środa, 18 października 2017

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 21

        Przyjaciele, koledzy, współtowarzysze w niedoli i sporadycznych chwilach szczęścia. Dowiedliśmy w jednej z poprzednich części poradnika, iż powszechnie obśmiewane przez nasze i wasze kobiety niegroźne, wydawałoby się, dolegliwości, przez nas traktowane jak choroby śmiertelne, mają uzasadnienie ewolucyjne. A z ewolucyjnym uzasadnieniem się nie dyskutuje. Jeśli natura zechce skorygować, to skoryguje. Do tego czasu katar, gorączkę i skaleczony palec traktować będziemy jak śmiertelne zagrożenie i odpowiednio do tego się zachowywać. Czyli siedzieć w domu oraz domagać się troski, uwagi i obiadu.
        Wiemy zatem, że choroby nasze, myśliwych, predatorów, dostarczycieli mamuciego mięsa do jaskiń są potencjalnie śmiertelne. Nasze zachowanie w trakcie tych dolegliwości jest zatem jak najbardziej uzasadnione i niech się te baby z Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie wypchają. Gdy po latach bezustannych polowań, walk z mamutami, tyranozaurami i członkami innych plemion przydarzy się wam, szanowni, potencjalnie śmiertelna choroba, nie wahajcie się. Zasłużyliście na opiekę w tych dniach wielokrotnie. Leżcie wygodnie i patrząc hardo waszym niewiastom w oczy zmieniajcie kanały w TV i popijajcie piwo.

        Jednakowoż, czcigodni, zdarza się, iż dochodzi do sytuacji karygodnych. Otóż zdarza się, że “zachoruje” wasza kobieta. O ile w naszym przypadku, myśliwych i predatorów, spędzających godziny na tropieniu i upolowaniu zwierza, w warunkach najeżonych niebezpieczeństwami i śmiertelnymi pułapkami, deszczem, upałem, wilgocią i zimnem, choroby nie są niczym dziwnym, o tyle w przypadku kobiet nie ma to żadnego usprawiedliwienia. Siedzą całymi dniami w ciepłej i suchej jaskini, okryte futrami z upolowanych przez nas zwierząt, przygotowujące posiłki z upolowanych przez nas zwierząt, plotkując o koleżankach i najnowszych trendach w odzieży skórzanej przygotowywanej z upolowanych przez nas zwierząt. Nie ma jak zachorować. Z tego właśnie powodu - i mamy na to liczne dowody z wykopalisk - kobiety genetycznie i ewolucyjnie nie chorują. Lub też - nie powinny chorować. Lub też - nie powinny robić z tego wielkiego łolaboga.

        I tu przechodzimy do sedna. Nie powinny, ale jednak im się zdarza. No i wtedy jest ambaras. Gdyż kobieta, z jakiegoś powodu przekonana o posiadaniu takich samych praw jak mężczyźni, domaga się prawa do opieki podczas choroby. Takiej samej opieki jakiej z wielką łaską dostarczają nam, gdy przydarzy się nam czasem prawie śmiertelne 37 stopni gorączki lub krwawiący palec. Wiadomo, że my musimy wyzdrowieć szybko i skutecznie. Nie możemy się podczas choroby rozpraszać, całe siły organizmu rzucamy na chorobę. A dla kogo to wszystko? No przecież nie dla nas te polowania. Dla nich. Z naszej miłości. I trochę z ich narzekania:

- Siódmy raz w tym tygodniu mamut?
- Suknie ze skóry mamuta są już niemodne. Nie mógłbyś zapolować na tygrysa szablastozębnego?
- No co się tak wylegujesz? Słońce wstaje za 3 godziny. Leć po bułki i świeżą antylopinę.
         
        Przecież, bądźmy szczerzy panowie, każdy z nas potrafi przeżyć tydzień zużywając jeden talerz, jeden kubek, jeden komplet sztućców i jeden udziec mamuta. Dopóki nie ucieka, jest jadalny. Ale one nie. Więc wstajemy przed świtem, ruszamy na łowy, do sklepu, przedzierając się przez mrok, zimno, śnieg, grad i tygrysy. Wszystko dla naszych ukochanych. W zamian chcemy tylko móc spokojnie rzucić wszystkie siły na walkę z chorobą. W tych oczywiście rzadkich chwilach, gdy zdarzy nam się zachorować. Czy naprawdę podanie nam pilota leżącego poza zasięgiem naszej ręki to taki wysiłek? Naprawdę wymaga wzdychania i przewracania oczami? Czy podanie nam piwa z lodówki naprawdę jest takie trudne? Przecież, droga żono/narzeczono/kochanko, nie musisz się na nie czaić w mroku bez ruchu przez pięć godzin. Nie ryzykujesz stratowania przez stado uciekających piw. Nie musisz nieść stukilowego udźca z piwa przez 20 kilometrów. Sięgnięcie do lodówki - tak na marginesie wtarganej przez nas i naszych kolegów na plecach do jaskini na czwartym piętrze - i wyjęcie piwa jeszcze nikogo nie zabiło. W przeciwieństwie do niezaleczonej gorączki, skaleczenia czy kataru.

