wtorek, 28 lutego 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 4

        Helloł wierni i czcigodni. Nieubłaganie nadciągł czas, kiedy nie dało się już dłużej ociągać z publikacją części czwartej. Finału. Ekscytującego i długo oczekiwanego zakończenia. Podsumowania serii, od którego zależeć będą, być może, Wasze przyszłe plany wakacyjne. Część czwarta zatem, w której Jacek skupi się walorach turystycznych (no przecież to nie kościoły, nie?) oraz na sobie (w końcu partycypował w kosztach, to sobie trochę może o sobie popisać c’nie?)

Dygresja.
        Zwróciliście uwagę jak zgrabnie wkomponowałem w tekst nowoczesne słówko c’nie? bd b b często go teraz używał. Kto zrozumiał ostanie zdanie ręka do góry? Jak człowiek ma internet i używa komunikatorów w kontaktach z młodzieżą (umówmy się, że to pojęcie umowne) to się musi przyzwyczaić, że młodzież ma jakąś awersję do używania dużej litery na początku zdania, do pisania całymi wyrazami i gdzie się da stosują skróty. Przecinki i kropki są passe. Zresztą i tak są niepotrzebne, bo młodzież pisze zdaniami prostymi, które przecinków nie wymagają. A skoro jedna wiadomość to jedno proste zdanie to i kropki nie są wymagane. W końcu służą do oddzielania zdań. A skoro zdania już są rozdzielone to kropki są zbędne. Kreatywna ta dzisiejsza młodzież. Jak ja byłem młody, to… (tu wstaw jakiś przykład genialnych, błyskotliwych i służących społeczeństwu przedsięwzięć, które robiliśmy, jak byliśmy młodzi).
Koniec dygresji (aczkolwiek kolejne niewykluczone)

        Wracając do Malty. Co się człowiekowi pierwsze rzuca w oczy na Malcie? Nie mam pojęcia, ale na pewno nie plaże. Gdyż plaż u nich jak na lekarstwo, w dodatku jakości mizernej. Nie dajcie się nabrać na “zobacz trzy najpiękniejsze plaże Malty”, bo trzy to wszystkie plaże Malty. Ale “zobacz wszystkie trzy plaże Malty” brzmiałoby mało reklamowo. Ślad informatyka na plaży na Malcie wygląda tak (te bose to nie moje, jakiegoś tubylca):

2016-11-12 14.24.11.jpg

        Natomiast żeby nie było, że lecę kawał drogi, że Morze Śródziemne, że ciepło, a ja nawet nóg nie zamoczyłem. Zamoczyłem. I mam dowód.

2016-11-13 14.07.36.jpg

        Szlachecka bladość nóg uzyskana w sposób naturalny, żadnych sztuczek i wybieleń. Dlaczegóż to Jacek stopy swe szlachetne tylko do kostek w wodach ciepłych zanurzył? - zapyta ktoś. Dlaczegóż to Jacek stopy swe szlachetne tylko do kostek w wodach ciepłych zanurzył? - pytanie z sali. Dziękuję za pytanie. Wyjaśniam.

2016-11-12 14.21.45.jpg

        “Boże, co oni tu jedzą” - pomyślałem w pierwszej chwili. No bo jak tak nie pomyśleć, skoro na górze napisane ‘barbecue’, a poniżej prezentacja menu? I jeszcze na czerwono zaznaczone te pikantne, a na zielono łagodne. Tymczasem to nie menu, jak się okazało, tylko przegląd okolicznych morskich stworzeń, które mogą cię zabić lub trwale uszkodzić. Nie lubię być zabijany lub trwale uszkadzany (zwłaszcza zabijany), więc kontakt z wodą ograniczyłem do niezbędnego minimum. Pozostając jednak w stałej gotowości do natychmiastowego niesienia pomocy (zwłaszcza metodą usta-usta), gdyby jakaś niewiasta urody przecudnej zasłabła pod wpływem zobaczenia meduzy.

