czwartek, 18 stycznia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 2.

        Zatem Antwerpia właściwa. Antwerpia właściwa składa się ze strony prawej, cywilizowanej, nadającej się do zamieszkania oraz lewej, dzikiej, nieprzyjaznej, porośniętej krzakami, w których mieszkają wilki. Czyli jak w Warszawie, tylko odwrotnie. W przeciwieństwie do Warszawy jednak, w Antwerpii do części dzikiej dostać się można nie mostem a tunelem. Jakieś 30 metrów w dół po schodach, potem pół kilometra pod ziemią i wodą i znowu 30 metrów w górę po schodach. Znam z opowieści tylko, gdyż jako człowiek rozsądny unikam miejsc, w których od milionów litrów wody dzieli mnie tylko belgijska myśl budowlana. A propos wody. Ichniejsza Wisła nazywa się Skalda i wygląda tak:

Taka tutejsza Wisła.
Zdjęcie zrobione z brzegu cywilizowanego. Jak się dobrze przyjrzeć na brzegu po drugiej stronie rzeki widać polujące wilki.

        Zwiedzanie Antwerpii rozpoczęliśmy od wniesienia walizek (bo to nigdy nie jest jedna walizka, nigdy) na drugie piętro bez windy. “Pff” - pomyślałby ktoś, kto nie był, nie widział i generalnie się nie zna. Gdyż schody w budynkach mieszkalnych w Antwerpii wyglądają tak:

Schody kręcone mocno.
        Po takich schodach bez walizki wchodzi się niezbyt komfortowo. Z walizką wchodzi się koszmarnie, Dla porównania na zdjęciu stopy Jacka na belgijskich schodach. Jak widać filigranowej postury Jacek zajmuje całą niemal szerokość schodów. Już schody na okrętach podwodnych dają większe pole manewru niż te tutaj. Osoby z lekką klaustrofobią lub chorobą morską (po dwóch piętrach chodzenia w kółko nieźle kręci się w głowie) proszone są o robienie przerw na półpiętrach. W tym akurat budynku była nawet winda. Właściwie to… Ej, jakie jest zdrobnienie od ‘winda’? Windusia? Windziunia? Gdyż to nie była winda, to raczej była windziunia. Za dowód niech posłuży informacja, że Jacek po ujrzeniu owej windy stwierdził, że jednak wejdzie po schodach. A kto mnie zna, ten wie, chodzenie po schodach nie jest moją pasją. Nic a nic. Nie zrobiłem zdjęcia wnętrza windziuni, bo musiałbym użyć trybu makro, a jeszcze nie umiem go używać.

        “Zaraz, zaraz...” - napadnie myśl kogoś dociekliwego, “jak oni mają tam takie mikroskopijne schodki, to jak oni wnoszą lodówkę na czwarte piętro?”. Odpowiadam:

W ostępach czają się dzikie podnośniki.
        “W tle, ukryty w gąszczu jednego z nielicznych w Antwerpii drzew, czai się samiec podnośnika. Jego organ dostawczy sterczy w całej okazałości. Wcześniej oznakował teren jaskrawą taśmą, aby podczas aktu dostarczania nie był niepokojony przez tubylców i turystów. Ten dorodny okaz bez problemu sięga do trzeciego piętra i bez trudu może dostarczyć za jednym razem ofiarę o wadze solidnej sofy. Na wysokości trzeciego piętra jego dzisiejszy cel, mieszkanie niczego niepodejrzewającego antwerpianina, gotowe do aktu, z oknem rozwartym na pełną szerokość. Tu widzimy mieszkanie z podgatunku planus fenestram mantis, czyli z oknem uchylnym do góry. Tereny Antwerpii zamieszkuje również nie mniej popularny podgatunek planus fenestram latus, czyli z oknem uchylnym na boki. Podnośniki równie chętnie krzyżują się z oboma podgatunkami.”
Czytała Krystyna Czubówna.

