Wszystkiego najlepszego drogie Panie. Dziewczyny, kobiety, żony, małżonki, kochanki, singielki, matki córki, babcie i wnuczki. Brunetki, blondynki, rude i łyse. Wysokie, niskie, szczupłe i niekoniecznie. Wszystkim Wam (i wszystkim, które ewentualnie mogłem pominąć) dużo słońca dzisiaj
życzy Jacek, męski szowinista, wielbiciel feministek i kobiet wyzwolonych, dumny posiadacz czarnych okularów.
Pominąłem kogoś?
A propos, Intimissimi wymieniło plakat. Teraz niczego sobie pani reklamuje stanik super push-up. Sprawdziłem w internecie co to jest i jak Wam nie wstyd? Tak bezczelnie oszukiwać płeć niepiękną. Toż brak mi słów żeby wyrazić swoją dezaprobatę dla tak niecnego oszukiwania naszego zmysłu wzroku. To przecież zupełnie tak jakbyśmy my... jakbyśmy... dobra, nie mam dobrego porównania. Ale to wciąż Was nie usprawiedliwia. Już nie wystarcza zwykły push-up trochę tylko naciągający rzeczywistość? Trzeba sobie zafundować super push-up, kreujący science-fiction? Oj nie ładnie, dziewczyny, nieładnie. Ranicie mnie.
"Nigdy nie jest za późno żeby zacząć marnować sobie życie" Piękne, nie? Z drugiej strony: dzisiaj jest pierwszy dzień reszty Twojego życia.
wtorek, 8 marca 2011
poniedziałek, 28 lutego 2011
Czas
Na początek gratulacje dla Scovrona. Informacja dla tych, którzy jeszcze nie widzą - Scovron urodził dorodnego syna. Wprawdzie ponoć jego żona też miała w tym jakiś swój udział, ale nie wierzmy plotkom. Gratulacje zatem dla Scovrona z okazji takiego syna. I gratulacje dla Franka z okazji takiego ojca.
A teraz czas się przestać nad sobą użalać chyba, co? Pamiętacie podstawówkę? Ci z liceum wydawali się wtedy tacy starzy. Pamiętacie liceum? Studenci to byli dla nas staruszkowie. Potem studia. 40-latkowie to byli poważni, starzy ludzie.
A dzisiaj? Dzisiaj mam 40 lat i wcale nie jestem poważnym, starym człowiekiem. "W sercu ciągle maj" - jak śpiewali starsi panowie dwaj. I tego się trzymał będę. A propos - nie potrzebuje ktoś jednego gracza do piłki nożnej? Pograłoby się czasem wieczorem.
I otóż przeczytałem jeszcze w uczonym piśmie "Charaktery", że udawanie jest cechą ludzką. "Wszyscy kłamią" można by powiedzieć i nie skłamać. Polega to na tym, że on udaje, ja wiem, że on udaje, ale obaj udajemy, że nie wiemy, że udajemy. Czad, nie? Okazuje się, że udawanie jest społecznie korzystne. Opłaca się wszystkim udawać niż po prostu walić prawdę w oczy. Jest w tym jakiś sens, jeśli się zastanowić. W końcu gdy kobieta pyta czy do twarzy jej w tej sukience oczekuje potwierdzenia czyli odpowiedzi, że prześlicznie. Przecież gdyby sama wiedziała, że wygląda fatalnie to by jej nie założyła. Jeśli założyła, to znaczy, że jej się podoba, po cóż więc psuć jej zabawę bezlitosną prawdą? Zwłaszcza, że tak naprawdę to przecież tylko i wyłącznie kwestia jak najbardziej subiektywnego gustu. Albo to: powiedzieć koleżance, że mąż ją zdradza? Czy może udawać, że o niczym się nie wie? Najpopularniejsza odpowiedź: sama jej nie powiem, ale zmuszę jej męża do przyznania się. Osobiście widzę tylko jedną różnicę - w tej drugiej sytuacji przyjaciółka poleci wtulić się w Wasze ramiona. W tej pierwszej zapewne na Was spadnie wina, przynajmniej dopóki nie opadną emocje. Dla przyjaciółki efekt będzie ten sam - zapewne rozstanie. Ergo: kierowałby Wami zwykły egoizm: powiem sama, pewnie będę winna, zmuszę męża - na pewno winny będzie on. Sprytny mąż kazałaby Wam spadać na drzewo. A Wy przed wypłakującą się przy Was przyjaciółką będziecie udawać, że o niczym nie wiedziałyście.
Udajemy wszyscy. Udajemy żeby nie zrobić komuś przykrości, udajemy, bo tego oczekuje od nas szef, żona, kochanka, teściowa, dzieci, kumple, Urząd Skarbowy, pies. Udajemy na rozmowie kwalifikacyjnej, udajemy na pierwszej randce, udajemy na ostatniej randce. Doświadczenie uczy (a przynajmniej mnie nauczyło), że o ile warto udawać na rozmowie kwalifikacyjnej, bo na drugą rozmowę możemy nie mieć szansy a wrażenie pierwsze chcemy sprawić dobre o tyle udawanie na pierwszej (kolejnych zresztą też) randce raczej nie wyjdzie na dobre. Tak, wiem, pierwsze wrażenie. Zaprawdę powiadam Wam - pierwsze wrażenie jest przereklamowane. Używajcie go gdy od pierwszego wrażenia wszystko zależy, jak np na rozmowie kwalifikacyjnej. Z umiarem nawet tu! Ale jeśli chodzi o kontakty z żywymi ludźmi, nawet jeśli siedzą tysiące kilometrów od Was, po drugiej stronie internetu, najlepsze pierwsze wrażenie zrobicie pozostając sobą. Mam taką swoją prywatną zasadę (właściwie za chwilę przestanie być prywatna), że poznając nowych ludzi nie staram się zrobić najlepszego pierwszego wrażenia. Znaczy, nie zawalam specjalnie, ale nie zakładam od razu najlepszego (jedynego) garnituru. Wydaje się to logiczne. Jeśli na pierwszym spotkaniu ustawicie poprzeczkę na wysokości rekordu świata, to potem może być tylko gorzej. Ale ustawcie poprzeczkę gdzieś w połowie wysokości - może być i lepiej i gorzej, zależy tylko od Was. Przy następnych spotkaniach ktoś dojdzie do wniosku, że "ten Jacek to jednak nie taki buc i prostak na jakiego wyglądał". Udawajcie, bo tak jest lepiej dla wszystkich, ale z umiarem.