        Z atrakcji okołowodnych mamy jeszcze na Malcie dziurę w skale. Płynie się promem na sąsiednią wyspę. Jedzie autobusem do centrum. Przesiada w inny autobus, jadący na zadupie, gdzie jest tylko parking, kościół, restauracja i sklep z pamiątkami. A, i dziura w skale.

2016-11-16 16.47.55.jpg

        Wycieczka do dziury w skale robi się bardziej atrakcyjna, gdy złapie nas tam zmierzch. Gdyż o zmroku wszystko tam zamykają i jedynym źródłem światła są telefony komórkowe ludzi zastanawiających się, czy ostatni autobus przyjedzie czy nie. Ale za to widać gwiazdy.
        Zwiedzanie Malty, zapewne już wspominałem, związane jest z nieustającym wspinaniem się po schodach. Schody są wszędzie. Poniżej schody do schronu.

2016-11-17 12.18.59.jpg

        Ale! Obiecałem, że zabiorę ją windą do nieba? Obiecałem. A Jacek co? Jacek dotrzymuje obietnic. Więc zabrałem ją windą do nieba.

2016-11-15 16.10.26.jpg

        Wjazd windą do nieba kosztuje 1€. Cwane Maltańczyki sprytnie to sobie wymyślili. Na dół zjeżdża się za darmo, na górze żadnej informacji, że za powrót trzeba zapłacić. Dopiero gdy jesteś na dole dowiadujesz się, że albo dymasz po schodach  - i już rano będziesz na górze -  albo płacisz. Ale obiecałem, trzeba było z kasy wyskoczyć.
        Jak się już wjedzie na górę to czeka nas niezwykłe widowisko. Mianowicie drugi ponoć co do urody ogród na Malcie. Drugi co do urody ogród na Malcie wygląda tak:

2016-11-15 15.47.19.jpg

        Nie, nie pomyliłem zdjęć. Kilka drzew, jakieś uschnięte sadzonki i mała fontanna na środku. Nie wiem, może ogrodnik miał zły dzień, albo światło padało z niekorzystnej strony, ale powiem Wam - nie powaliło mnie na kolana.

        No ale dość krytyki (choć bądźmy szczerzy, krytykowanie sprawia mi znacznie więcej radości niż chwalenie), czas coś jednak pochwalić. Pomysł, który wcielony w życie w polskich centrach handlowych ocaliłby niejedno małżeństwo, a przynajmniej niejednego faceta od zawału i nerwicy. Bo do czego służy kobiecie facet na zakupach. Są dwie opcje: albo do płacenia, albo do dźwigania tego za co zapłacono. No przecież nie po to żeby go pytać, czy ten karmazynowy żakiecik dobrze leży, czy lepiej jednak amarantowy. Żaden heteroseksualny facet nie odróżni amarantowego od karmazynowego, a tylko nieliczni wiedzą jak wygląda żakiecik. Nie do porad zatem służymy. Snujemy się znudzeni za kobietami po sklepach, wzdychając ciężko przed każdym kolejnym, dyskretnie ale tak żeby na pewno zobaczyła zerkamy na zegarek. Po cóż nas, drogie niewiasty kochane, ciągać za sobą jak można skorzystać z oferty:

2016-11-15 18.04.32.jpg

I włala. Wszyscy szczęśliwi.

        I na koniec element patriotyczny, mało że z Polski, to jeszcze z mojego lokalnego niemalże podwórka. Przystanek w szczerym polu gdzieś na Gozo. Wiatr wieje, że mało łba nie urwie, człowiek by się za jakiś kamień chętnie schował. Nagle patrzy, słowa patriotyczne w swojskim języku i od razu się cieplej na duszy (przysłowiowej, w prawdziwą nie wierzę) robi, od razu wiatr cichnie i czekanie staje się przyjemnością. Pozdrawiam Mokotów :-)

2016-11-16 16.07.46.jpg

czwartek, 19 stycznia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 3


        Wracając do kościołów. Kościoły na Malcie są wszędzie. Właściwie nie kościoły. W porównaniu z otaczającymi je budynkami powinno się raczej mówić - kościeliska. W sensie, że w dwupiętrowej zabudowie wielki kościół wygląda jak wielki kościół. Maltańczycy, w 98% chrześcijanie, lubią wielkie kościoły. A że budują je z jedynego dostępnego na wyspie materiału (takiego żółtawego kamienia), to wszystkie wyglądają dostojnie.