        Tak, moi mili i czcigodni, w Antwerpii meble dostarcza się przez okna. Po dostarczeniu idzie się na to z czego słynie Antwerpia - diamenty i czekoladę. Przy czym na diamenty możemy tylko popatrzeć przez szybę, natomiast na czekoladę również możemy tylko popatrzeć przez szybę. Dobra, żartuję. Na czekoladę można popatrzeć z bliska. Mają nawet muzeum czekolady. Eksponaty tak wyeksponowane, że domyślam się, iż muszą je co jakiś czas uzupełniać. Gdyż kto by się oparł i nie schrupał kawałka wiewióra? No kto? Warto było zapłacić 200€ kary. I można tam sobie tych czekoladek kupić, ale chyba diamenty wyszłyby taniej.

Wiewiór z wnętrznościami z czekolady.
        Co robi każdy uczciwy Polak po posiłku? Idzie do kościoła. Tako i my poszliśmy. Nie było lekko, gdy główna ulica w mieście wygląda jakby budowali pod nią metro po warszawsku:

Budowa pierwszej linii metra w Antwerpii.
        I tak podobno od lat i jeszcze przez lata. Ale nam, mieszkańcom wiecznego miasta, znaczy wiecznie rozkopanego miasta, takie widoki niegroźne. Przybylim, przedarlim się i zobaczylim. Pal licho kościół (choć wypasiony, muszę przyznać), ale ten witraż. Trochę się chyba trzeba było przy nim napracować. Szukałem tam na dole napisu “Made in China”, ale nie było.

Witraż nie Made in China.
        Za to w okolicy była cała chińska dzielnica. Powiadam Wam, przekraczacie bramę i jesteście w Chinach. Wprawdzie nie ma wielkiego muru, tylko mury pobliskich budynków, ale po zamknięciu oczu słychać i czuć Chiny. I jak piszę, że słychać i czuć, to to nie jest metafora, alegoria ani onomatopeja.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy.
        W temacie schodów Antwerpia zadziwia raz jeszcze. Gdzieś w okolicy centrum, znaczy takiego ichniego placu targowego, mają bydynek. A przy budynku schody. I jak żałują schodów w budynkach mieszkalnych, tak tu nie żałowali.

Schody. Więcej schodów. Na dach.
        Możesz sobie, dostojny kliencie wybrać. Schody krótkie, średnio długie i najdłuższe. A wszystkie prowadzące na dach. Nie wiem co jest na dachu, bo jako znany miłośnik schodów nie mogłem się zdecydować, którymi wejść, więc nie wszedłem wcale.

        Nie mam lęku wysokości, gdyż - jak mawiają mądrzy ludzie (a konkretnie to Pratchett w jednej z części Świata Dysku) - to nie wysokość zabija tylko grunt. Mam zatem lęk gruntu. Zatem zdjęcia z wysokości mogą być nieostre i źle wykadrowane, bo ciężko się robi z zamkniętymi oczami. Z dołu to wyglądało tak:

Widok z dołu.
        Nie wiem czy zdjęcie odpowiednio przerażająco oddaje skalę przedsięwzięcia, ale w wagoniku mieści się 6 osób, to sobie dowyobrażajcie. A z góry to wygląda tak (nie wiem co widzicie, bo nie widziałem co robię):

Widok z góry. Chyba.
        Największą jednak atrakcją w Antwerpii w czerwcu był niepozorny turysta z Warszawy. Paparazzi tłoczyli się wokół tak bardzo, że na zdjęciu można policzyć nie tylko ile Jacek ma oczu, ale również ile ma siwych włosów na brodzie.

Przypadkowy turysta z Polski.
Antwerpia, jak i cała Belgia, słyną ze swoich piw. Ale żeby przeprowadzić porządną degustację, to trzeba tam pojechać na trzy tygodnie, a nie na trzy dni. Zatem następnym razem. 
PS. A poprzedni post był postem numer 300. A nikt mi nie powiedział i taka okazja do świętowania nam przeszła koło nosa.

czwartek, 7 grudnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 1

        Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii nie jest znalezienie biletu w cenie niezwalającej z nóg. Nie jest otrzymanie urlopu w terminie niekolidującym z zakupionym biletem. Nie jest nawet przekonanie dwóch niewiast, że jedna walizka na tydzień całkowicie im wystarczy. Jak również dopilnowanie, aby nie próbowały przemycić trzeciej, bo “ale tylko taka malutka, prawie się na podręczny zmieści”. Największym problemem w dostaniu się do Antwerpii jest dostanie się tam z lotniska. W porównaniu z lotniskiem w Charleroi (czy jakoś tak) lotnisko warszawskie znajduje się w ścisłym centrum miasta. Nawet modlińskie jest dwa rzuty beretem od centrum. Tam się jedzie prawie półtorej godziny. Przy dobrym wietrze. Bez deszczu. Poza godzinami szczytu. Mam dowód.