Wiecie dlaczego tak irytujące jest gdy ktoś przy Was rozmawia głośno przez komórkę? Że głośno? Że o prywatnych sprawach? Nie. To dlatego, że nie słyszycie drugiej części rozmowy. Poważnie. Mózg nasz, genialne z jednej strony narzędzie, niesamowicie łatwe do zmanipulowania z drugiej, ma tendencje do uzupełniania. Robi to na co dzień i całkiem nieźle mu idzie. Z tego, że na środku naszego pola widzenia powinna być szara plama niewielu z nas zdaje sobie sprawę, bo nasz mózg maskuje niedostatki oka podsuwając nam to co wg niego powinno tam być. Mózg otóż w przypadku słyszenia tylko jednej części rozmowy próbuje domyślić się drugiej. I tak go to zajmuje, że trudno się nam skupić na czymś co chcielibyśmy robić świadomie. Zauważcie, że nie ma tego problemu gdy słuchamy rozmowy dwóch stojących obok nas osób, nawet gdy rozmawiają za głośno.
I jeśli zima się zaraz nie skończy to ogłoszę zimową depresję, odmówię przyjmowania napojów alkoholowych, co spowoduje uszczuplenie wpływów do budżetu, co spowoduje kryzys. Nie ma to jak megalomania. Ale powiedzcie - nie macie dość? Żeby ten śnieg był chociaż jakiś kolorowy. Wstaje człowiek rano i leci sprawdzić co tam dzisiaj napadało. A tam czerwone szaleństwo. Kolejny dzień - zielona niespodzianka. Potem - pomarańczowe rytmy. A w niedzielę miks kolorów. Fajne może te płatki śniegu jeśli chodzi o konstrukcję, ale jeśli chodzi o kolory to natura wykazała się żenującym brakiem wyobraźni. Podobnie jak w przypadku liczby nóg. Wiecie jak cholernie trudno utrzymać równowagę na dwóch nogach gdy człowiek wraca z imprezy, po której śnieg ma wszystkie wspomniane kolory na raz? 3 byłoby idealnie. Przez 3 punkty w przestrzeni zawsze da się poprowadzić płaszczyznę. Czyli jak bym nie stanął to chwiał się nie będę. 4 byłoby za dużo. Choć łatwiej byłoby kupować buty. 2 pary i z głowy, dwa lewe dwa prawe. A dla trzech nóg? Ta trzecia jest lewa czy prawa? Z drugiej jednak strony każdy kto po imprezie próbował zapanować nad dwoma nogami...
Fizycy to dziwny naród jest. Jakkolwiek absurdalny pomysł na wszechświat wymyślicie oni Wam wyliczą prawdopodobieństwo jego istnienia. Ostatnio modny jest multiwszechświat. Że niby gdzieś tam istnieje wszechświat, w którym mam jednak trzy nogi i jestem z nich zadowolony. Naprawdę to całkiem poważna teoria naukowa. Pociąga to za sobą nieuchronną możliwość, że w tej nieskończonej ilości wszechświatów są takie, w których inteligencja rozwinęła się na tyle wysoko, że pozwala tworzyć wszechświaty symulowane. Co pociąga za sobą nieuchronną możliwość, że sami żyjemy w symulacji. Naukowcy nie byliby sobą gdyby nie spróbowali poszukać na to jakiegoś dowodu. I co wymyślili. Otóż symulacje komputerowe mają to do siebie, że czasem trzeba w nich poprawić jakieś parametry. Nieocenieni naukowcy poszukali więc jakichś zmian w powszechnie znanych stałych. I żeby było zabawnie znaleźli potwierdzenie, że niektóre z nich zmieniały się na przestrzeni lat. Bardzo wielu lat, ale się zmieniały. Ba, okazuje się, że te stałe być może wcale nie są takie stałe, bo obserwacje odległych galaktyk wskazują, że tam mogą być inne. Czyli znane nam prawa fizyki mogą być prawdziwe tylko lokalnie. Ale wracając do symulacji... Symulacje dość zaawansowane mogą same być zdolne do generowania symulacji w symulacji. A ponieważ wszechświatów jest nieskończenie wiele również poziomów symulacji może być nieskończenie wiele. Czy nie macie czasem wrażenia, że ktoś Was obserwuje? To swędzenie na karku to może być znak, że ktoś właśnie sprawdza parametry swojego awatara (Was!) w symulacji. A nieuzasadnione niczym poczucie radości lub smutku? Czymże jest to innym niż zmianą parametrów symulacji? A nieprawdopodobne szczęście jednej osoby i nieprawdopodobny pech innej - czy to nie różne scenariusze symulacji? Sprawdzenie jak obiekty kontrolne reagują na różne warunki? I jak się czujecie dzisiaj moje małe awatarki?
PS. Dlaczego "małżonka" brzmi jakoś tak dostojniej niż po prostu "żona"?
A teraz czas się przestać nad sobą użalać chyba, co? Pamiętacie podstawówkę? Ci z liceum wydawali się wtedy tacy starzy. Pamiętacie liceum? Studenci to byli dla nas staruszkowie. Potem studia. 40-latkowie to byli poważni, starzy ludzie.
A dzisiaj? Dzisiaj mam 40 lat i wcale nie jestem poważnym, starym człowiekiem. "W sercu ciągle maj" - jak śpiewali starsi panowie dwaj. I tego się trzymał będę. A propos - nie potrzebuje ktoś jednego gracza do piłki nożnej? Pograłoby się czasem wieczorem.
