piątek, 22 września 2017

Dlaczego to jest zabawne?





...zapytano na jednej ze stron na Facebooku i dołączając obrazek, który pozwalam sobie również zamieścić (autorstwo: @nieladnierysuje).



Otóż to nie jest zabawne w ogóle. Wyjaśniam dlaczego.

        Niezabawny ów obrazek co pokazuje? Widzimy anonimowego, zdehumanizowanego - tak, właśnie zdehumanizowanego, bo jak inaczej nazwać narysowanie go bez połowy ciała, a zwłaszcza głowy? - mężczyznę puszczanego z torbami... z torbą właściwie, gdyż nie ma powodu aby sądzić, że ma więcej niż jedną torbę. Postawa owego nieszczęśnika sugeruje, iż stracił wszelką nadzieję. Po miesiącach prób, jednostronnej walki o związek, cierpliwego znoszenia żartowania ze spraw poważnych, zaciskania zębów z powodu nieodkładania kluczy na miejsce i zajmowania jego jedynej półki w łazience poddał się. Odchodzi zabierając wszystko co mu pozostało - jedną torbę i brudne dżinsy. Ze smutkiem oznajmia zrezygnowany "- Odchodzę". Jednak nawet w takim momencie - poniżony, zrezygnowany, porzucony - potrafi zachować się z honorem, jak na mężczyznę przystało. Jego "- Odchodzę" nie jest zakończone kropką nienawiści. "Odchodzę, ale nie nienawidzę cię", "Odchodzę, ale pozostań w pokoju", "Odchodzę, kocham cię więc wypuszczam cię na wolność". Choć bądźmy szczerzy, większości z nas na usta w takiej sytuacji cisną się zgoła inne słowa.


        Zatem mamy z jednej strony opisanego powyżej mężczyznę. Co mamy z drugiej strony? Kobieta, nieanonimowa, bo narysowana cała. W przeciwieństwie do mężczyzny jej nie odebrano człowieczeństwa. Leży sobie wygodnie na miękkiej sofie, wsparta nonszalancko o jeszcze bardziej miękką poduchę. Kreująca się na intelektualistkę - "czytam sobie książkę i sprawy maluczkich tego świata mało mnie obchodzą". Patrzy wyniośle i przez rozchylone z pogardą usta mówi bez mrugnięcia okiem "- Dobra, idź.". Z kropką. "Dobra, idź, nienawiść". I nawet w takiej chwili nie może się powstrzymać od żartów z poważnych spraw. "A weźmiesz śmieci?" - nóż w serce tego biednego stojącego ze smutkiem w drzwiach człowieka. Gdyby gramatyka polska to dopuszczała to też byłoby z kropką nienawiści. Skąd tyle nienawiści, zapytacie, o niedomyślni. Z genów, moi drodzy. Nieprzypadkowo kobieta na obrazku jest ruda. A rude, wszyscy to przecież wiedzą, są wredne i fałszywe. A ta jest ruda do szpiku kości i aby to podkreślić autor rysunku również brwi wyraźnie namalował na rudo.


        To nie jest zabawne w ogóle, gdy ruda do szpiku kości kobieta żartuje sobie podle z wrażliwego do szpiku kości mężczyzny.





Uwaga, powyższy komentarz ma być z założenia komentarzem humorystyczno-ironicznym i nie ma obrażać kobiet ani mężczyzn, bez względu na ich płeć, kolor włosów, ulubioną literaturę, wyznanie lub jego brak, ulubioną pozycję na miękkiej sofie, liczbę toreb zabieranych przy odchodzeniu, sprawy uważane przez nich za poważne oraz używanie kropki nienawiści lub nie. Oraz ze wszystkich innych. Przy czym należy uwzględnić fakt, że czasem moje komentarze są humorystyczne i ironiczne tylko dla mnie.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Bieszczady

        Ostatnimi czasy, tak się jakoś złożyło, iż Jacek, powszechnie znany ze swojego lenistwa oraz legendarnej niechęci do zbędnego wysiłku fizycznego, uprawia zbędny wysiłek powszechnie. Tym razem zachciało mu* się odwiedzić Bieszczady.