Mówiłem, że półtorej godziny? Mówiłem.


        Z Warszawy do Belgii - półtorej godziny, z lotniska do Antwerpii - półtorej godziny. W sumie i tak lajcik. W Szwajcarii z lotniska jedzie się 3 godziny pociągiem, a cena biletu przyprawia co słabszych o czkawkę.
        Niemniej dolecieliśmy. Pierwsze co się widzi na lotnisku to wszechobecne plakaty reklamowe Pairi Daiza. Takie ichni ogród zoologiczny. Prawie jak warszawski, tylko 50 razy większy, droższy i bardziej wypasiony. Zaprawdę powiadam Wam - przygotujcie wygodne buty, sporo €, dzien wolnego i koniecznie musicie odwiedzić. Mają tam nawet polski akcent.
Polski akcent.
Poza polskim mają również akcenty:

tajski…
Akcent tajski.

Tygrys biały w akcencie tajskim.
afrykański…
Afryka dzika.

Lemur. Po francusku - le murr.

Wujek Stefan. Obok tamtejsze gołębie.
antarktydzki (z unikalnym zdjęciem latającego pingwina)…
Unikalne zdjęcie pingwina, który zapomniał, że ma udawać nielota.

grzybowo - leśny…
Grzyby. Nie znam się, ale wyglądają na jakieś lewe.

Ładne drzewko. Albo krzak.
...oraz chiński, na którym zatrzymamy się dłużej. W akcencie chińskim atrakcją nieodmawialną stał się gabinet pedicurystyczny doktora Yu. Rolę pedicurzystek pełnią w nim wygłodniałe, małe rybki. Udostępnia im się kończyny dolne a one przystępują do pracy. Lub nie, jak widać na poniższym obrazku.
Przypadkowy turysta z Polski.
A tutaj chwilę później gdy dowiedziały się, że jestem znanym i poczytnym blogerem z Polski o międzynarodowej niemalże sławie. Nie dość, że przypłynęły wszystkie, to jeszcze dały znać koleżankom z sąsiednich zbiorników. Ech, sława.
Międzynarodowej sławy bloger i podróżnik z Polski.

        Teren jest gigantyczny, cały dzień spokojnie można rezerwować. Jest gdzie zjeść, jest gdzie odpocząć, lemury łażą luzem, dla znudzonych lub zmęczonych jeździ kolejka parowa. Całość podzielona na strefy tematyczne, z tematycznymi restauracjami. Na szczęście w każdej sprzedawali frytki.


        Uff, zmęczyłem się tym łażeniem. Na dzisiaj starczy, reszta w przyszłości. A przyszłość, jak wiadomo, jest nieokreślona. Mam na myśli taką ogólną przyszłość, nie jakieś konkretne drobiazgi. W konkretnych sytuacjach może być określona. Np jak zrzucam szklankę ze stołu na betonową podłogę to ona z pewnością się stłucze (dla upierdliwych - to normalna szklanka a nie jakaś pancerna, wysokość stołu tradycyjna a nie dla krasnali, nikt szklanki nie łapie po drodze, beton naprawdę jest betonowy). Jak kopnę małym palcem w szafkę to bez wątpienia będzie mnie ten mały palec bolał. Jak wydam 30 zł na kupony lotto to niewątpliwie będzie to stracone 30 zł. I tak dalej. Zatem kiedyś w przyszłości nastąpi część 2. O Antwerpii właściwej.

A teraz idę kupować prezenty. (Znaczy odpalam sklepy internetowe i kupuję. Czy ktoś jeszcze robi zakupy na żywo?)

wtorek, 28 listopada 2017

Suchar informatyczny #8

        Witajcie nadobni. Po długiej nieobecności witamy ponownie suchara informatycznego. Numer bodajże 8.

"Żona do męża informatyka:
- Poznajesz człowieka na fotografii?
- Tak
- Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola."