        Ten przydługi odrobinę wstęp służył jednemu celowi - bez najmniejszych wątpliwości dowieść, że nie dostajemy należącej się nam opieki w rzadkich chwilach ciężkiej choroby. Dowiedzione zostało. Wróćmy zatem do tematu tego wykładu.
        
        Tematem tego wykładu jest, że teraz choruje kobieta. Ni stąd ni zowąd, siedzi sobie spokojnie w ciepłej jaskini, plotkuje z koleżanką o najnowszych trendach w odzieży skórzanej i nagle bach - gorączka. No 40 stopni, myślałby kto, i już leży i nie ma siły ugotować obiadu. W dżungli to by jej jakieś niebezpieczeństwo groziło, ale w jaskini? Co na nią zapoluje w jaskini? No przecież nic, gdyż kto zadbał o bezpieczeństwo? Tak, mężczyzna. Oraz lekki ból gardła objawiający się chrypką, przez co, biedaczka, mówić nie może za bardzo. Na co - nawiasem mówiąc - jeszcze żaden mężczyzna nigdy się nie skarżył. Czasem dochodzi do tego podobno “okropny” ból głowy. Phi, żeby jedna z drugą wiedziała jak boli głowa odgryziona przez tygrysa, to by zredefiniowała znaczenie słowa “okropny”. Niemniej, niezależnie od okoliczności i sensowności tego przedsięwzięcia, kobieta czasem choruje i na nas, myśliwych i predatorów, spada obowiązek zadbania o domostwo. Jaskinię znaczy.

        Zadanie pierwsze: “posprzątaj”. Chora, z gorączką i “okropnym” bólem głowy kobieta stawia zadanie “posprzątaj”. Czy któremuś z Was, szanowni i czcigodni, wpadłoby podczas śmiertelnej choroby martwić się o porządek? Nie wpada nam to do głowy nawet w szczycie formy, a co dopiero podczas choroby. Podczas śmiertelnej choroby ważne jest, aby przygotować ostatnie słowa. Historia zapamiętuje ostatnie słowa. “Ja nie skoczę? Potrzymaj mi piwo” znają wszyscy, a czy ktoś zapamiętał jaki był wtedy bałagan/porządek w pokoju? No oczywiście, że nie, bo nikt na to nie zwraca uwagi. Ale ok, chora kobieta, bredzi w gorączce, posprzątamy.
Dwie minuty rozglądania się po jaskini później…
Na twarzy mina what the fuck. Gdyż rozglądamy się po jaskini, a tu wszystko w najlepszym porządku. Niczego do posprzątania. Zatem znikamy na godzinę z oczu chorej małżonki, odpalamy z Youtube dźwięk odkurzania i rozkoszujemy się chłodnym browarkiem.

        Zadanie drugie: “ugotuj”. Trochę bardziej zrozumiałe niż “posprzątaj”. Ale tylko trochę. Ugotuj? Gdy zawsze było “upoluj”? Kobieto! Mówisz do wytrawnego i wytrwałego myśliwego, zdolnego do wielogodzinnego czatowania bez ruchu na dogodny moment do ataku. Zdolnego do tropienia rannego mamuta przez wiele kilometrów. Do przyniesienia do domu 30-kilogramowego udźca z owego mamuta. Ale “ugotuj”? Dotychczas część pomiędzy “zrzuć mięcho w kuchennej części jaskini” a “spożyj przygotowany z niego posiłek” pozostawała dla nas ukryta w mrokach kuchni. Tymczasem bez przygotowania mamy w te mroki wkroczyć. Ale przecież jesteśmy nieulękłymi łowcami. Wkraczamy i bierzemy się do pracy. Gdzie tu się zapala światło? Jak ona to dzieli na takie małe kawałki? Ogień! Gdzieś tu powinien być ogień. Jak ona to rozpala? Przecież nasi przodkowie jedli to na surowo i żyją. Znaczy nie żyją, ale przyczyną był tyranozaur a nie surowa potrawa. I tak właśnie wymyśliliśmy tatara i sushi (następnego dnia).
        Drodzy koledzy. Mroki kuchni to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem tylko kilka dni wysłuchiwania rzucanych mimochodem “mówiłam ci, zostaw tego ochlapusa”, “a ten Janek spod dwójki jest ciągle wolny”, “co to za chłop, co nawet steku z mamuta nie umie przyrządzić”, “a Marta ze Zdziśkiem kupili nową jaskinię, a ten twój to niczego nie umie załatwić” i małżonka wraca do zdrowia, a my odzyskujemy możliwość zniknięcia na cały dzień na polowaniu. Czyli nareszcie spokój.

