piątek, 13 kwietnia 2018

Z okazji piątku 13.


Jako że Jacek za nic ma przesądy i zabobony, to właśnie dziś postanowił podzielić się informacją. Jacek mianowicie zmienił pracę. Cieszycie się? ;-)

piątek, 23 marca 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Fuerteventura, część 1.

        Antwerpia Antwerpią, ale trzeba było ruszać dalej. Prawie 6 godzin lotu. Bez możliwości wyprostowania kolan. Bez możliwości rozłożenia oparcia fotela. Bez możliwości uniknięcia zabawy Wonder Woman. BTW nauczyłem Wonder Woman robić pompki, okazało się, że nie miała o tym najmniejszego pojęcia. Okazało się również, że istnieją tzw pompki dziewczęce, gdzie większość ciała cały czas leży na ziemi, a podnosi się w zasadzie tylko głowę. Pfff.

        Pierwszą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu w Puerto del Rosario jest to, że wyspa nie nazywa się Fuertaventura, jak sądziłem od wczesnych lat młodzieńczych, kiedy zaplanowałem sobie tam emeryturę. Wyspa nazywa się Fuerteventura. Błąd podobno tak powszechny, że używając poprawnej nazwy masz od razu +5 do szacunku u tubylców. Mogę się czasem pomylić, 30 lat warunkowania robi swoje, więc proszę mnie nie poprawiać, tylko nauczyć się poprawnej formy. Fuerteventura.
        Drugą rzeczą jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu jest to, że niebo nad Fuerteventurą wygląda tak:

Farfocle na niebie
        Zdjęcie prosto z aparatu, żadnych retuszów (poza oczywiście automatyczną korektą zrobioną przez aparat). Jak widać Fuerteventura jest przereklamowana. Miało być bezchmurne niebo, a widzimy co? Jakieś białe farfocle. Co to są te białe farfocle? Się grzecznie pytam. Czy ja płaciłem za jakieś białe farfocle? Czy ja po to leciałem 6 godzin z kolanami pod brodą w towarzystwie plastikowej Wonder Woman, żeby patrzeć na jakieś białe farfocle? Żądam usunięcia białych farfocli z mojego zdjęcia i z mojej pamięci.
        Gdy już myślisz, że nic gorszego cię, turysto, w życiu nie spotka pojawia się trzecia rzecz, jakiej człowiek dowiaduje się po wylądowaniu. Trzecia rzecz nazywa się Wałbrzych* i pojawia się jak tylko autobus transferowy opuści stolicę (tak, tam każda wyspa ma stolicę) i wygląda tak:

Wałbrzych
        No pardąsik, ale czy to jest krajobraz rajskiej wyspy? Czy tak wygląda miejsce, w którym mam spędzić 11 dni? Czy na pewno wylądowaliśmy na odpowiedniej wyspie? Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że marudzę i narzekam tylko w wyjątkowych okolicznościach. Limit narzekania i marudzenia na Fuerteventurze wyczerpałem w 2 godziny. 
Ale potem nadeszło to:

To
Właśnie tak powinien wyglądać ocean.
I to:

I to
Bo tak powinny wyglądać fale na oceanie.
I to:

I to
Bo tak się powinno siedzieć pod palmą z drinkiem i widokiem na niebieskie morze.
I to:

I to
Bo tak wygląda kawał plaży. Wielkiej plaży. Piasek i piasek.
I nie możemy zapomnieć o czym? O stopach informatyka na plaży:

Stopy informatyka (są tam, wierzcie mi) na plaży
Zaprzeczam niniejszym plotkom, że leciałem taki kawał drogi z podkulonymi kolanami i plastikową Wonder Woman i nawet się nie wykąpałem. Mam zdjęcie na dowód, że się w oceanie kąpałem:

Dowód
        Tak, to ocean, a nie jakaś lokalna kałuża. Z prostego powodu - na Fuerteventurze nie ma czegoś takiego jak lokalna kałuża. Deszcz pada tam może z 5 dni w roku. Nazywają to porą deszczową, zamykają sklepy i restauracje, chowają okulary przeciwsłoneczne do piwnicy, siedzą w oknach, gapią się bezrozumnym wzrokiem na deszczyk i popadają w depresję. Dobrze, że tylko 5 dni. Po tygodniu nie byłoby co z nich zbierać. Jak tam cokolwiek rośnie, zapytacie. Ano rośnie tylko tam, gdzie podlewają. Wodę biorą z oceanu, odsalają metodą odwróconej osmozy (jeśli dobrze zapamiętałem) i nadaje się do mycia i podlewania. Przy czym z myciem jest pewien problem, bo woda jest tak miękka, że trudno z siebie mydło zmyć. Wszystko jest podlewane. Miejsca zamieszkane przez ludzi są poprzecinane różnej średnicy rurkami gumowymi dostarczającymi wodę. Czy im w zimie nie zamarza? Nie zamarza. Przewodniczka powiedziała, że najniższa temperatura jakiej doznała przez ostatnie 10 lat to było -12°. To było tak niedorzeczne, że zamarzłem i nie zaprotestowałem. Bo tak naprawdę to było +12°. Dałbym radę takie zimy znosić.
        Owszem, są palmy. Potwierdzam i nawet się wylegiwałem pod. Moje kończyny to te zgrabne po lewej, dodam, żeby uniknąć pytań o to, gdzie kupiłem taki ładny lakier.