I otóż przeczytałem jeszcze w uczonym piśmie "Charaktery", że udawanie jest cechą ludzką. "Wszyscy kłamią" można by powiedzieć i nie skłamać. Polega to na tym, że on udaje, ja wiem, że on udaje, ale obaj udajemy, że nie wiemy, że udajemy. Czad, nie? Okazuje się, że udawanie jest społecznie korzystne. Opłaca się wszystkim udawać niż po prostu walić prawdę w oczy. Jest w tym jakiś sens, jeśli się zastanowić. W końcu gdy kobieta pyta czy do twarzy jej w tej sukience oczekuje potwierdzenia czyli odpowiedzi, że prześlicznie. Przecież gdyby sama wiedziała, że wygląda fatalnie to by jej nie założyła. Jeśli założyła, to znaczy, że jej się podoba, po cóż więc psuć jej zabawę bezlitosną prawdą? Zwłaszcza, że tak naprawdę to przecież tylko i wyłącznie kwestia jak najbardziej subiektywnego gustu. Albo to: powiedzieć koleżance, że mąż ją zdradza? Czy może udawać, że o niczym się nie wie? Najpopularniejsza odpowiedź: sama jej nie powiem, ale zmuszę jej męża do przyznania się. Osobiście widzę tylko jedną różnicę - w tej drugiej sytuacji przyjaciółka poleci wtulić się w Wasze ramiona. W tej pierwszej zapewne na Was spadnie wina, przynajmniej dopóki nie opadną emocje. Dla przyjaciółki efekt będzie ten sam - zapewne rozstanie. Ergo: kierowałby Wami zwykły egoizm: powiem sama, pewnie będę winna, zmuszę męża - na pewno winny będzie on. Sprytny mąż kazałaby Wam spadać na drzewo. A Wy przed wypłakującą się przy Was przyjaciółką będziecie udawać, że o niczym nie wiedziałyście.
Udajemy wszyscy. Udajemy żeby nie zrobić komuś przykrości, udajemy, bo tego oczekuje od nas szef, żona, kochanka, teściowa, dzieci, kumple, Urząd Skarbowy, pies. Udajemy na rozmowie kwalifikacyjnej, udajemy na pierwszej randce, udajemy na ostatniej randce. Doświadczenie uczy (a przynajmniej mnie nauczyło), że o ile warto udawać na rozmowie kwalifikacyjnej, bo na drugą rozmowę możemy nie mieć szansy a wrażenie pierwsze chcemy sprawić dobre o tyle udawanie na pierwszej (kolejnych zresztą też) randce raczej nie wyjdzie na dobre. Tak, wiem, pierwsze wrażenie. Zaprawdę powiadam Wam - pierwsze wrażenie jest przereklamowane. Używajcie go gdy od pierwszego wrażenia wszystko zależy, jak np na rozmowie kwalifikacyjnej. Z umiarem nawet tu! Ale jeśli chodzi o kontakty z żywymi ludźmi, nawet jeśli siedzą tysiące kilometrów od Was, po drugiej stronie internetu, najlepsze pierwsze wrażenie zrobicie pozostając sobą. Mam taką swoją prywatną zasadę (właściwie za chwilę przestanie być prywatna), że poznając nowych ludzi nie staram się zrobić najlepszego pierwszego wrażenia. Znaczy, nie zawalam specjalnie, ale nie zakładam od razu najlepszego (jedynego) garnituru. Wydaje się to logiczne. Jeśli na pierwszym spotkaniu ustawicie poprzeczkę na wysokości rekordu świata, to potem może być tylko gorzej. Ale ustawcie poprzeczkę gdzieś w połowie wysokości - może być i lepiej i gorzej, zależy tylko od Was. Przy następnych spotkaniach ktoś dojdzie do wniosku, że "ten Jacek to jednak nie taki buc i prostak na jakiego wyglądał". Udawajcie, bo tak jest lepiej dla wszystkich, ale z umiarem.
Wiecie dlaczego tak irytujące jest gdy ktoś przy Was rozmawia głośno przez komórkę? Że głośno? Że o prywatnych sprawach? Nie. To dlatego, że nie słyszycie drugiej części rozmowy. Poważnie. Mózg nasz, genialne z jednej strony narzędzie, niesamowicie łatwe do zmanipulowania z drugiej, ma tendencje do uzupełniania. Robi to na co dzień i całkiem nieźle mu idzie. Z tego, że na środku naszego pola widzenia powinna być szara plama niewielu z nas zdaje sobie sprawę, bo nasz mózg maskuje niedostatki oka podsuwając nam to co wg niego powinno tam być. Mózg otóż w przypadku słyszenia tylko jednej części rozmowy próbuje domyślić się drugiej. I tak go to zajmuje, że trudno się nam skupić na czymś co chcielibyśmy robić świadomie. Zauważcie, że nie ma tego problemu gdy słuchamy rozmowy dwóch stojących obok nas osób, nawet gdy rozmawiają za głośno.
I jeśli zima się zaraz nie skończy to ogłoszę zimową depresję, odmówię przyjmowania napojów alkoholowych, co spowoduje uszczuplenie wpływów do budżetu, co spowoduje kryzys. Nie ma to jak megalomania. Ale powiedzcie - nie macie dość? Żeby ten śnieg był chociaż jakiś kolorowy. Wstaje człowiek rano i leci sprawdzić co tam dzisiaj napadało. A tam czerwone szaleństwo. Kolejny dzień - zielona niespodzianka. Potem - pomarańczowe rytmy. A w niedzielę miks kolorów. Fajne może te płatki śniegu jeśli chodzi o konstrukcję, ale jeśli chodzi o kolory to natura wykazała się żenującym brakiem wyobraźni. Podobnie jak w przypadku liczby nóg. Wiecie jak cholernie trudno utrzymać równowagę na dwóch nogach gdy człowiek wraca z imprezy, po której śnieg ma wszystkie wspomniane kolory na raz? 3 byłoby idealnie. Przez 3 punkty w przestrzeni zawsze da się poprowadzić płaszczyznę. Czyli jak bym nie stanął to chwiał się nie będę. 4 byłoby za dużo. Choć łatwiej byłoby kupować buty. 2 pary i z głowy, dwa lewe dwa prawe. A dla trzech nóg? Ta trzecia jest lewa czy prawa? Z drugiej jednak strony każdy kto po imprezie próbował zapanować nad dwoma nogami...