        Zadanie trzecie: “herbaty”. To taki napój. W przygotowywaniu napojów, wydawać by się mogło, jesteśmy od pokoleń nieźli. Tajemna wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie niczym u jakichś druidów. Napoje rozgrzewają nas podczas wielogodzinnych polowań, podczas rytualnych, wtorkowych, męskich rozmów o najnowszych trendach w dziedzinie broni miotającej antymamuciej. Krótko mówiąc - w warzeniu napojów jesteśmy nieźli. A przynajmniej tak się wydawało zanim nie zabraliśmy się do robienia herbaty. “Za gorąca! Chcesz mnie zabić? Pewnie żeby się bez problemów spotykać z tą lafiryndą spod trójki. Bez cukru? Pewnie, żałuj chorej żonie cukru. Tej lafiryndzie spod trójki pewnie byś 5 łyżeczek zasypał. A cytryna? Wiesz, że chory potrzebuje witamin, a ty mi bez cytryny. Już mnie nie kochasz. Takie wielki kawał cytryny? Jak mam to teraz pić jak cytryna wszystko zasłania? Herbata owocowa? Oszalałeś? Wiesz, że są radioaktywne? Teraz to już na pewno chcesz się mnie pozbyć. Bio, mówiłam wiele razy, że ma być czarna bio. Inne są hodowane przy drodze i zawierają ołów i inne świństwa. Chcę tylko bio, hodowane na odchodach młodych mamutów karmionych bio-trawą, zbierane o świcie w noc przesilenia wiosenno-letniego przez nastoletnie dziewice karmione tylko bio-herbatą. Nie obchodzi mnie, że dzisiaj niedziela i sklep zamknięty. Nie kochasz mnie. Chcę umrzeć. Idź po moją mamę. Gdzie idziesz? Wracaj tu. Przytul mnie. Odsuń się, nie lubię cię teraz. Przytul mnie. Nie zbliżaj się do mnie.
        Szanowni koledzy. Sztuka zrobienia herbaty to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem kilka dni jak wyżej.

        Zadania czwarte: “lekarstwo”. U facetów to łatwo. Albo umieramy albo da się nas wyleczyć za pomocą napoju. W przygotowywaniu napojów jesteśmy nieźli, więc w domu zawsze jest jakieś lekarstwo na wszelki wypadek. W przypadku chorej żony odkorkowujemy lekarstwo, nalewamy odrobinę do szklanki i podajemy żonie. Chwilę później wykonujemy unik przed rzuconą, z niebywałą jak na chorą kobietę siłą, szklanką oraz robimy zdziwioną - całkowicie szczerze - minę. Gdyż nie takie to miało być lekarstwo. A gdzież my, kochanie, trzymamy lekarstwo? - pytamy grzecznie i potulnie, nie będąc pewnym czy chora małżonka nie ma pod ręką drugiej szklanki. “Boshe, przecież to oczywiste. W łazience, w szafce z detergentami, w puszce po kawie z napisem sól.” Trywialne.

        Po kilku dniach takiej mordęgi nawet najwytrwalszy z nas zasługuje na kilka tygodni odpoczynku. Czy dany nam będzie ten odpoczynek? Naiwni pomyślą, że owszem. Doświadczeni wiedzą, że nie. Jedyne na co możemy liczyć to niezbyt wiele pogardy i zniecierpliwienia w słowach “A ty co się tak po jaskini szwędasz? Nie dość się obijałeś przez ostatnie kilka dni? Weź się do jakiejś roboty.” Nie dyskutujemy, ale wykorzystując okazję udajemy się na wielodniowe polowanie na wściekłego tyranozaura na terytorium zamieszkanym przez krwiożerczych ludożerców, pełnym trujących roślin, wielkich ptaków drapieżnych, tygrysów szablastozębnych, skorpionów i komarów wielkości małego mamuta roznoszących nieuleczalne choroby. Należy nam się w końcu trochę odpoczynku.

piątek, 22 września 2017

Dlaczego to jest zabawne?