        I to ma być podobno zabawny, krótki dowcip o informatykach. Że niby nawet nie pamięta jak jego własne dziecko wygląda. Tymczasem ileż pozytywnych i przeczących stereotypom informacji niesie powyższy tzw suchar.

        Po pierwsze: wspomniany sucharowy informatyk ma żonę. Co obala stereotyp, że informatycy nie umieją się obchodzić z kobietami. Jak widać umieją. I te żony nawet czasem do informatyków mówią. Co oznacza, że wiedzą, że informatycy umieją słuchać. A czyż umiejętność umiejętnego słuchania nie jest umiejętnością najbardziej przez kobiety wśród mężczyzn pożądaną?* Ileż pozytywnych informacji w jednym, krótkim zdaniu.

        Po drugie: wspomniany sucharowy informatyk, pomimo wątpliwości małżonki, rozpoznaje bez najmniejszych wątpliwości przedstawioną na zdjęciu osobę. Jak się później okazuje - dziecko, choć nie można wykluczyć, że nie jego**. Jednakowoż bez wahania i rozważania licznych możliwych implikacji odpowiada zdecydowanie ‘TAK’.

        Po trzecie: wspomniana żona nie boi się przekazać mu pod chwilową opiekę najcenniejszej rzeczy jaką posiadają żony - dziecka. Czyż ten objaw nieprawdopodobnego zaufania nie świadczy o szacunku jakim cieszy się informatyczny lud?

        Ale, jak mówi stare przysłowie pszczół, nie ma róży bez ognia. Do kogóż bowiem zwraca się sucharowa żona? Do informatyka. A informatycy jak działają? Algorytmicznie***. A co widzimy w sucharze? Algorytm, owszem, ale niedokończony. Informatyk odbierze dziecko z przedszkola o 15 (choć bądźmy szczerzy - 16 to dużo lepsza liczba****) i zakończy działanie. I tak będą stać z tym dzieckiem przed przedszkolem, bo się biednemu informatykowi program skończył. Zatem dziewczyny, precyzyjnie się wyrażamy, tak? No. Czyli co powinno być po “Ok, dzisiaj o 15 odbierzesz go z przedszkola.”?


* Co jest oczywiste biorąc pod uwagę, że legendarną umiejętnością kobiet jest nieumiarkowane mówienie.
** Suchar nie mówi wprost, że dziecko zostało zainstalowane przez owego informatyka. Może być pozostałością po poprzednim systemie operacyjnym. Niemniej rozpoznał? Rozpoznał. A jeśli to nie jego to nawet większa mu chwała.
*** Patrz jeden z poprzednich sucharów o tym jak zająć informatyka. Też zresztą nietrafionym.
**** Kto wie dlaczego 16 to lepsza liczba niż 15 niech podniesie rękę i naciśnie przycisk.

środa, 18 października 2017

Jak przeżyć z kobietą - kurs dla opornych cz. 21

        Przyjaciele, koledzy, współtowarzysze w niedoli i sporadycznych chwilach szczęścia. Dowiedliśmy w jednej z poprzednich części poradnika, iż powszechnie obśmiewane przez nasze i wasze kobiety niegroźne, wydawałoby się, dolegliwości, przez nas traktowane jak choroby śmiertelne, mają uzasadnienie ewolucyjne. A z ewolucyjnym uzasadnieniem się nie dyskutuje. Jeśli natura zechce skorygować, to skoryguje. Do tego czasu katar, gorączkę i skaleczony palec traktować będziemy jak śmiertelne zagrożenie i odpowiednio do tego się zachowywać. Czyli siedzieć w domu oraz domagać się troski, uwagi i obiadu.
        Wiemy zatem, że choroby nasze, myśliwych, predatorów, dostarczycieli mamuciego mięsa do jaskiń są potencjalnie śmiertelne. Nasze zachowanie w trakcie tych dolegliwości jest zatem jak najbardziej uzasadnione i niech się te baby z Koła Gospodyń Miejskich z miejscowości Małebuty Wielkie wypchają. Gdy po latach bezustannych polowań, walk z mamutami, tyranozaurami i członkami innych plemion przydarzy się wam, szanowni, potencjalnie śmiertelna choroba, nie wahajcie się. Zasłużyliście na opiekę w tych dniach wielokrotnie. Leżcie wygodnie i patrząc hardo waszym niewiastom w oczy zmieniajcie kanały w TV i popijajcie piwo.