        Pierwszy. Kościół Wniebowzięcia Matki Bożej. Dostojna bazylika. Na zdjęciu nie wygląda imponująco, bo brak czegoś do ustalenia skali. Ale wierzcie mi, jest duża. A w środku można dostać zawrotów głowy, więc nie patrzcie w górę.

        Drugi. Wspomniany już kościół w pobliżu cmentarza i knajpki. Pod wezwaniem nie pamiętam kogo. Widoczny z każdego zakątka miasta. Coś jak nasz Pałac Kultury. Jak się zgubisz w Mellieha - znajdujesz kościół i walisz prosto na niego. Jak znajdziesz kościół to do knajpki już blisko.

        Trzeci. Bazylika Ta’Pinu. Wielkie kościelisko pośrodku niczego. Dopiero gdzieś daleko w tle widać jakieś zabudowania. W środku sala pełna protez, gipsowych odlewów rąk i nóg, zdjęć ofiar wypadków drogowych. Jak ktoś miał wypadek, to trafiał do szpitala, gdzie lekarze robili co mogli na 36-godzinnych dyżurach. A jak już im się udało, to pacjent z wdzięczności dziękował. Matce Boskiej. Lekarze na Malcie muszą być odrobinę sfrustrowani. Nie wolno robić zdjęć w środku, więc zrobiłem.


        Kto się dobrze przyjrzy, ten zobaczy, że “Jan Paweł II tu był”. Na zewnątrz okazuje się, że nie tylko Jan Paweł II tu był. Stałym bywalcem jest niejaki Noel, który przywozi tu swoje dziewczyny, niczym Bożydar do Muzeum Ziemi Podlaskiej (dla niekumających porównania: Bożydar).


        Czwarty. Ten, jako jeden z nielicznych, raczej niewielki. Za to na kompletnym zadupiu. Z daleka wygląda jak meksykański kościół w jakimś westernie. Tylko restauracja, sklep z pamiątkami, dziura w skale (o atrakcjach Malty i Gozo w następnej części) i kościół.

        Piąty. Katedra św. Jana Chrzciciela w La Valetta. Największa, najstrojniejsza, najdroższa (wstęp 10€) katedra/kościół na Malcie. Odżałowałem, zapłaciłem, wstąpiłem. Przyznaję, robi wrażenie.


        Oprócz kościołów mają maltańczycy niezrozumiałe uwielbienie do nazywania swoich domów imionami świętych. Na frontowej ścianie każdego niemal budynku znajduje się figurka lub obrazek świętego/świętej.



        98% ludności wyznania katolickiego. Rekord nie do pobicia nawet w Polsce. A mimo to ludzie jacyś spokojni, życzliwi.


A o atrakcjach turystycznych porozmawiamy sobie, drogie dzieci, następnym razem.

czwartek, 22 grudnia 2016

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 2

         Położenie hotelu miało jedną wadę. W dwie strony było pod górkę, a w dwie się iść nie dało, bo mur, pole, kaktusy (dla niepoznaki zwane tutaj opuncjami). A propos kaktusów… Maltańczycy, ludek gospodarny i praktyczny, z braku zbóż i ziemniaków nauczyli się robić alkohol z kaktusów właśnie. W zasadzie z owoców kaktusów, ale to bez znaczenia.