...zapytano na jednej ze stron na Facebooku i dołączając obrazek, który pozwalam sobie również zamieścić (autorstwo: @nieladnierysuje).



Otóż to nie jest zabawne w ogóle. Wyjaśniam dlaczego.

        Niezabawny ów obrazek co pokazuje? Widzimy anonimowego, zdehumanizowanego - tak, właśnie zdehumanizowanego, bo jak inaczej nazwać narysowanie go bez połowy ciała, a zwłaszcza głowy? - mężczyznę puszczanego z torbami... z torbą właściwie, gdyż nie ma powodu aby sądzić, że ma więcej niż jedną torbę. Postawa owego nieszczęśnika sugeruje, iż stracił wszelką nadzieję. Po miesiącach prób, jednostronnej walki o związek, cierpliwego znoszenia żartowania ze spraw poważnych, zaciskania zębów z powodu nieodkładania kluczy na miejsce i zajmowania jego jedynej półki w łazience poddał się. Odchodzi zabierając wszystko co mu pozostało - jedną torbę i brudne dżinsy. Ze smutkiem oznajmia zrezygnowany "- Odchodzę". Jednak nawet w takim momencie - poniżony, zrezygnowany, porzucony - potrafi zachować się z honorem, jak na mężczyznę przystało. Jego "- Odchodzę" nie jest zakończone kropką nienawiści. "Odchodzę, ale nie nienawidzę cię", "Odchodzę, ale pozostań w pokoju", "Odchodzę, kocham cię więc wypuszczam cię na wolność". Choć bądźmy szczerzy, większości z nas na usta w takiej sytuacji cisną się zgoła inne słowa.


        Zatem mamy z jednej strony opisanego powyżej mężczyznę. Co mamy z drugiej strony? Kobieta, nieanonimowa, bo narysowana cała. W przeciwieństwie do mężczyzny jej nie odebrano człowieczeństwa. Leży sobie wygodnie na miękkiej sofie, wsparta nonszalancko o jeszcze bardziej miękką poduchę. Kreująca się na intelektualistkę - "czytam sobie książkę i sprawy maluczkich tego świata mało mnie obchodzą". Patrzy wyniośle i przez rozchylone z pogardą usta mówi bez mrugnięcia okiem "- Dobra, idź.". Z kropką. "Dobra, idź, nienawiść". I nawet w takiej chwili nie może się powstrzymać od żartów z poważnych spraw. "A weźmiesz śmieci?" - nóż w serce tego biednego stojącego ze smutkiem w drzwiach człowieka. Gdyby gramatyka polska to dopuszczała to też byłoby z kropką nienawiści. Skąd tyle nienawiści, zapytacie, o niedomyślni. Z genów, moi drodzy. Nieprzypadkowo kobieta na obrazku jest ruda. A rude, wszyscy to przecież wiedzą, są wredne i fałszywe. A ta jest ruda do szpiku kości i aby to podkreślić autor rysunku również brwi wyraźnie namalował na rudo.


        To nie jest zabawne w ogóle, gdy ruda do szpiku kości kobieta żartuje sobie podle z wrażliwego do szpiku kości mężczyzny.





Uwaga, powyższy komentarz ma być z założenia komentarzem humorystyczno-ironicznym i nie ma obrażać kobiet ani mężczyzn, bez względu na ich płeć, kolor włosów, ulubioną literaturę, wyznanie lub jego brak, ulubioną pozycję na miękkiej sofie, liczbę toreb zabieranych przy odchodzeniu, sprawy uważane przez nich za poważne oraz używanie kropki nienawiści lub nie. Oraz ze wszystkich innych. Przy czym należy uwzględnić fakt, że czasem moje komentarze są humorystyczne i ironiczne tylko dla mnie.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Bieszczady

        Ostatnimi czasy, tak się jakoś złożyło, iż Jacek, powszechnie znany ze swojego lenistwa oraz legendarnej niechęci do zbędnego wysiłku fizycznego, uprawia zbędny wysiłek powszechnie. Tym razem zachciało mu* się odwiedzić Bieszczady.