        Jednakowoż, czcigodni, zdarza się, iż dochodzi do sytuacji karygodnych. Otóż zdarza się, że “zachoruje” wasza kobieta. O ile w naszym przypadku, myśliwych i predatorów, spędzających godziny na tropieniu i upolowaniu zwierza, w warunkach najeżonych niebezpieczeństwami i śmiertelnymi pułapkami, deszczem, upałem, wilgocią i zimnem, choroby nie są niczym dziwnym, o tyle w przypadku kobiet nie ma to żadnego usprawiedliwienia. Siedzą całymi dniami w ciepłej i suchej jaskini, okryte futrami z upolowanych przez nas zwierząt, przygotowujące posiłki z upolowanych przez nas zwierząt, plotkując o koleżankach i najnowszych trendach w odzieży skórzanej przygotowywanej z upolowanych przez nas zwierząt. Nie ma jak zachorować. Z tego właśnie powodu - i mamy na to liczne dowody z wykopalisk - kobiety genetycznie i ewolucyjnie nie chorują. Lub też - nie powinny chorować. Lub też - nie powinny robić z tego wielkiego łolaboga.

        I tu przechodzimy do sedna. Nie powinny, ale jednak im się zdarza. No i wtedy jest ambaras. Gdyż kobieta, z jakiegoś powodu przekonana o posiadaniu takich samych praw jak mężczyźni, domaga się prawa do opieki podczas choroby. Takiej samej opieki jakiej z wielką łaską dostarczają nam, gdy przydarzy się nam czasem prawie śmiertelne 37 stopni gorączki lub krwawiący palec. Wiadomo, że my musimy wyzdrowieć szybko i skutecznie. Nie możemy się podczas choroby rozpraszać, całe siły organizmu rzucamy na chorobę. A dla kogo to wszystko? No przecież nie dla nas te polowania. Dla nich. Z naszej miłości. I trochę z ich narzekania:

- Siódmy raz w tym tygodniu mamut?
- Suknie ze skóry mamuta są już niemodne. Nie mógłbyś zapolować na tygrysa szablastozębnego?
- No co się tak wylegujesz? Słońce wstaje za 3 godziny. Leć po bułki i świeżą antylopinę.
         
        Przecież, bądźmy szczerzy panowie, każdy z nas potrafi przeżyć tydzień zużywając jeden talerz, jeden kubek, jeden komplet sztućców i jeden udziec mamuta. Dopóki nie ucieka, jest jadalny. Ale one nie. Więc wstajemy przed świtem, ruszamy na łowy, do sklepu, przedzierając się przez mrok, zimno, śnieg, grad i tygrysy. Wszystko dla naszych ukochanych. W zamian chcemy tylko móc spokojnie rzucić wszystkie siły na walkę z chorobą. W tych oczywiście rzadkich chwilach, gdy zdarzy nam się zachorować. Czy naprawdę podanie nam pilota leżącego poza zasięgiem naszej ręki to taki wysiłek? Naprawdę wymaga wzdychania i przewracania oczami? Czy podanie nam piwa z lodówki naprawdę jest takie trudne? Przecież, droga żono/narzeczono/kochanko, nie musisz się na nie czaić w mroku bez ruchu przez pięć godzin. Nie ryzykujesz stratowania przez stado uciekających piw. Nie musisz nieść stukilowego udźca z piwa przez 20 kilometrów. Sięgnięcie do lodówki - tak na marginesie wtarganej przez nas i naszych kolegów na plecach do jaskini na czwartym piętrze - i wyjęcie piwa jeszcze nikogo nie zabiło. W przeciwieństwie do niezaleczonej gorączki, skaleczenia czy kataru.

        Ten przydługi odrobinę wstęp służył jednemu celowi - bez najmniejszych wątpliwości dowieść, że nie dostajemy należącej się nam opieki w rzadkich chwilach ciężkiej choroby. Dowiedzione zostało. Wróćmy zatem do tematu tego wykładu.
        