Fizycy to dziwny naród jest. Jakkolwiek absurdalny pomysł na wszechświat wymyślicie oni Wam wyliczą prawdopodobieństwo jego istnienia. Ostatnio modny jest multiwszechświat. Że niby gdzieś tam istnieje wszechświat, w którym mam jednak trzy nogi i jestem z nich zadowolony. Naprawdę to całkiem poważna teoria naukowa. Pociąga to za sobą nieuchronną możliwość, że w tej nieskończonej ilości wszechświatów są takie, w których inteligencja rozwinęła się na tyle wysoko, że pozwala tworzyć wszechświaty symulowane. Co pociąga za sobą nieuchronną możliwość, że sami żyjemy w symulacji. Naukowcy nie byliby sobą gdyby nie spróbowali poszukać na to jakiegoś dowodu. I co wymyślili. Otóż symulacje komputerowe mają to do siebie, że czasem trzeba w nich poprawić jakieś parametry. Nieocenieni naukowcy poszukali więc jakichś zmian w powszechnie znanych stałych. I żeby było zabawnie znaleźli potwierdzenie, że niektóre z nich zmieniały się na przestrzeni lat. Bardzo wielu lat, ale się zmieniały. Ba, okazuje się, że te stałe być może wcale nie są takie stałe, bo obserwacje odległych galaktyk wskazują, że tam mogą być inne. Czyli znane nam prawa fizyki mogą być prawdziwe tylko lokalnie. Ale wracając do symulacji... Symulacje dość zaawansowane mogą same być zdolne do generowania symulacji w symulacji. A ponieważ wszechświatów jest nieskończenie wiele również poziomów symulacji może być nieskończenie wiele. Czy nie macie czasem wrażenia, że ktoś Was obserwuje? To swędzenie na karku to może być znak, że ktoś właśnie sprawdza parametry swojego awatara (Was!) w symulacji. A nieuzasadnione niczym poczucie radości lub smutku? Czymże jest to innym niż zmianą parametrów symulacji? A nieprawdopodobne szczęście jednej osoby i nieprawdopodobny pech innej - czy to nie różne scenariusze symulacji? Sprawdzenie jak obiekty kontrolne reagują na różne warunki? I jak się czujecie dzisiaj moje małe awatarki?
PS. Dlaczego "małżonka" brzmi jakoś tak dostojniej niż po prostu "żona"?
wtorek, 25 stycznia 2011
Nadejszła wiekopomna chwila...
… że tak sobie pozwolę artystę zacytować. Znaczy nadchodzi co roku o mniej więcej tej samej porze pomijając ułamki sekund jakie co roku tracimy na skutek zmiany prędkości obrotu Ziemi dokoła Słońca. Ten jednakowoż rok jest szczególny. Nie żeby był jakiś szczególny dla mnie, po prostu utarło się, że okrągłe rocznice są szczególne. Za okrągłe uważamy rocznice podzielne bez reszty przez 10, gdyż z jakiegoś nieznanego powodu mamy tylko 10 palców i posługujemy się systemem zwanym dziesiętnym podczas gdy np system szesnastkowy byłby dużo bardziej użyteczny. Co nasuwa oczywisty wniosek - system dziesiętny wymyśliło dziecko, bo tylko dzieciom do liczenia potrzebne są palce.
Nadejszła zatem chwila nadchodząca co roku. Chwila, w której w ciągu dwóch sekund pomiędzy 23:59:59 a 0:00:01 przybywa nam rok. Przybył i mi. W systemie dziesiętnym przybył mi rok okrągły. Będąc człowiekiem praktycznym zapoznałem się z grożącymi niebezpieczeństwami, przeczytałem wszystko o tzw kryzysie wieku średniego, o zdradach i rozpadach rodzin, o zawałach i dietach, o czerwonym Porsche i dwudziestolatkach. Przeczytałem i profesjonalnie się do kryzysu przygotowałem. Zakupiłem stos konserw i zupek w proszku coby nie narażać przypadkowego społeczeństwa oraz dwudziestolatek na zetknięcie z moim kryzysem (któren jak się domyślam powoduje niebywały wzrost atrakcyjności seksualnej w oczach wspomnianych dwudziestolatek). Wysłałem rodzinę do rodziny coby nie narażać rodziny na zetknięcie z moim ewentualnym kryzysem oraz żony na zetknięcie z ewentualną dwudziestolatką, co niechybnie skończyłoby się rozpadem rodziny (na szczęście ja bym tego nie dożył). Wysłałem obu kumpli do okolicznym salonów Porsche aby zabrali wszystkie czerwone 911-tki na jazdy próbne na wypadek gdybym w chwili słabości chciał jednak kupić (kto go tam wie, z której strony kryzys zaatakuje). Razem z żoną wysłałem modem od internetu, nic bowiem tak nie kusi w kryzysie jak internet gdzie czerwonych Porsche i dwudziestolatek dostatek. Zrobiłem również zapas piwa coby doprowadzić ciało do niemożności wykonywania gwałtownych ruchów nawet gdyby ciało chciało. Byłem przygotowany.
23:50 - siedzę, leżę właściwie, otoczony poduszkami i innymi miękkimi rzeczami aby na wypadek gwałtownego ataku kryzysu nie doznać obrażeń fizycznych.
23:55 - ostatni łyk ostatniej puszki piwa, ciało osiąga przedostatni stopień rozluźnienia.
23:59 - odmówiłbym jakąś modlitwę ale nie mogę się zdecydować, który bóg będzie odpowiedni dla panów w średnim wieku.
23:59:50 - zaczynam odliczanie...
23:59:59 - biorę głęboki wdech i...
0:03 - ...nic się nie stało. Wypuszczam powietrze bo zaczynam się dusić. Nie było gromów i błyskawic, nie było trąb archanielskich, nie zapukała żadna dwudziestolatka i nie doznałem nagłej ochoty posiadania nowego czerwonego ciasnego samochodu. Nic się nie stało. Sąsiad z dołu ciągle kłócił się z żoną, pies faceta z balkonu obok ciągle szczeka a pani z okna naprzeciwko ciągle zasłania firanki gdy przebiera się do spania. Nic się nie stało.
Powiadam Wam, kryzys jest przereklamowany. Przez miesiąc teraz będę żarł mięso z puszek i zupy w proszku. Żona ma ubaw, koledzy frajdę z przejażdżki Porsche na mój koszt i tylko dwudziestolatki nie wiedzą co straciły.
Nadejszła zatem chwila nadchodząca co roku. Chwila, w której w ciągu dwóch sekund pomiędzy 23:59:59 a 0:00:01 przybywa nam rok. Przybył i mi. W systemie dziesiętnym przybył mi rok okrągły. Będąc człowiekiem praktycznym zapoznałem się z grożącymi niebezpieczeństwami, przeczytałem wszystko o tzw kryzysie wieku średniego, o zdradach i rozpadach rodzin, o zawałach i dietach, o czerwonym Porsche i dwudziestolatkach. Przeczytałem i profesjonalnie się do kryzysu przygotowałem. Zakupiłem stos konserw i zupek w proszku coby nie narażać przypadkowego społeczeństwa oraz dwudziestolatek na zetknięcie z moim kryzysem (któren jak się domyślam powoduje niebywały wzrost atrakcyjności seksualnej w oczach wspomnianych dwudziestolatek). Wysłałem rodzinę do rodziny coby nie narażać rodziny na zetknięcie z moim ewentualnym kryzysem oraz żony na zetknięcie z ewentualną dwudziestolatką, co niechybnie skończyłoby się rozpadem rodziny (na szczęście ja bym tego nie dożył). Wysłałem obu kumpli do okolicznym salonów Porsche aby zabrali wszystkie czerwone 911-tki na jazdy próbne na wypadek gdybym w chwili słabości chciał jednak kupić (kto go tam wie, z której strony kryzys zaatakuje). Razem z żoną wysłałem modem od internetu, nic bowiem tak nie kusi w kryzysie jak internet gdzie czerwonych Porsche i dwudziestolatek dostatek. Zrobiłem również zapas piwa coby doprowadzić ciało do niemożności wykonywania gwałtownych ruchów nawet gdyby ciało chciało. Byłem przygotowany.