Palmy, drinki i widok
        Co bardziej uważni zauważą w tle plażę. Obrzydliwie niekolorową. Polskie plaże pełne są różnokolorowych parawanów porozkładanych w finezyjne wzory układające się, gdy popatrzeć z góry, w wielokolorowy dywan obejmujący całą powierzchnię plaży. Ale niech Was ten brak kolorów nie zmyli, niech nie prowadzi do błędnych wniosków**. Gdyż w temacie parawanów fuerteventuriańczycy się nie pierdolą. Po co rozkładać tysiąc małych, jak można walnąć jeden gigantyczny?

Janusz płakał jak zobaczył
        Ocean tam jest dziwny. Zasypiasz sobie spokojnie na leżaczku w cieniu, 30 metrów od wody, z drinkiem zamocowanym w wykopanym w piasku dołku. Budzisz się, bo zimna woda sięga ci do ja… bo woda zalewa nie tylko drinka ale i leżak. I nawet przez chwilę się rozglądałem, kto mi taki dowcip zrobił, ale okazało się, że wszystkim ktoś taki dowcip zrobił i nie było na kogo zwalić winy. Cóż poradzić na siły przyrody? Pójść na basen. 

Nad pięknym, modrym Dunajem
        Tu od razu prostuję - ten pan w środku to nie ja. Ja pilnuję żeby na zdjęciach zawsze mieć wciągnięty brzuch. Co mi przypomniało dowcip.

- Kiedy na plaży facetowi jest smutno?
- Jak mu żona mówi “wciągnij brzuch”, a on już wciągnął.

        Żona mojego kolegi nie jest tak okrutna i mówi do niego “Grzesiek, kontroluj się”. I proszę się, dziewczyny, trzymać tej wersji. Ok? Wtedy jest szansa na “żyli długo i szczęśliwie” zamiast na “koniec bajki”. ;-)


I tym optymistycznym akcentem kończymy część pierwszą i zapraszamy do kolejnej. Która pojawi się niewątpliwie wkrótce.***


-----------------------
* Przepraszam mieszkańców pięknego niewątpliwie Wałbrzycha, ale to było pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy. Musicie popracować nad PR.
** Podpowiadam błędny wniosek - jak nie ma kolorów to nie ma i parawanów.
*** Wkrótce to bardzo niezdefiniowany termin.

czwartek, 8 marca 2018

Oby Wam się

        Drogie Panie (oraz wszyscy pozostali identyfikujący się jako płeć żeńska), wybaczcie, że obudzi Was powiadomienie o tak nieludzko wczesnej porze. Z okazji Waszego Święta życzę Wam dobrego życia i dobrych ludzi w otoczeniu. Oczywiście na co dzień, nie tylko dzisiaj. Na dzisiaj natomiast życzę dużo cierpliwości w przyjmowaniu marnej jakości życzeń od Waszych znajomych płci przeciwnej ;-)

poniedziałek, 26 lutego 2018

Takie kolorowanki

Ktoś powiedział Jackowi, że jest zestresowany.

Zdanie powyższe, jak widzą zapewne wszyscy, bez sensu jest. Lub też ma sensy dwa. Co oznacza, że jest bez sensu. Sens pierwszy - ktoś poinformował Jacka, iż uważa się za zestresowanego. Sens drugi - ktoś poinformował Jacka, iż uważa Jacka za zestresowanego. I o ten drugi sens nam dzisiaj chodzi.

Mnie? Zestresowanego? Że pozwolę sobie tutaj zacytować skarbnicę mądrości i cytatów na wszelkie okazje - Internet. Dzieci, proszę zamknąć oczy i uszy:

Jestem oazą spokoju. Pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na przejrzystej tafli jebanego jeziora. Prawdę mówiąc jestem tak wyluzowany, jak wagon pierdolonych, tybetańskich, medytujących mnichów.