        Bieszczady - grupa dwóch pasm górskich w łańcuchu Karpat. Pasma Bieszczadów znajdują się między Przełęczą Łupkowską (640 m n.p.m.) a Przełęczą Wyszkowską (933 m n.p.m.). Najwyższy szczyt Bieszczadów to Pikuj (1405 m n.p.m., na Ukrainie) zaś na terytorium Polski – Tarnica (1346 m n.p.m.).**

        Powyższa definicja z Wikipedii brzmi niepokojąco. ‘Górskich’ w języku jackowym oznacza, że trzeba będzie iść pod górę. Jackowe doświadczenie w chodzeniu pod górę mówi, że jakakolwiek to by nie była góra, pod górę zawsze idzie się dłużej i dalej niż z góry. Zatem Jacek z definicji nie przepada za górami. Powierzchnie płaskie są Jackowi zdecydowanie bliższe.***
        Ale to nie jedyna wada Bieszczad. Otóż nie latają tam samoloty i trzeba się udać w całodniową sześciogodzinną podróż samochodem. Sześć godzin w samochodzie. Złorzecząc na wszystkich baranów jadących wolniej niż ja i wszystkich szaleńców jadących szybciej niż ja.
        Po wykupieniu ubezpieczenia od złej pogody i pokonaniu 3875 kilometrów, a także wysłuchaniu w czasie jazdy licznych piosenek dziecięcych dojechaliśmy na miejsce. Padało. A nawet leżał śnieg. Śnieg w maju? Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tam w weekend majowy będzie śnieg? Rozchorowałbym się i nie musiał jechać. Bo już wiem, że można się rozchorować na życzenie. To się nazywa ‘psychosomatycznie’.

Nieprzebyte hałdy śniegu w maju. Zgroza. Nie dla wrażliwych.
       Nie zraził nas śnieg i nie zraził nas deszcz****, poszliśmy na zapoznawczy spacer. We wojsku to się nazywało rozpoznanie. Czyli znalezienie najbliższej knajpy na wypadek gdyby padało. Padało. Knajpa najbliższa - nie mylić najbliższej z bliską, trzeba było zasuwać z pół godziny pieszo, a to duuuużo więcej niż jackowa definicja bliskości - nazywa się Baza ludzi z mgły. Ponoć kultowa. Pewnie ze względu na wiszące wszędzie zdjęcia ludzi w tej mgle zagubionych.

Fotografie zagubionych we mgle.
Wspomniana mgła.
 
Schronisko, tudzież siedlisko, położone było nad rączym ruczajem. Albo pięknym, modrym Dunajem, wedle uznania. Rączy ruczaj wygląda tak:
Rączy ruczaj.
Poniżej jakiś potok w lesie, bez związku z tematem, chciałem się tylko pochwalić jakie mi ładne zdjęcie wyszło.
Jakiś potok w lesie.
        Co robią nierozsądni ludzie w Bieszczadach? Ano zamiast siedzieć z grzańcem na kaganku siedliska to idą w góry. Tako i my poszliśmy. Prawie. Gdyż szczęśliwym zbiegiem okoliczności małoletnią turystkę przypadkiem od rana bolało kolano. Złośliwi twierdzą, że nie przypadkiem. Że będąc znany z nienadużywania aktywności fizycznej w jakiś sposób przyczyniłem się do owego przypadku. Oświadczam zatem niniejszym, iż owe kalumnie są rzucane są na mnie absolutnie bezpodstawnie. Młotek w środku nocy był mi potrzebny, gdyż ze ściany wystawał gwóźdź i nie mogłem dopuścić do czyjegoś zranienia. Natomiast znaczny ubytek finansowy na moim koncie nie wynikał z przekupienia małoletniej w celu wiarygodnego symulowania bólu kolana. Nawet mi to przez myśl nie przeszło. Koniec oświadczenia.

        Małoletniej należy przyznać, że była dzielna. Pomimo tego kolana (i licznych zachęt z mojej strony do pozostania w domu) wdrapała się do połowy drogi do Chatki Puchatka. Tam niestety ból wygrał. Heroicznie, rezygnując ze zdobycia szczytu i sławy, poświęciłem się i zaoferowałem swe urocze niewątpliwie towarzystwo w drodze samochodu. Ledwo weszliśmy do samochodu zaczęło lać. Ponownie wysłuchałem licznych piosenek dziecięcych. Odczekaliśmy aż przestanie padać i z gór z potokami wody spłyną turyści, po czym, słuchając licznych piosenek dziecięcych wróciliśmy do siedliska.