23:50 - siedzę, leżę właściwie, otoczony poduszkami i innymi miękkimi rzeczami aby na wypadek gwałtownego ataku kryzysu nie doznać obrażeń fizycznych.
23:55 - ostatni łyk ostatniej puszki piwa, ciało osiąga przedostatni stopień rozluźnienia.
23:59 - odmówiłbym jakąś modlitwę ale nie mogę się zdecydować, który bóg będzie odpowiedni dla panów w średnim wieku.
23:59:50 - zaczynam odliczanie...
23:59:59 - biorę głęboki wdech i...
0:03 - ...nic się nie stało. Wypuszczam powietrze bo zaczynam się dusić. Nie było gromów i błyskawic, nie było trąb archanielskich, nie zapukała żadna dwudziestolatka i nie doznałem nagłej ochoty posiadania nowego czerwonego ciasnego samochodu. Nic się nie stało. Sąsiad z dołu ciągle kłócił się z żoną, pies faceta z balkonu obok ciągle szczeka a pani z okna naprzeciwko ciągle zasłania firanki gdy przebiera się do spania. Nic się nie stało.
Powiadam Wam, kryzys jest przereklamowany. Przez miesiąc teraz będę żarł mięso z puszek i zupy w proszku. Żona ma ubaw, koledzy frajdę z przejażdżki Porsche na mój koszt i tylko dwudziestolatki nie wiedzą co straciły.
piątek, 17 grudnia 2010
Jak co roku
Jako, że jak co roku o tej porze, z nieznanych mi przyczyn ludzie na co dzień się niezbyt kochający składają sobie życzenia wszystkiego najlepszego i temu podobnych bzdur, pozwalam sobie tuż przed ostatecznym zniknięciem w tym roku podpowiedzieć Wam jak życzenia składać aby potem tego nie żałować. Właściwie to JoeMonster podpowiada, tylko za moim pośrednictwem. Życzenia napisane chyba przez prawnika z (wiem, że to zabrzmi jak oksymoron, ale naprawdę na to wygląda) poczuciem humoru. Swego czasu w którejś z książek o Straży Miejskiej Ankh Morpork czytałem przysięgę straży. Rewelacja, mówię Wam. Życzenia prawnicze są niezłe ale przysiędze nie dorastają do pięt. Koniec gadania, panowie balanga, cisza (to chyba z Budki Suflera, co?)
Życzenia Prawnicze
złożone Tobie (zwanej lub zwanemu poniżej: "Przyjmującym Życzenia") przeze mnie (zwanego poniżej: "Życzącym").
Przyjmij proszę, z wyłączeniem wyraźnej lub domniemanej mocy wiążącej, najlepsze życzenia przyjaznych środowisku, świadomych społecznie, bezstresowych, nieuzależniających i neutralnych płciowo świąt przesilenia zimowego, celebrowanych w ramach tradycji wyznania religijnego albo praktyk świeckich wedle wyboru Przyjmującego Życzenia, w szczególności zgodnie z tradycją Bożego Narodzenia, Chanuki lub Kwanzy, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych lub świeckich przekonań lub tradycji osób trzecich, albo ich wyboru niepraktykowania żadnych religijnych ani świeckich tradycji, jak również finansowo korzystnego, osobiście pomyślnego oraz medycznie nieskomplikowanego przebiegu ogólnie przyjmowanego roku kalendarzowego 2011, z zachowaniem należnego szacunku dla kalendarzy przyjmowanych przez mniejszości narodowe, etniczne lub wyznaniowe, bez względu na rasę, wyznanie, poglądy polityczne lub filozoficzne, kolor skóry, wiek, stopień sprawności fizycznej, wybór platformy komputerowej lub preferencje seksualne Przyjmującego Życzenia.Przyjęcie niniejszych życzeń oznacza jednoczesne przyjęcie następujących warunków i zastrzeżeń.
Niniejsze życzenia podlegają dalszemu sprecyzowaniu, wycofaniu lub odwołaniu przez Życzącego bez zachowania jakichkolwiek terminów wypowiedzenia oraz bez potrzeby uzasadnienia. Niniejsze życzenia mogą być nieodpłatnie przenoszone przez Przyjmującego Życzenia w niezmienionej treści na rzecz osób trzecich. Niniejsze życzenia nie implikują żadnej obietnicy ze strony Życzącego do rzeczywistego wprowadzenia w życie któregokolwiek z wyżej wymienionych życzeń, a w szczególności nie stanowią oferty w rozumieniu odpowiednich przepisów prawa. Jakiekolwiek fragmenty niniejszych życzeń sprzeczne z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa należy uznać za niezłożone, bez wpływu na pozostałe fragmenty życzeń. Niniejsze życzenia nie mają wartości finansowej.
Życzący gwarantuje działanie niniejszych życzeń zgodne z powszechnie przyjętym działaniem życzeń w zakresie dobrych wiadomości przez okres jednego roku albo do chwili wydania kolejnych życzeń świątecznych, którekolwiek z tych zdarzeń nastąpi wcześniej. Gwarancja jest ograniczona do wymiany niniejszych życzeń lub wydania nowych życzeń, bez potrzeby uzasadnienia przez Życzącego.
A od siebie dodam: bawcie się dobrze cokolwiek zamierzacie robić.
Życzenia Prawnicze
złożone Tobie (zwanej lub zwanemu poniżej: "Przyjmującym Życzenia") przeze mnie (zwanego poniżej: "Życzącym").