        Bieszczady - grupa dwóch pasm górskich w łańcuchu Karpat. Pasma Bieszczadów znajdują się między Przełęczą Łupkowską (640 m n.p.m.) a Przełęczą Wyszkowską (933 m n.p.m.). Najwyższy szczyt Bieszczadów to Pikuj (1405 m n.p.m., na Ukrainie) zaś na terytorium Polski – Tarnica (1346 m n.p.m.).**

        Powyższa definicja z Wikipedii brzmi niepokojąco. ‘Górskich’ w języku jackowym oznacza, że trzeba będzie iść pod górę. Jackowe doświadczenie w chodzeniu pod górę mówi, że jakakolwiek to by nie była góra, pod górę zawsze idzie się dłużej i dalej niż z góry. Zatem Jacek z definicji nie przepada za górami. Powierzchnie płaskie są Jackowi zdecydowanie bliższe.***
        Ale to nie jedyna wada Bieszczad. Otóż nie latają tam samoloty i trzeba się udać w całodniową sześciogodzinną podróż samochodem. Sześć godzin w samochodzie. Złorzecząc na wszystkich baranów jadących wolniej niż ja i wszystkich szaleńców jadących szybciej niż ja.
        Po wykupieniu ubezpieczenia od złej pogody i pokonaniu 3875 kilometrów, a także wysłuchaniu w czasie jazdy licznych piosenek dziecięcych dojechaliśmy na miejsce. Padało. A nawet leżał śnieg. Śnieg w maju? Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tam w weekend majowy będzie śnieg? Rozchorowałbym się i nie musiał jechać. Bo już wiem, że można się rozchorować na życzenie. To się nazywa ‘psychosomatycznie’.

Nieprzebyte hałdy śniegu w maju. Zgroza. Nie dla wrażliwych.
       Nie zraził nas śnieg i nie zraził nas deszcz****, poszliśmy na zapoznawczy spacer. We wojsku to się nazywało rozpoznanie. Czyli znalezienie najbliższej knajpy na wypadek gdyby padało. Padało. Knajpa najbliższa - nie mylić najbliższej z bliską, trzeba było zasuwać z pół godziny pieszo, a to duuuużo więcej niż jackowa definicja bliskości - nazywa się Baza ludzi z mgły. Ponoć kultowa. Pewnie ze względu na wiszące wszędzie zdjęcia ludzi w tej mgle zagubionych.

Fotografie zagubionych we mgle.
Wspomniana mgła.
 
Schronisko, tudzież siedlisko, położone było nad rączym ruczajem. Albo pięknym, modrym Dunajem, wedle uznania. Rączy ruczaj wygląda tak:
Rączy ruczaj.
Poniżej jakiś potok w lesie, bez związku z tematem, chciałem się tylko pochwalić jakie mi ładne zdjęcie wyszło.
Jakiś potok w lesie.
        Co robią nierozsądni ludzie w Bieszczadach? Ano zamiast siedzieć z grzańcem na kaganku siedliska to idą w góry. Tako i my poszliśmy. Prawie. Gdyż szczęśliwym zbiegiem okoliczności małoletnią turystkę przypadkiem od rana bolało kolano. Złośliwi twierdzą, że nie przypadkiem. Że będąc znany z nienadużywania aktywności fizycznej w jakiś sposób przyczyniłem się do owego przypadku. Oświadczam zatem niniejszym, iż owe kalumnie są rzucane są na mnie absolutnie bezpodstawnie. Młotek w środku nocy był mi potrzebny, gdyż ze ściany wystawał gwóźdź i nie mogłem dopuścić do czyjegoś zranienia. Natomiast znaczny ubytek finansowy na moim koncie nie wynikał z przekupienia małoletniej w celu wiarygodnego symulowania bólu kolana. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Koniec oświadczenia.

        Małoletniej należy przyznać, że była dzielna. Pomimo tego kolana (i licznych zachęt z mojej strony do pozostania w domu) wdrapała się do połowy drogi do Chatki Puchatka. Tam niestety ból wygrał. Heroicznie, rezygnując ze zdobycia szczytu i sławy, poświęciłem się i zaoferowałem swe urocze niewątpliwie towarzystwo w drodze samochodu. Ledwo weszliśmy do samochodu zaczęło lać. Ponownie wysłuchałem licznych piosenek dziecięcych. Odczekaliśmy aż przestanie padać i z gór z potokami wody spłyną turyści, po czym, słuchając licznych piosenek dziecięcych wróciliśmy do siedliska.