        Dzień drugi. Wetlina powitała nas, niespodzianka, deszczem. Poszliśmy tylko na krótki spacer do rączego ruczaju. W drodze trzeba było pokonać kilka drewnianych schodków. Niestety podstępne, mokre i śliskie schodki pokonały nas. Konkretnie tym razem pełnoletnią z moich niewiast. A mówiłem “nie saltem kochanie, nie saltem, tylko grzecznie po schodkach”, to nie słuchała. W efekcie stłuczona kostka i mokry tyłek.

        Dzień trzeci. Nie chcieliśmy już kusić losu, więc porzuciliśmy myśl o zdobywaniu szczytów. Gwoli ścisłości - ja takiej myśli nigdy nie miałem. Czy góry mnie słyszą? Nie trzeba na mnie rzucać klątw, nie wybieram się na szczyty. A jeszcze prognoza pogody mówiła o burzy i gradzie. Kto rozsądny idzie w góry przy takiej prognozie? Okazało się, że wszyscy poszli. Na górze nie padało. Za to nie zobaczyli mnóstwa małych, drewnianych kościółków, które zobaczyliśmy my. W deszczu, bo w dolinach padało. Szef siedliska powiedział, że jak dziesięć lat tam żyje to jeszcze takiego deszczowego weekendu majowego nie widział. W sumie frajda uczestniczyć w czymś tak wyjątkowym.

        W sumie nie połaziliśmy zbytnio. A byłem przygotowany ze wszystkim. Może oprócz kondycji, którą zamierzałem przygotować na miejscu.

Kto ma najczystsze buty, no kto? :-)
        Nadejszła niedziela, czas wracać do domu. Znowu 3875 kilometrów wśród licznych piosenek dziecięcych. A już w poniedziałek w pracy wreszcie można było odpocząć. Po raz kolejny upewniłem się, że wolę jednak tereny płaskie (wyłączając ***). Góry pozostawiam góralom.



* mu, buahahaha. Postawion pod ścianą niewiele miał do powiedzenia. Ale trzyma się wersji, że ‘mu’ się chciało, gdyż to mniej rani jego dumę i inne organy.
** Wikipedia.
*** Nie dotyczy kobiet, w przypadku których Jacek jest w stanie tolerować wzgórza i doliny. Czasem nawet niewielkie zarośla.
**** Znaczy dziewczyn nie zraził. Ja zostałem zrażony strasznie. Właściwie to się na Bieszczady obraziłem i chciałem wracać, ale pod palącym wpływem skumulowanych spojrzeń dwóch niewiast dumnie się wyprostowałem i hardo odpowiedziałem ‘no dobra, idę’.

wtorek, 25 lipca 2017

O bastionach mody

        Springfield, bastion mody męskiej, źródło 85% moich ubrań. Po latach bezprzykładnej wierności marce czegóż się dowiaduję? Ano dowiaduję się, że żaden to bastion i ubrania dla kobiet też mają. Skandal i hańba Ci Springfieldzie. Jeden z nielicznych sklepów, gdzie wszedłszy nie rozglądałem się nerwowo szukając w hali z ubraniami dla kobiet małego kącika dla mężczyzn. Gdzie przed sklepem - dla odmiany - gromadził się i przestępował nerwowo z nogi na nogę tłumek kobiet oczekujących na swych pogrążonych w zakupach mężów/narzeczonych/kochanków/chłopaków. Kobiet, które tak przestępując z nogi na nogę nawet w drobnym ułamku nie przeżywały tego co my czekając przed Tatuum, Bershką (tu 75 innych sklepów) czy innym Desigualem. Gdyż jesteśmy mężczyznami, jesteśmy znani z szybkości - 30 sekund, góra minuta i po sprawie. A one potrzebują czasem i 3 godziny. Hańba Ci Springfieldzie za tę zdradę.

        Jakby tej zdrady było mało, choć już prawie ją wybaczyłem, to mi nóż w plecy z drugiej strony wbito. Springfield, nie dość, że sprzedaje ubrania dla kobiet, to jeszcze zamyka sklepy. No jak tam można człowiekowi prawie jedyne źródełko odbierać? Hańba Ci Springfieldzie po raz drugi.