Owoc kaktusa wygląda tak:

Cały natomiast kaktus z owocami wygląda tak (jak oni wpadli, że to może być jadalne, ba! pijalne, to pojęcia nie mam):

        Nazywa się to u nich 'likier z opuncji' . Co brzmi lepiej niż 'mizernej mocy alkohol z kaktusa'. Na szczęście krzewy winogron czasem jednak dają u nich owoce, bo można nabyć w każdym prawie sklepie maltańskie wina. W całkiem znośnej cenie i sympatycznie pieszczące podniebienie. Sprzedają je tutaj w restauracjach w półbutelkach. Tak to nazywają - 'half bottle', choć przecież bardziej odpowiednie byłoby 'small bottle'. Gdyż po zamówieniu half bottle dostajemy small bottle o objętości 0,375l, czyli połowę butelki normalnej. Bardzo to jest dobry pomysł, bo butelka do obiadu na dwie osoby to jednak sporo, a z małej wychodzi po dwa kieliszki. Idealnie.

Białe half bottle wygląda tak:

        Kelner nalał trochę i patrzy na mnie wyczekująco. Zanim się zorientowałem, że trzeba odprawić rytuał przez głowę przebiegały mi w tempie teleekspresu myśli przeróżne: 'czy powinienem mieć tu krawat?', 'mam coś na twarzy?', 'podobam mu się?', 'czy na pewno wyłączyłem żelazko?'. Ale się zorientowałem. Zrobiłem więc mądrą minę, łyknąłem odrobinę, wpierw powąchawszy (choć węch mam kategorii 17), po czym skinąłem porozumiewawczo głową, co w międzynarodowym języku kelnerów oznacza 'lej pan'. A wszystko to trzymając kieliszek profesjonalnie za stopkę. Za trzymanie za stopkę u kelnera od razu +5 do zajebistości.

         Położenie hotelu miało również jedną zaletę. Idąc od przystanku nie dało się nie przejść obok jednej całkiem sympatycznej knajpki. Znaczy formalnie to się dało. Jak się obeszło kościół z drugiej strony, to można było zamiast obok knajpy przejść obok cmentarza. Ale kto rozsądny chodzi w nocy koło cmentarza? Więc z jednej strony 20 metrów od kościoła cmentarz, z drugiej 15 metrów od kościoła knajpa. Z alkoholem, żeby nie było wątpliwości. I nikomu to nie przeszkadza.

A cmentarz ma 100m2 i wygląda tak:


         Po likierze z kaktusa, winie z winogron, pozostało jeszcze spróbować piwa. Na Malcie gdy prosicie o piwo to nie pytają 'jakie?', tylko 'zwykłe czy excel?'. Bo z automatu dają jedyne chyba lokalne piwo - Cisk. Z wyglądu, ze smaku i z brzmienia - nasze tyskie.

Maltańskie tyskie wygląda tak:

        Inne piwa dostaje się na specjalne życzenie. Do wyboru najczęściej: Heineken i Guinness. Ceny w knajpach zbliżone do cen w naszych knajpach. I wolno pić w tzw miejscach publicznych, o ile nie pije się bezpośrednio z butelki. Plastikowe kubeczki zatem sprzedają w każdym sklepie. W związku z czym można się szarpnąć romantycznie i wybrance swego serca (i rozumu) zaproponować romantyczny wieczór z romantycznym winem na romantycznej plaży romantycznego Morza Śródziemnego.

Romantyczne wino na plaży wygląda tak:

Koniec części drugiej, choć przecież nie ostatniej. Nie ma lekko.