Przyjmij proszę, z wyłączeniem wyraźnej lub domniemanej mocy wiążącej, najlepsze życzenia przyjaznych środowisku, świadomych społecznie, bezstresowych, nieuzależniających i neutralnych płciowo świąt przesilenia zimowego, celebrowanych w ramach tradycji wyznania religijnego albo praktyk świeckich wedle wyboru Przyjmującego Życzenia, w szczególności zgodnie z tradycją Bożego Narodzenia, Chanuki lub Kwanzy, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych lub świeckich przekonań lub tradycji osób trzecich, albo ich wyboru niepraktykowania żadnych religijnych ani świeckich tradycji, jak również finansowo korzystnego, osobiście pomyślnego oraz medycznie nieskomplikowanego przebiegu ogólnie przyjmowanego roku kalendarzowego 2011, z zachowaniem należnego szacunku dla kalendarzy przyjmowanych przez mniejszości narodowe, etniczne lub wyznaniowe, bez względu na rasę, wyznanie, poglądy polityczne lub filozoficzne, kolor skóry, wiek, stopień sprawności fizycznej, wybór platformy komputerowej lub preferencje seksualne Przyjmującego Życzenia.Przyjęcie niniejszych życzeń oznacza jednoczesne przyjęcie następujących warunków i zastrzeżeń.
Niniejsze życzenia podlegają dalszemu sprecyzowaniu, wycofaniu lub odwołaniu przez Życzącego bez zachowania jakichkolwiek terminów wypowiedzenia oraz bez potrzeby uzasadnienia. Niniejsze życzenia mogą być nieodpłatnie przenoszone przez Przyjmującego Życzenia w niezmienionej treści na rzecz osób trzecich. Niniejsze życzenia nie implikują żadnej obietnicy ze strony Życzącego do rzeczywistego wprowadzenia w życie któregokolwiek z wyżej wymienionych życzeń, a w szczególności nie stanowią oferty w rozumieniu odpowiednich przepisów prawa. Jakiekolwiek fragmenty niniejszych życzeń sprzeczne z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa należy uznać za niezłożone, bez wpływu na pozostałe fragmenty życzeń. Niniejsze życzenia nie mają wartości finansowej.
Życzący gwarantuje działanie niniejszych życzeń zgodne z powszechnie przyjętym działaniem życzeń w zakresie dobrych wiadomości przez okres jednego roku albo do chwili wydania kolejnych życzeń świątecznych, którekolwiek z tych zdarzeń nastąpi wcześniej. Gwarancja jest ograniczona do wymiany niniejszych życzeń lub wydania nowych życzeń, bez potrzeby uzasadnienia przez Życzącego.
A od siebie dodam: bawcie się dobrze cokolwiek zamierzacie robić.
środa, 1 grudnia 2010
Dzień, w którym zatrzymała się...
Coś bym napisał, żeby to miejsce kurzem nie zarosło. Ale ani nie mam pomysłu co ani nie mam czasu, żeby ten pomysł co go nie mam rozwinąć. Wpadłem więc poodkurzać... Właściwie "odśnieżyć" chyba lepiej by pasowało. Kto to widział żeby tak śnieg padał? Czy on, ten śnieg, nie zdaje sobie sprawy, że mamy globalne ocieplenie, na którego naprawę idą ciężkie miliony i jego, tego śniegu, niespodziewane przybycie w takiej ilości dramatycznie obniża notowania naukowców wieszczących nam śmierć z powodu utopienia w roztopionych lodowcach? Czy on, ten śnieg, zdaje sobie sprawę, że ja... wróć, JA we własnej dostojnej osobie po trwającym wieczność 15-minutowym oczekiwaniu na przystanku na tramwaj, zwany pożądaniem, oczekiwaniu w zamieci walącej po gałach i moich letnich jeszcze półbutach (skąd właściwie taka gupia nazwa? zapewniam, że buty były absolutnie całe i żadnego nie brakowało nawet kawałka), zdecydowałem pójść do metra PIESZO? Czy on, ten śnieg, zdaje sobie sprawę jaki to wysiłek dla kogoś kogo jedynym codziennym wyzwaniem jest wspiąć się na drugie piętro? Doszedłem. Nawet nie wywinąłem orła po drodze, raz tylko lekkie zachwianie zakończone perfekcyjnie ustanym telemarkiem (bez podpórki).
Nie cierpię zimy. Oczywisty zapewne powód nielubienia to kompletna nieprzydatność czarnych okularów. Drugi oczywisty powód to zimno, choć ruszam się z domu tylko gdy muszę. Trzeci oczywisty powód to to, że wszędzie widać tylko to szare badziewie, co mnie, człowieka odbierającego świat pełnią 12 znanych barw przyprawia o depresję. A oprócz tego biliony małych szarych powodów bezlitośnie wciskających się za kołnierz, oblepiających mój pozostawiony na pastwę losu na parkingu samochód, a każden jeden z tych powodów ponoć niepowtarzalny w swoim rodzaju.
Czy ja marudzę? A skąd. Wyrażam tylko swoje, przyznam - niepochlebne zdanie na temat tego co się dzieje za oknem. Czy każdy kto jest z czegoś niezadowolony od razu musi być marudą? Więcej tolerancji dla niezadowolonych. Nie żyjemy na szczęście w Ameryce, kraju gdzie nawet jeśli przed chwilą umarł ktoś ci bliski na pytanie "co słychać" odpowiadasz "w porządku". Precz z wporządkiem, niech żyje "stara bida" i "nie cierpię zimy".
Wiecie kiedy człowiek wchodzi w wiek średni? Gdy ubierając się w zimie przedkłada ciepło i wygodę ponad szpan. Pamiętacie zimy z waszej młodości? Żaden mróz nie był mi straszny, kurtka zawsze rozpięta. Szalik? Kto wiedział co to szalik? Czapka zakupiona przez troskliwą mamę lądowała w kieszeni natychmiast po zamknięciu drzwi mieszkania. A teraz? Przed wyjściem z domu sprawdzam temperaturę. W okolicy 0 do zwykłej wiosenno-jesiennej kurtki zakładam czapkę. Cienką, nie zakrywającą uszu, ale jednak czapkę. Przy -5 wyciągam z szafy lekkozimową kurtkę i owijam szyję szalikiem. -10 to zimowe buty i ciepła czapka. -15 - kurtka ciężkozimowa i szalik zawiązany w węzeł pod szyją. -20 to największe upokorzenie wczesnej młodości czyli ocieplacz pod spodnie. Ech młodości, gdy -20 oznaczało, że czas schować ręce do kieszeni.