Cóż ja teraz, biedny, pocznę? Gdzie w spokoju zrobię zakupy?

niedziela, 16 lipca 2017

Jak się Jacek z abonamentem RTV rozstawał, cz. 2

        Najstarsi czytelnicy pamiętają, że lata temu - dokładnie to jakieś 2 tygodnie temu - postanowiłem wyrejestrować odbiornik telewizyjny, zwany popularnie wśród pospólstwa - telewizorem. Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Znalazłem stronę na portalu Poczty Polskiej, wpisałem cudem odnaleziony w odmętach moich skanów unikalny numer identyfikacyjny, dodałem jeden z moich licznych maili i poszło. Naiwnie myślałem, że to koniec, ale mail (e-mail od poczty tradycyjnej!) wyprowadził mnie z błędu. Przyszedł mail, że przyjdzie poczta.

        Tak więc przyszła poczta. I niniejszym muszę odszczekać prawie wszystkie złe słowa jakie o Poczcie Polskiej napisałem. Gdybym napisał na papierze to bym teraz ten papier zjadł. Na szczęście Internetu nie da się zjeść, więc tylko odszczekam. Spodziewałem się litanii pytań i kłód rzucanych mi pod nogi. Tymczasem przesyłka zawierała list przewodni z instrukcją obsługi dwóch wypełnionych już formularzy. Instrukcja nieskomplikowana: podpisać czytelnie, włożyć do koperty (załączona do przesyłki) i wrzucić do skrzynki. Żadnych pytań dlaczego, żadnych gróźb, kulturalnie jak starzy znajomi. Podpisałem, zakleiłem, wrzuciłem.

        Nie byłbym jednak sobą, gdybym się do czegoś jednak nie przyczepił. Formularze w formacie A4 złożone na 3 pasują do koperty takiej trochę dłuższej, a załączono tę bardziej prostokątną. W związku z tym musiałem 2 formularze złożyć jeszcze na pół, narażając się na bolesne skaleczenie brzegiem kartki. Kto się raz tak skaleczył ten wie, że to nie żarty. Boli i goi się tygodniami. Zatem hańba ci, Poczto Polska, za narażanie swych abonentów na bolesne skaleczenia. Tak, abonentów. Umowa jeszcze nie została rozwiązana czyli ciągle jestem abonentem. Hańba ci.

<Paranoja_mode_on>
        Chyba, że to nie przypadek z tą kopertą. Chyba, że to niecny pomysł kogoś mściwego z Poczty Polskiej, dział rozwiązywania stosunków z abonentami. "Odchodzisz od nas, nie jesteś nam już potrzebny, giń w męczarniach". Diaboliczne iście by to było.
<Paranoja_mode_off>

wtorek, 4 lipca 2017

Jak się Jacek z abonamentem RTV rozstawał

        Nowoczesność panie, w domu i zagrodzie. Zachciało mi się wyrejestrować telewizor. Zwany przez ustawodawcę “odbiornikiem telewizyjnym”, co przecież jest pojęciem szerszym i kryteria owego spełnia notebook z kartą tv. Ale nie o szczegółach technicznych, a o nowoczesności miało być. Więc postanowiłem wyrejestrować telewizor. Pani od polskiego z podstawówki zatrzęsła się z oburzenia widząc 'więc' na początku zdania, ale już mi za to stopnia nie obniży. Więc ‘więc’ zostaje. Więc nagle olśniło mnie, że mamy XXI wiek i nawet Poczta Polska ma opcję powiadamiania SMS-em o przesyłce. Choć odbiór przesyłki za żonę ciągle powoduje konsternację i nerwowe poszukiwanie upoważnienia oraz sprawdzanie w regulaminie czy dowód osobisty bez adresu może być. Jakbym to ja takie wymyślił.