        Dzień drugi. Wetlina powitała nas, niespodzianka, deszczem. Poszliśmy tylko na krótki spacer do rączego ruczaju. W drodze trzeba było pokonać kilka drewnianych schodków. Niestety podstępne, mokre i śliskie schodki pokonały nas. Konkretnie tym razem pełnoletnią z moich niewiast. A mówiłem “nie saltem kochanie, nie saltem, tylko grzecznie po schodkach”, to nie słuchała. W efekcie stłuczona kostka i mokry tyłek.

        Dzień trzeci. Nie chcieliśmy już kusić losu, więc porzuciliśmy myśl o zdobywaniu szczytów. Gwoli ścisłości - ja takiej myśli nigdy nie miałem. Czy góry mnie słyszą? Nie trzeba na mnie rzucać klątw, nie wybieram się na szczyty. A jeszcze prognoza pogody mówiła o burzy i gradzie. Kto rozsądny idzie w góry przy takiej prognozie? Okazało się, że wszyscy poszli. Na górze nie padało. Za to nie zobaczyli mnóstwa małych, drewnianych kościółków, które zobaczyliśmy my. W deszczu, bo w dolinach padało. Szef siedliska powiedział, że jak dziesięć lat tam żyje to jeszcze takiego deszczowego weekendu majowego nie widział. W sumie frajda uczestniczyć w czymś tak wyjątkowym.

        W sumie nie połaziliśmy zbytnio. A byłem przygotowany ze wszystkim. Może oprócz kondycji, którą zamierzałem przygotować na miejscu.

Kto ma najczystsze buty, no kto? :-)
        Nadejszła niedziela, czas wracać do domu. Znowu 3875 kilometrów wśród licznych piosenek dziecięcych. A już w poniedziałek w pracy wreszcie można było odpocząć. Po raz kolejny upewniłem się, że wolę jednak tereny płaskie (wyłączając ***). Góry pozostawiam góralom.



* mu, buahahaha. Postawion pod ścianą niewiele miał do powiedzenia. Ale trzyma się wersji, że ‘mu’ się chciało, gdyż to mniej rani jego dumę i inne organy.
** Wikipedia.
*** Nie dotyczy kobiet, w przypadku których Jacek jest w stanie tolerować wzgórza i doliny. Czasem nawet niewielkie zarośla.
**** Znaczy dziewczyn nie zraził. Ja zostałem zrażony strasznie. Właściwie to się na Bieszczady obraziłem i chciałem wracać, ale pod palącym wpływem skumulowanych spojrzeń dwóch niewiast dumnie się wyprostowałem i hardo odpowiedziałem ‘no dobra, idę’.

wtorek, 25 lipca 2017

O bastionach mody

        Springfield, bastion mody męskiej, źródło 85% moich ubrań. Po latach bezprzykładnej wierności marce czegóż się dowiaduję? Ano dowiaduję się, że żaden to bastion i ubrania dla kobiet też mają. Skandal i hańba Ci Springfieldzie. Jeden z nielicznych sklepów, gdzie wszedłszy nie rozglądałem się nerwowo szukając w hali z ubraniami dla kobiet małego kącika dla mężczyzn. Gdzie przed sklepem - dla odmiany - gromadził się i przestępował nerwowo z nogi na nogę tłumek kobiet oczekujących na swych pogrążonych w zakupach mężów/narzeczonych/kochanków/chłopaków. Kobiet, które tak przestępując z nogi na nogę nawet w drobnym ułamku nie przeżywały tego co my czekając przed Tatuum, Bershką (tu 75 innych sklepów) czy innym Desigualem. Gdyż jesteśmy mężczyznami, jesteśmy znani z szybkości - 30 sekund, góra minuta i po sprawie. A one potrzebują czasem i 3 godziny. Hańba Ci Springfieldzie za tę zdradę.

        Jakby tej zdrady było mało, choć już prawie ją wybaczyłem, to mi nóż w plecy z drugiej strony wbito. Springfield, nie dość, że sprzedaje ubrania dla kobiet, to jeszcze zamyka sklepy. No jak tam można człowiekowi prawie jedyne źródełko odbierać? Hańba Ci Springfieldzie po raz drugi.

Cóż ja teraz, biedny, pocznę? Gdzie w spokoju zrobię zakupy?