Musiałem oczywiście poprawić kilka literówek, dodać polskie znaki, wstawić przecinki w odpowiednie miejsca, usunąć spacje przed przecinkami w innych miejscach, ale poza tym sens wypowiedzi został zachowany. Ja się nie stresuję. I przyczyną mojej ciężkiej, śmiertelnej niemalże (udowadniałem w jednej z części poradnika, że gorączka zabija myśliwych dlatego jest śmiertelna i jej nie lekceważymy) choroby nie jest stres, tylko absolutny przypadek. Każdemu się zdarzy zachorować raz na dwadzieścia lat i nie ma co robić z tego tragedii.

Niemniej z okazji rzekomego stresu polecono mi na odstresowanie tzw kolorowanki odstresowujące. Nie wiem dlaczego niby kolorowanie czegokolwiek (poza sprayowaniem samochodu bezpośredniego przełożonego) miałoby komukolwiek poprawiać samopoczucie. Ale ponieważ uwielbiam zmiany i chętnie podejmuję się nowych wyzwań* to postanowiłem spróbować.

Spróbowałem.



I muszę powiedzieć, że to w ogóle nie odstresowuje. W ogóle. Wręcz przeciwnie. Zamiast jednej wielkiej części do zamalowania jest pierdyliard malutkich. Ile się człowiek języka nagryzie żeby nie wyjść za linię. Ile razy ołówek trzeba strugać. Rysujesz dwie godziny, patrzysz, a tu ledwo zaczęte. I gdzie tu element odstresowania jak mnie to wszystko tylko denerwuje. Jak skończę tę odstresowującą kolorowankę to dopiero będę potrzebował czegoś na stres.




Chyba, że ja coś źle robię?







* Nie cierpię zmian i nie cierpię podejmować się nowych wyzwań. Nie cierpię nawet starych wyzwań. Piszę to w przypisie, bo nikt nie czyta przypisów, zatem z tekstu będzie wynikało jaki to jestem fajny, na czasie i w ogóle.


czwartek, 18 stycznia 2018

Z cyklu: Wuj Jacek z podróży - Antwerpia, część 2.

        Zatem Antwerpia właściwa. Antwerpia właściwa składa się ze strony prawej, cywilizowanej, nadającej się do zamieszkania oraz lewej, dzikiej, nieprzyjaznej, porośniętej krzakami, w których mieszkają wilki. Czyli jak w Warszawie, tylko odwrotnie. W przeciwieństwie do Warszawy jednak, w Antwerpii do części dzikiej dostać się można nie mostem a tunelem. Jakieś 30 metrów w dół po schodach, potem pół kilometra pod ziemią i wodą i znowu 30 metrów w górę po schodach. Znam z opowieści tylko, gdyż jako człowiek rozsądny unikam miejsc, w których od milionów litrów wody dzieli mnie tylko belgijska myśl budowlana. A propos wody. Ichniejsza Wisła nazywa się Skalda i wygląda tak:

Taka tutejsza Wisła.
Zdjęcie zrobione z brzegu cywilizowanego. Jak się dobrze przyjrzeć na brzegu po drugiej stronie rzeki widać polujące wilki.

        Zwiedzanie Antwerpii rozpoczęliśmy od wniesienia walizek (bo to nigdy nie jest jedna walizka, nigdy) na drugie piętro bez windy. “Pff” - pomyślałby ktoś, kto nie był, nie widział i generalnie się nie zna. Gdyż schody w budynkach mieszkalnych w Antwerpii wyglądają tak:

Schody kręcone mocno.
        Po takich schodach bez walizki wchodzi się niezbyt komfortowo. Z walizką wchodzi się koszmarnie, Dla porównania na zdjęciu stopy Jacka na belgijskich schodach. Jak widać filigranowej postury Jacek zajmuje całą niemal szerokość schodów. Już schody na okrętach podwodnych dają większe pole manewru niż te tutaj. Osoby z lekką klaustrofobią lub chorobą morską (po dwóch piętrach chodzenia w kółko nieźle kręci się w głowie) proszone są o robienie przerw na półpiętrach. W tym akurat budynku była nawet winda. Właściwie to… Ej, jakie jest zdrobnienie od ‘winda’? Windusia? Windziunia? Gdyż to nie była winda, to raczej była windziunia. Za dowód niech posłuży informacja, że Jacek po ujrzeniu owej windy stwierdził, że jednak wejdzie po schodach. A kto mnie zna, ten wie, chodzenie po schodach nie jest moją pasją. Nic a nic. Nie zrobiłem zdjęcia wnętrza windziuni, bo musiałbym użyć trybu makro, a jeszcze nie umiem go używać.