         Więc mamy XXI wiek. Właściwie dlaczego to ciągle piszemy rzymskimi liczbami? Przecież TYCH Rzymian już dawno nie ma. Spokojnie można przejść na dużo nam bliższe cyfry arabskie. Więc mamy 21 wiek. Pomyślałem, że skoro abonament mogłem płacić przez internet zamiast biegać z książeczką na pocztę, to może i zrezygnować z niego da się przez internet. Tak, tak, wiem, naiwność moja wielka jest. Niemniej sprawdziłem. Google, “wyrejestrowanie telewizora poczta”, pierwszy link. Alleluja! Jest! Ukryte pod opcją “Zmiana danych”, ale jest. Ale za chwilę pierwszy zonk. Numer identyfikacyjny? Tu się przydała moja obsesja skanowania wszystkiego co znajdę w skrzynce na listy. Kilka lat temu Poczta Polska SA powiadomiła mnie, że była łaskawa nadać mi unikalny i indywidualny numer identyfikacyjny. I wraz z tym numerem łaskawa była przydzielić mi unikalny i indywidualny numer konta, na który mam się nie powstrzymywać i co roku wpłacać należny podatek. Tfu, abonament. Tfu, podatek. No przecież to podatek jest i po co to ściemniać i nazywać abonamentem? Kombinują i kombinują jak by tu zebrać więcej. Podpowiadam: ponieważ to podatek to po prostu dopiszmy pozycję do PIT np. rubryka 128 - podatek telewizyjny - 20 zł. Od razu wiadomo kto zwolniony, bo z PESELa łatwo policzyć i już. Kasa wzrośnie, ja będę płacił mniej, minister finansów szczęśliwy, ja szczęśliwy, wszyscy szczęśliwi.

        Ale wracajmy do wyrejestrowania odbiornika sprytnie ukrytego pod opcją “Zmiana danych”. Moje OCD w temacie dokumentów wchodzących pozwoliło mi znaleźć numer identyfikacyjny. Ale adres e-mail? Nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek udostępniał poczcie mój adres email. W zasadzie jeden z moich maili, gdyż jako rodowity informatyk posiadam odrębny email na każdą okazję. Który wpisać? Może jednak kiedyś jakiś poczcie podałem? Co się stanie jak podam błędny? Co się stanie jak wpiszę cokolwiek? Tyle pytań a próba tylko jedna. Poczta Polska nie pierniczy się z podatnikami i drugiej szansy nie daje. Jak się okazało po tym, gdy wpisałem jeden z działających adresów. Potem tylko przepisać kod, co jest fraszką jeśli kiedykolwiek wpisywaliście kod captcha gdziekolwiek. Poczta Polska nie utrudnia i walnęła kod bez ściemniania i utrudniania. Naciskamy “Zapisz” i w ten prosty, internetowy sposób wyrejestrowaliśmy odbiornik telewizyjny, tadam!

PlumPlumPlumPlum (tak mniej więcej brzmi powiadomienie o odebranej poczcie na moim telefonie).

        Nadawca - rtv_rejestracja. Zaczynam mieć złe przeczucia. I jak się okazuje słusznie. Gdyż rtv_rejestracja zawiadamia mnie uprzejmie, że na adres korespondencyjny przyjdzie papierowy email z kopertą zwrotną. Papierowy email należy wypełnić, zapakować do koperty, zakleić, odesłać.

         Poczto Polska, donosicielu przesyłek wszelakich, sprzedawco książeczek z przepisami zakonnic oraz żywotami świętych, sprzedawco krzyżówek i Gościa Niedzielnego, dociekliwy sprawdzaczu czy w paczce z zagranicy nie ma przypadkiem jakiejś kontrabandy i/lub pieniędzy a potem informująca mnie o tym sprawdzeniu w protokole komisyjnego zabezpieczenia paczki, bo tak się wzięła i otworzyła bidulka.
        Poczto Polska, czy naprawdę tak trudno było wystawić na stronie kawałek ankiety, w której odpowiedziałbym na te same pytania, które niewątpliwie przyślecie mi w liście?

Obstawiam:
1. Dlaczego wyrejestrowuje Pan/Pani odbiornik telewizyjny?
2. Ilość wyrejestrowywanych urządzeń? (Powinno być ‘liczba’, ale w pismach urzędowych ten błąd jest tak powszechny, że niedługo przestanie być błędem, bo wszyscy się przyzwyczają)
3. Adres lokalu, w którym znajduje się odbiornik? (Zakład, że będzie pytanie o adres? Pomimo, że telewizor jest zarejestrowany pod konkretnym, znanym im adresem - przecież przysłali list, nie? - mogę się założyć, że pytanie o adres będzie)
4. Data wyrejestrowania?
5. Podpis abonenta, data, miejscowość.
6. Numer konta, na które zwrócić nadpłatę abonamentu.

        Żartowałem z tym numerem konta :-) Będę mocno zaskoczony, jeśli cokolwiek zwrócą, bo przecież “zapłacił Pan za cały rok z góry, za co otrzymał Pan odpowiednią zniżkę”.


Póki co tyle. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi, o czym zainteresowanych poinformuję tu i ówdzie.