środa, 30 listopada 2016

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Malta, część 1

        Jacek, znany powszechnie podróżnik, wędrowiec oraz - nie bójmy się tego słowa - globtroter niemalże, odbył swego czasu, czyli jakoś w środku listopada, podróż na Maltę. Listopad to najlepszy czas na podróż na Maltę. Turystów już mało, bo myślą, że jak u nas zima, to na Malcie też. Tubylcy zresztą też myślą, że u nich zima. Połowa atrakcji zamknięta, bo “winter is coming”. A tymczasem temperatura w dzień dochodzi do 30 stopni, a w okolicy 20-ej wieczorem ciągle jest 20 stopni. Ale opatuleni chodzą w kurtki. Po tym się tam odróżnia turystów od tubylców - tubylcy w kurtkach, turyści w podkoszulkach. No i jeszcze po tym, że turyści zawsze w ostatniej chwili przebiegają przez jezdnię, żeby zdążyć na autobus, który nadjechał ze złej strony. Gdyż w tym dziwnym kraju, w którym wszystko jest pod górkę, jakby jeszcze tego było mało, to jeździ się po złej stronie drogi. I oni tam się strasznie boją deszczu. Co się jakaś chmurka pojawiła na niebie, to od razu wszyscy “musicie kupić kurtki przeciwdeszczowe, bo będzie padać”. Nie padało. Pomijając piątek, ostatni dzień, ale to się nie liczy, bo wyjeżdżaliśmy. No i w środę, ale wtedy i tak nigdzie nie szliśmy, bo odpoczywaliśmy po całym wtorku łażenia. Właściwie połowie wtorku, bo połowę przesiedzieliśmy w kasynie, żeby nie zmoknąć. W czwartek to tylko przed południem, a wychodziliśmy dopiero po południu. W piątek jak przylecieliśmy też się nie liczy, bo przylecieliśmy wieczorem i prosto do hotelu.

        A z hotelem to było tak. Przyszła po nas pani z karteczką, na której napisana była maltańska wersja mojego imienia, czyli Jaceb N. Machając rękami skierowała nas do busa. Załadowanego już do pełna niemieckimi i angielskimi emerytami. Walizka… ha! jedna, jedyna walizka! Gdyż uparłem się, że nie noszę dwóch i już po dwóch godzinach płakania i tupania nogami udało mi się moją niewiastę przekonać, że damy radę z jedną. Prawie daliśmy. Tylko bagaż podręczny w drodze powrotnej oscylował na granicy dopuszczalnej wagi. Że pozwolę sobie zacytować fragment z jednego z poradników “Jak przeżyć z kobietą” (do kupienia przy wyjściu) - “bo prezenty”. Zatem jedna walizka.


        Jedna walizka wymagała specjalnego, opatentowanego sposobu pakowania ubrań w rulonik - ClothRulon™. Niestety pomimo trzykrotnego obniżenia ceny oraz obietnicy darmowego kursu składania, prowadzonego osobiście przeze mnie w bieliźnie, nie udało mi się sprzedać licencji. Co widać na powyższym zdjęciu. W związku z czym zmieściłem się w ćwierć walizki, w pozostałych trzech ćwierciach zmieściła się moja niewiasta. Z trudem.

        Wracając do busa z emerytami (do którego jako emeryt, poniekąd pasowałem, tylko młodszy jestem i ładniejszy)... Walizka poleciała na szczyt góry walizek już upchniętych z tyłu. Patrzymy, a kierowca pakuje się na miejsce pasażera, a mnie zaprasza za kierownicę. Ale jak wsiadłem to się okazało, że zdążył ją zabrać na swoją stronę. I jedziemy. Pierwszy hotel, 5 gwiazdek, wysiadają turyści z Niemiec. Drugi hotel, 4 gwiazdki, wysiadają turyści z Anglii. Trzeci hotel, trzy gwiazdki, wysiadają ukryci na ostatnim siedzeniu turyści z Rosji. Potem długo, długo nic, jedziemy przez miasteczko, miasteczko się kończy, kierowca wysiada, wyjmuje naszą walizkę i mówi “tam w dół trzeba iść”. Pomyślałby kto, że z górki to i tak łatwiej niż pod górkę. Tymczasem “tam w dół trzeba iść” wyglądało tak:


I idź, człowieku, w obcym kraju, w nocy, na końcu wioski w ciemność (jedna latarnia światła nie czyni). Przełknąłem ślinę, dyskretnie, coby niewiasty nie straszyć, myśląc o moich przodkach, łowcach i predatorach, którym mamuty nie straszne były. “W takiej wąskiej uliczce mamut się nie zmieści” - z tą myślą przewodnią dziarsko ruszyłem w mrok.
        Hotel, owszem, był. Nawet czynny. Pełen rozbawionych muzyką na żywo ubogich angielskich emerytów w opcji All Inclusive. Na szczęście widok w dzień okazał się bardziej znośny.