        Tematem tego wykładu jest, że teraz choruje kobieta. Ni stąd ni zowąd, siedzi sobie spokojnie w ciepłej jaskini, plotkuje z koleżanką o najnowszych trendach w odzieży skórzanej i nagle bach - gorączka. No 40 stopni, myślałby kto, i już leży i nie ma siły ugotować obiadu. W dżungli to by jej jakieś niebezpieczeństwo groziło, ale w jaskini? Co na nią zapoluje w jaskini? No przecież nic, gdyż kto zadbał o bezpieczeństwo? Tak, mężczyzna. Oraz lekki ból gardła objawiający się chrypką, przez co, biedaczka, mówić nie może za bardzo. Na co - nawiasem mówiąc - jeszcze żaden mężczyzna nigdy się nie skarżył. Czasem dochodzi do tego podobno “okropny” ból głowy. Phi, żeby jedna z drugą wiedziała jak boli głowa odgryziona przez tygrysa, to by zredefiniowała znaczenie słowa “okropny”. Niemniej, niezależnie od okoliczności i sensowności tego przedsięwzięcia, kobieta czasem choruje i na nas, myśliwych i predatorów, spada obowiązek zadbania o domostwo. Jaskinię znaczy.

        Zadanie pierwsze: “posprzątaj”. Chora, z gorączką i “okropnym” bólem głowy kobieta stawia zadanie “posprzątaj”. Czy któremuś z Was, szanowni i czcigodni, wpadłoby podczas śmiertelnej choroby martwić się o porządek? Nie wpada nam to do głowy nawet w szczycie formy, a co dopiero podczas choroby. Podczas śmiertelnej choroby ważne jest, aby przygotować ostatnie słowa. Historia zapamiętuje ostatnie słowa. “Ja nie skoczę? Potrzymaj mi piwo” znają wszyscy, a czy ktoś zapamiętał jaki był wtedy bałagan/porządek w pokoju? No oczywiście, że nie, bo nikt na to nie zwraca uwagi. Ale ok, chora kobieta, bredzi w gorączce, posprzątamy.
Dwie minuty rozglądania się po jaskini później…
Na twarzy mina what the fuck. Gdyż rozglądamy się po jaskini, a tu wszystko w najlepszym porządku. Niczego do posprzątania. Zatem znikamy na godzinę z oczu chorej małżonki, odpalamy z Youtube dźwięk odkurzania i rozkoszujemy się chłodnym browarkiem.

        Zadanie drugie: “ugotuj”. Trochę bardziej zrozumiałe niż “posprzątaj”. Ale tylko trochę. Ugotuj? Gdy zawsze było “upoluj”? Kobieto! Mówisz do wytrawnego i wytrwałego myśliwego, zdolnego do wielogodzinnego czatowania bez ruchu na dogodny moment do ataku. Zdolnego do tropienia rannego mamuta przez wiele kilometrów. Do przyniesienia do domu 30-kilogramowego udźca z owego mamuta. Ale “ugotuj”? Dotychczas część pomiędzy “zrzuć mięcho w kuchennej części jaskini” a “spożyj przygotowany z niego posiłek” pozostawała dla nas ukryta w mrokach kuchni. Tymczasem bez przygotowania mamy w te mroki wkroczyć. Ale przecież jesteśmy nieulękłymi łowcami. Wkraczamy i bierzemy się do pracy. Gdzie tu się zapala światło? Jak ona to dzieli na takie małe kawałki? Ogień! Gdzieś tu powinien być ogień. Jak ona to rozpala? Przecież nasi przodkowie jedli to na surowo i żyją. Znaczy nie żyją, ale przyczyną był tyranozaur a nie surowa potrawa. I tak właśnie wymyśliliśmy tatara i sushi (następnego dnia).
        Drodzy koledzy. Mroki kuchni to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem tylko kilka dni wysłuchiwania rzucanych mimochodem “mówiłam ci, zostaw tego ochlapusa”, “a ten Janek spod dwójki jest ciągle wolny”, “co to za chłop, co nawet steku z mamuta nie umie przyrządzić”, “a Marta ze Zdziśkiem kupili nową jaskinię, a ten twój to niczego nie umie załatwić” i małżonka wraca do zdrowia, a my odzyskujemy możliwość zniknięcia na cały dzień na polowaniu. Czyli nareszcie spokój.