Czas biegnie nieubłaganie. Najbardziej sobie to uświadamiam nie prze upływ moich własnych lat. One sobie biegną, zmiany następują powoli, mam czas się przyzwyczaić i tego prawie nie zauważać. Tylko liczba świeczek na torcie rośnie w zastraszającym tempie. Jednak nic tak nie przypomina o upływającym czasie jak umieranie innych ludzi. Codziennie prawie zaglądam na Onet i codziennie prawie widzę, że odszedł ktoś kogo znałem. Nie personalnie, ale po prostu wiedziałem kto to jest, widziałem w młodości jakieś filmy, czytałem książkę itp. Taka obserwacja tylko. Pewnie spowodowana szarym szaleństwem za oknem.
A propos naukowców. Czasem pozwalam sobie skrytykować "naukowców" ale szacunkiem darzę NAUKOWCÓW. Otóż NAUKOWCOM udało się ostatnio wytworzyć kilka antyatomów wodoru i utrzymać je przy (umownie) życiu przez około 0,1 s. Niby to niewiele (choć jednak w zupełności wystarcza mężczyznom do oceny czy kobieta, na którą patrzy jest dla niego atrakcyjna), ale wcześniejsze ich wytwory żyły coś koło jednej milionowej sekundy. Postęp jest. Pomyślcie o potencjalnych możliwościach. Anihilacja kilograma materii z antymaterią dałaby energię równą wybuchowi bomby atomowej o sile iluś tam gigaton. Mniejsza o to ile to dokładnie jest, ważne że dużo. Konsekwencje ujarzmienia antymaterii? A np kupujecie samochód i nigdy nie musicie go tankować, bo 1 gram antymaterii załadowany w fabryce starczy na 100 lat. Koniec ze stacjami benzynowymi, koniec z głupimi wojnami, których głównym celem są pola naftowe a nie jakaś tam nikomu nie potrzebna demokracja. Koniec z elektrowniami węglowymi, atomowymi i innymi. Wszystko co potrzebuje energii dostanie już podczas montażu niezbędną dawkę antymaterii i starczy na zawsze. Koniec z zanieczyszczaniem środowiska spalinami, bo dostajemy czystą energię. Koniec z rachunkami za prąd. Koniec z telefonem wysiadającym w chwili gdy po 15 minutach oczekiwania i wysłuchiwania reklam w BOA dowolnej firmy telekomunikacyjnej właśnie doczekaliście się połączenia z konsultantem. Koniec z notebookami padającymi tuż przed tym gdy właśnie miałeś zapisać swoją 3-godzinną pracę. I żal tylko, że ja zapewne tych wszystkich fajnych rzeczy nie doczekam, bo od pomysłu do praktycznej realizacji w dzisiejszych czasach to daleka droga. Reaktora antymaterii nie da się zbudować w garażu. Przynajmniej do czasu gdy ktoś kto o tym nie wie zbuduje reaktor w garażu. Do tego czasu pozostaje mi cieszyć się jakie klawe życie będzie miał mój syn. Chyba że przyłączę się do Sheldona z serialu Teoria Wielkiego Podrywu i będę miał nadzieję, że opracowanie sposobu przenoszenia ludzkiej świadomości do maszyny nastąpi jeszcze za mojego życia. Dalibyście umieścić swoją świadomość w elektronicznym świecie? I odpowiadajcie na to pytanie nie z pozycji dziarskiej dwudziestoparolatki tylko z punktu widzenia schorowanej staruszki, która żyć by jeszcze chciała, ale co to za życie przykuta do łóżka i skazana na łaskę innych. Gdy alternatywą jest tylko śmierć. Prawdziwa, fizyczna, ze zjedzeniem przez robaki włącznie (chociaż czemu niby miałoby mnie to po śmierci interesować?), bez jakichkolwiek dowodów na to, że istnieje jakaś forma egzystencji PO. Z drugiej strony macie elektroniczną rzeczywistość, w której jedynym ograniczeniem jest Wasza wyobraźnia. Ja bez wahania.
Tytuł, jak zapewne zauważyliście, ma niewiele wspólnego z treścią. Może dlatego, że pisałem na raty. Najpierw pasował do tego co miałem w głowie, potem z głowy wyleciało a tytułu zapomniałem zmienić. Potem ślina na język przyniosła inne rzeczy a nowego tytułu nie chce mi się już wymyślać. Wiecie, że w mojej pracy spędzamy całkiem sporo czasu na wymyślanie nazwy projektu, modułów i klas? Zła nazwa atakuje potem zmysły programisty krzycząc "ZŁOooo! Zmień mnie, ja tu nie pasuję, chcę być taka jak inne". Ale czasem na to za późno, bo gdy pojawi się w oficjalnych dokumentach z pieczątką nie można jej sobie ot tak zmienić. I pozostaje taki wyrzut sumienia, psujący radość z dobrze wykonanej pracy. Nazwy ważna rzecz. Dlatego nie dawajcie swojemu psu na imię Puszek gdy pomimo mikrej postury drzemie w nim dusza wojownika Wikingów. Dajcie mu Thor, władca gromów i błyskawic. Niech wie małe stworzenie, że nie jak cię widzą tak cię piszą, ale że prawdziwa bestia drzemie wewnątrz. Każdego z nas. Wrrrrr...
Nie cierpię zimy. Oczywisty zapewne powód nielubienia to kompletna nieprzydatność czarnych okularów. Drugi oczywisty powód to zimno, choć ruszam się z domu tylko gdy muszę. Trzeci oczywisty powód to to, że wszędzie widać tylko to szare badziewie, co mnie, człowieka odbierającego świat pełnią 12 znanych barw przyprawia o depresję. A oprócz tego biliony małych szarych powodów bezlitośnie wciskających się za kołnierz, oblepiających mój pozostawiony na pastwę losu na parkingu samochód, a każden jeden z tych powodów ponoć niepowtarzalny w swoim rodzaju.
Czy ja marudzę? A skąd. Wyrażam tylko swoje, przyznam - niepochlebne zdanie na temat tego co się dzieje za oknem. Czy każdy kto jest z czegoś niezadowolony od razu musi być marudą? Więcej tolerancji dla niezadowolonych. Nie żyjemy na szczęście w Ameryce, kraju gdzie nawet jeśli przed chwilą umarł ktoś ci bliski na pytanie "co słychać" odpowiadasz "w porządku". Precz z wporządkiem, niech żyje "stara bida" i "nie cierpię zimy".