I tym optymistycznym akcentem, moi wierni czcigodni i szanowni, Wuj Jacek kończy pierwszą transmisję prawie na żywo z Malty.

poniedziałek, 31 października 2016

Suchar informatyczny #5

Suchar informatyczny na dziś:

"Użytkownicy komputerów dzielą się na:
a) robiących kopie,
b) tych, co będą robić kopie."

Komentarz.
        A to, moi szanowni, w zasadzie nie jest suchar, ale prawda życiowa bazująca na przykrych doświadczeniach pokoleń użytkowników komputerów. Róbcie backup-y. Kiedyś w tym celu trzeba było nagrywać setki płyt. Teraz wystarczy tylko odpowiedzieć TAK na pytanie "czy chcesz aby Google miało dostęp do wszystkiego co napiszesz, sfotografujesz, zobaczysz lub pomyślisz oraz zachowywało wszystko w chmurze do ewentualnego wykorzystania?".

Dygresja.
        Swoją drogą btw, w przeróżnych opcjach backup-ów ciągle brakuje jednej. Najważniejszej. Znanej z niektórych powieści SF opcji backup-u samego siebie. Niekoniecznie postaci fizycznej. Mi osobiście wystarczy, jeśli uda się zachować gdzieś stan mojego umysłu. Póki jeszcze cokolwiek kojarzę.
        Pomyślcie. Zapisujecie się dzisiaj. Jutro rano przydarza się coś bardzo niefajnego, o czym chcecie zapomnieć. Zatem jutro wieczorem przywracacie się z kopii. Jesteście wprawdzie jeden dzień do tyłu za resztą ludzkości, ale przykre wspomnienie nigdy się nie pojawiło. "Ale przykre wspomnienia są częścią naszego życia" powiecie. "Bla, bla, bla" odpowiem. Są, bo nie mieliśmy wyjścia. Trzeba było sobie z nimi jakoś radzić, więc zracjonalizowaliśmy je i teraz są "elementem kształtującym naszą osobowość". Ja poproszę reset i rano wstaję świeżutki i radosny. Tylko poprzedni dzień nigdy się nie wydarzył.
        Albo opcja przywrócenia backup-u do innego ciała. Pomyślcie o możliwościach. Rano dzwoni budzik. Wstajecie, idziecie do przedpokoju, otwieracie szafę, włączacie Jacka numer dwa, wgrywacie mu poranną kopię i wysyłacie do pracy. Po czym wracacie do łóżka.Czy to nie wspaniała wizja?
        Albo potrzebujecie załatwić sprawę w urzędzie, a ta flądra zza okienka mówi, że się nie da. Wgrywacie się do młodego, 35-letniego ciała z włoskim akcentem, udajecie się ponownie do flądry zza okienka i jedziecie "ciao bella, jesteś tak piękna, że prawie Cię ti amo. Co taka bella kobieta robi w takim miejsce? Pozwól mnie porwać się na dancing, bella. Tylko mam tu jeden taki mały dokumentini, nie chcę sprawiać kłopot. och bella, zrobisz to od ręki? Wspaniale. Wspaniała." po czym z dokumentem odwracacie się do flądrelli i udajecie się do domu.
        Albo wgrywacie się do ciała dobrze zbudowanej blondynki i stajecie przed lustrem… A nie, to miało iść do innego wątku.
        Albo wgrywacie się do komputera połączonego z całym światem. W jednej chwili stają przed waszą cyfrową świadomością nieograniczone niczym innym, tylko wyobraźnią możliwości. Średniowieczny zamek? Pstryk. Polowanie na tyranozaura. Pstryk. Wyprawa do Alfa Centauri? Pstryk. Wszystko. Na jeden pstryk. Powiedzcie, że nie chcielibyście przynajmniej spróbować. Ja bym chciał.

Róbcie backup-y, nie wiadomo kiedy będą potrzebne.