        Zadanie trzecie: “herbaty”. To taki napój. W przygotowywaniu napojów, wydawać by się mogło, jesteśmy od pokoleń nieźli. Tajemna wiedza przekazywana jest z pokolenia na pokolenie niczym u jakichś druidów. Napoje rozgrzewają nas podczas wielogodzinnych polowań, podczas rytualnych, wtorkowych, męskich rozmów o najnowszych trendach w dziedzinie broni miotającej antymamuciej. Krótko mówiąc - w warzeniu napojów jesteśmy nieźli. A przynajmniej tak się wydawało zanim nie zabraliśmy się do robienia herbaty. “Za gorąca! Chcesz mnie zabić? Pewnie żeby się bez problemów spotykać z tą lafiryndą spod trójki. Bez cukru? Pewnie, żałuj chorej żonie cukru. Tej lafiryndzie spod trójki pewnie byś 5 łyżeczek zasypał. A cytryna? Wiesz, że chory potrzebuje witamin, a ty mi bez cytryny. Już mnie nie kochasz. Takie wielki kawał cytryny? Jak mam to teraz pić jak cytryna wszystko zasłania? Herbata owocowa? Oszalałeś? Wiesz, że są radioaktywne? Teraz to już na pewno chcesz się mnie pozbyć. Bio, mówiłam wiele razy, że ma być czarna bio. Inne są hodowane przy drodze i zawierają ołów i inne świństwa. Chcę tylko bio, hodowane na odchodach młodych mamutów karmionych bio-trawą, zbierane o świcie w noc przesilenia wiosenno-letniego przez nastoletnie dziewice karmione tylko bio-herbatą. Nie obchodzi mnie, że dzisiaj niedziela i sklep zamknięty. Nie kochasz mnie. Chcę umrzeć. Idź po moją mamę. Gdzie idziesz? Wracaj tu. Przytul mnie. Odsuń się, nie lubię cię teraz. Przytul mnie. Nie zbliżaj się do mnie.
        Szanowni koledzy. Sztuka zrobienia herbaty to zdecydowanie nie nasza domena. Należy poddać się bez walki, spuścić pokornie głowę i zadzwonić po teściową. Potem kilka dni jak wyżej.

        Zadania czwarte: “lekarstwo”. U facetów to łatwo. Albo umieramy albo da się nas wyleczyć za pomocą napoju. W przygotowywaniu napojów jesteśmy nieźli, więc w domu zawsze jest jakieś lekarstwo na wszelki wypadek. W przypadku chorej żony odkorkowujemy lekarstwo, nalewamy odrobinę do szklanki i podajemy żonie. Chwilę później wykonujemy unik przed rzuconą, z niebywałą jak na chorą kobietę siłą, szklanką oraz robimy zdziwioną - całkowicie szczerze - minę. Gdyż nie takie to miało być lekarstwo. A gdzież my, kochanie, trzymamy lekarstwo? - pytamy grzecznie i potulnie, nie będąc pewnym czy chora małżonka nie ma pod ręką drugiej szklanki. “Boshe, przecież to oczywiste. W łazience, w szafce z detergentami, w puszce po kawie z napisem sól.” Trywialne.

        Po kilku dniach takiej mordęgi nawet najwytrwalszy z nas zasługuje na kilka tygodni odpoczynku. Czy dany nam będzie ten odpoczynek? Naiwni pomyślą, że owszem. Doświadczeni wiedzą, że nie. Jedyne na co możemy liczyć to niezbyt wiele pogardy i zniecierpliwienia w słowach “A ty co się tak po jaskini szwędasz? Nie dość się obijałeś przez ostatnie kilka dni? Weź się do jakiejś roboty.” Nie dyskutujemy, ale wykorzystując okazję udajemy się na wielodniowe polowanie na wściekłego tyranozaura na terytorium zamieszkanym przez krwiożerczych ludożerców, pełnym trujących roślin, wielkich ptaków drapieżnych, tygrysów szablastozębnych, skorpionów i komarów wielkości małego mamuta roznoszących nieuleczalne choroby. Należy nam się w końcu trochę odpoczynku.