziś w miejscu Moskwy albo Waszyngtonu ziałyby radioaktywne dziury. Jeśli we wszechświecie istnieją inne inteligentne istoty (a biorąc pod uwagę wielkość wszechświata nie mam wątpliwości, że istnieją) to na ich mapach Ziemia oznaczona jest jako strefa zakazana.

        Dlaczego furorę w internecie robią zdjęcia pokazujące proste, dobre rzeczy? Człowieka oddającego buty bezdomnemu, dwójkę chłopców wyciągających owieczkę z kanału, dziewczynę pomagającą zmęczonej koleżance minąć linię mety, strażaka ratującego kota z płonącego domu, bezdomnego oddającego znalezione 50 000? Dlaczego trudno nam powstrzymać łzy oglądając te głupie, proste, nie wymagające milionowych nakładów, dobre uczynki? Bo w środowisku, które sami sobie stworzyliśmy, wrogim, czekającym tylko by wbić nam nóż w plecy potrzeba nam takich obrazków jak przysłowiowej kani przysłowiowego dżdżu. Potrzebujemy świadomości, że można być bezinteresownie dobry, bez znaczenia czy patrzą na nas dziesiątki kamer czy nikt nie widzi. Potrzebujemy nadziei. Dobrzy ludzie, przytłoczeni przez wszechogarniające zło potrzebują nadziei, potrzebują wiary, że dobro istnieje jednak. Bo istnieje. U Zimbardo było kilku strażników, którzy nie byli bezmyślnie okrutni, wręcz pomagali więźniom. Ale zło dominowało, bo dobro bało się reagować. U Milgrama byli badani, którzy przerwali test gdy słyszeli, że ofiara cierpi. Można? Można. Więc dlaczego to takie trudne?

I tym optymistycznym akcentem dobranoc Państwu.

środa, 11 lipca 2012

Zażółć gęślą jaźń.

        Jest głupi przepis, który mówi, że pracownik - czy mu się to podoba czy nie - musi część swojego urlopu wykorzystać w postaci dwóch tygodni bez przerwy. Przepis ten, uchwalony przez posłów rzekomo dla dobra pracowników, niewygodny jest, głupi i utrudnia mi efektywne zarządzanie moim czasem na wypoczynek. Po tygodniu wymuszonego wypoczynku albowiem zmęczony jestem jak po tygodniu katorżniczej pracy. Nie żebym wiedział co to katorżnicza praca, co to to nie, nie po to się tyle lat uczyłem żeby teraz katorżniczo pracować. Ale jakieś tam wyobrażenie o katorżniczej pracy mam. Zmęczony jestem więc. A powiedzieć muszę, że wypoczynek preferuję aktywny. Czyli np poleżeć w cieniu z książką, poleżeć w cieniu na leżaku obserwując mewki mewy, posiedzieć w cienie ze szklanką chłodnego piwa napoju. A i tak po tygodniu umieram ze zmęczenia. Jak w takich warunkach żyć, Panie Premierze, jak żyć?

        Idę zatem na urlop. Co bardziej uważni uważnie zauważyli, że mi się nowy gadżet pojawił. Dziurawy Worek otóż, idąc z czasem, z postępem, z osiągnięciami dorobił się konta na Twitterze. I teraz Jacek siedzi sobie na plaży w cieniu i może do Was napisać “Siedzę sobie na plaży w cieniu”. Czyż to nie ekscytujące?