Wiecie kiedy człowiek wchodzi w wiek średni? Gdy ubierając się w zimie przedkłada ciepło i wygodę ponad szpan. Pamiętacie zimy z waszej młodości? Żaden mróz nie był mi straszny, kurtka zawsze rozpięta. Szalik? Kto wiedział co to szalik? Czapka zakupiona przez troskliwą mamę lądowała w kieszeni natychmiast po zamknięciu drzwi mieszkania. A teraz? Przed wyjściem z domu sprawdzam temperaturę. W okolicy 0 do zwykłej wiosenno-jesiennej kurtki zakładam czapkę. Cienką, nie zakrywającą uszu, ale jednak czapkę. Przy -5 wyciągam z szafy lekkozimową kurtkę i owijam szyję szalikiem. -10 to zimowe buty i ciepła czapka. -15 - kurtka ciężkozimowa i szalik zawiązany w węzeł pod szyją. -20 to największe upokorzenie wczesnej młodości czyli ocieplacz pod spodnie. Ech młodości, gdy -20 oznaczało, że czas schować ręce do kieszeni.
Czas biegnie nieubłaganie. Najbardziej sobie to uświadamiam nie prze upływ moich własnych lat. One sobie biegną, zmiany następują powoli, mam czas się przyzwyczaić i tego prawie nie zauważać. Tylko liczba świeczek na torcie rośnie w zastraszającym tempie. Jednak nic tak nie przypomina o upływającym czasie jak umieranie innych ludzi. Codziennie prawie zaglądam na Onet i codziennie prawie widzę, że odszedł ktoś kogo znałem. Nie personalnie, ale po prostu wiedziałem kto to jest, widziałem w młodości jakieś filmy, czytałem książkę itp. Taka obserwacja tylko. Pewnie spowodowana szarym szaleństwem za oknem.
A propos naukowców. Czasem pozwalam sobie skrytykować "naukowców" ale szacunkiem darzę NAUKOWCÓW. Otóż NAUKOWCOM udało się ostatnio wytworzyć kilka antyatomów wodoru i utrzymać je przy (umownie) życiu przez około 0,1 s. Niby to niewiele (choć jednak w zupełności wystarcza mężczyznom do oceny czy kobieta, na którą patrzy jest dla niego atrakcyjna), ale wcześniejsze ich wytwory żyły coś koło jednej milionowej sekundy. Postęp jest. Pomyślcie o potencjalnych możliwościach. Anihilacja kilograma materii z antymaterią dałaby energię równą wybuchowi bomby atomowej o sile iluś tam gigaton. Mniejsza o to ile to dokładnie jest, ważne że dużo. Konsekwencje ujarzmienia antymaterii? A np kupujecie samochód i nigdy nie musicie go tankować, bo 1 gram antymaterii załadowany w fabryce starczy na 100 lat. Koniec ze stacjami benzynowymi, koniec z głupimi wojnami, których głównym celem są pola naftowe a nie jakaś tam nikomu nie potrzebna demokracja. Koniec z elektrowniami węglowymi, atomowymi i innymi. Wszystko co potrzebuje energii dostanie już podczas montażu niezbędną dawkę antymaterii i starczy na zawsze. Koniec z zanieczyszczaniem środowiska spalinami, bo dostajemy czystą energię. Koniec z rachunkami za prąd. Koniec z telefonem wysiadającym w chwili gdy po 15 minutach oczekiwania i wysłuchiwania reklam w BOA dowolnej firmy telekomunikacyjnej właśnie doczekaliście się połączenia z konsultantem. Koniec z notebookami padającymi tuż przed tym gdy właśnie miałeś zapisać swoją 3-godzinną pracę. I żal tylko, że ja zapewne tych wszystkich fajnych rzeczy nie doczekam, bo od pomysłu do praktycznej realizacji w dzisiejszych czasach to daleka droga. Reaktora antymaterii nie da się zbudować w garażu. Przynajmniej do czasu gdy ktoś kto o tym nie wie zbuduje reaktor w garażu. Do tego czasu pozostaje mi cieszyć się jakie klawe życie będzie miał mój syn. Chyba że przyłączę się do Sheldona z serialu Teoria Wielkiego Podrywu i będę miał nadzieję, że opracowanie sposobu przenoszenia ludzkiej świadomości do maszyny nastąpi jeszcze za mojego życia. Dalibyście umieścić swoją świadomość w elektronicznym świecie? I odpowiadajcie na to pytanie nie z pozycji dziarskiej dwudziestoparolatki tylko z punktu widzenia schorowanej staruszki, która żyć by jeszcze chciała, ale co to za życie przykuta do łóżka i skazana na łaskę innych. Gdy alternatywą jest tylko śmierć. Prawdziwa, fizyczna, ze zjedzeniem przez robaki włącznie (chociaż czemu niby miałoby mnie to po śmierci interesować?), bez jakichkolwiek dowodów na to, że istnieje jakaś forma egzystencji PO. Z drugiej strony macie elektroniczną rzeczywistość, w której jedynym ograniczeniem jest Wasza wyobraźnia. Ja bez wahania.
Tytuł, jak zapewne zauważyliście, ma niewiele wspólnego z treścią. Może dlatego, że pisałem na raty. Najpierw pasował do tego co miałem w głowie, potem z głowy wyleciało a tytułu zapomniałem zmienić. Potem ślina na język przyniosła inne rzeczy a nowego tytułu nie chce mi się już wymyślać. Wiecie, że w mojej pracy spędzamy całkiem sporo czasu na wymyślanie nazwy projektu, modułów i klas? Zła nazwa atakuje potem zmysły programisty krzycząc "ZŁOooo! Zmień mnie, ja tu nie pasuję, chcę być taka jak inne". Ale czasem na to za późno, bo gdy pojawi się w oficjalnych dokumentach z pieczątką nie można jej sobie ot tak zmienić. I pozostaje taki wyrzut sumienia, psujący radość z dobrze wykonanej pracy. Nazwy ważna rzecz. Dlatego nie dawajcie swojemu psu na imię Puszek gdy pomimo mikrej postury drzemie w nim dusza wojownika Wikingów. Dajcie mu Thor, władca gromów i błyskawic. Niech wie małe stworzenie, że nie jak cię widzą tak cię piszą, ale że prawdziwa bestia drzemie wewnątrz. Każdego z nas. Wrrrrr...
Subskrybuj:
Posty (Atom)