        “Zaraz, zaraz...” - napadnie myśl kogoś dociekliwego, “jak oni mają tam takie mikroskopijne schodki, to jak oni wnoszą lodówkę na czwarte piętro?”. Odpowiadam:

W ostępach czają się dzikie podnośniki.
        “W tle, ukryty w gąszczu jednego z nielicznych w Antwerpii drzew, czai się samiec podnośnika. Jego organ dostawczy sterczy w całej okazałości. Wcześniej oznakował teren jaskrawą taśmą, aby podczas aktu dostarczania nie był niepokojony przez tubylców i turystów. Ten dorodny okaz bez problemu sięga do trzeciego piętra i bez trudu może dostarczyć za jednym razem ofiarę o wadze solidnej sofy. Na wysokości trzeciego piętra jego dzisiejszy cel, mieszkanie niczego niepodejrzewającego antwerpianina, gotowe do aktu, z oknem rozwartym na pełną szerokość. Tu widzimy mieszkanie z podgatunku planus fenestram mantis, czyli z oknem uchylnym do góry. Tereny Antwerpii zamieszkuje również nie mniej popularny podgatunek planus fenestram latus, czyli z oknem uchylnym na boki. Podnośniki równie chętnie krzyżują się z oboma podgatunkami.”
Czytała Krystyna Czubówna.

        Tak, moi mili i czcigodni, w Antwerpii meble dostarcza się przez okna. Po dostarczeniu idzie się na to z czego słynie Antwerpia - diamenty i czekoladę. Przy czym na diamenty możemy tylko popatrzeć przez szybę, natomiast na czekoladę również możemy tylko popatrzeć przez szybę. Dobra, żartuję. Na czekoladę można popatrzeć z bliska. Mają nawet muzeum czekolady. Eksponaty tak wyeksponowane, że domyślam się, iż muszą je co jakiś czas uzupełniać. Gdyż kto by się oparł i nie schrupał kawałka wiewióra? No kto? Warto było zapłacić 200€ kary. I można tam sobie tych czekoladek kupić, ale chyba diamenty wyszłyby taniej.

Wiewiór z wnętrznościami z czekolady.
        Co robi każdy uczciwy Polak po posiłku? Idzie do kościoła. Tako i my poszliśmy. Nie było lekko, gdy główna ulica w mieście wygląda jakby budowali pod nią metro po warszawsku:

Budowa pierwszej linii metra w Antwerpii.
        I tak podobno od lat i jeszcze przez lata. Ale nam, mieszkańcom wiecznego miasta, znaczy wiecznie rozkopanego miasta, takie widoki niegroźne. Przybylim, przedarlim się i zobaczylim. Pal licho kościół (choć wypasiony, muszę przyznać), ale ten witraż. Trochę się chyba trzeba było przy nim napracować. Szukałem tam na dole napisu “Made in China”, ale nie było.

Witraż nie Made in China.
        Za to w okolicy była cała chińska dzielnica. Powiadam Wam, przekraczacie bramę i jesteście w Chinach. Wprawdzie nie ma wielkiego muru, tylko mury pobliskich budynków, ale po zamknięciu oczu słychać i czuć Chiny. I jak piszę, że słychać i czuć, to to nie jest metafora, alegoria ani onomatopeja.

Wielka draka w chińskiej dzielnicy.
        W temacie schodów Antwerpia zadziwia raz jeszcze. Gdzieś w okolicy centrum, znaczy takiego ichniego placu targowego, mają bydynek. A przy budynku schody. I jak żałują schodów w budynkach mieszkalnych, tak tu nie żałowali.

Schody. Więcej schodów. Na dach.
        Możesz sobie, dostojny kliencie wybrać. Schody krótkie, średnio długie i najdłuższe. A wszystkie prowadzące na dach. Nie wiem co jest na dachu, bo jako znany miłośnik schodów nie mogłem się zdecydować, którymi wejść, więc nie wszedłem wcale.

        Nie mam lęku wysokości, gdyż - jak mawiają mądrzy ludzie (a konkretnie to Pratchett w jednej z części Świata Dysku) - to nie wysokość zabija tylko grunt. Mam zatem lęk gruntu. Zatem zdjęcia z wysokości mogą być nieostre i źle wykadrowane, bo ciężko się robi z zamkniętymi oczami. Z dołu to wyglądało tak:

Widok z dołu.
        Nie wiem czy zdjęcie odpowiednio przerażająco oddaje skalę przedsięwzięcia, ale w wagoniku mieści się 6 osób, to sobie dowyobrażajcie. A z góry to wygląda tak (nie wiem co widzicie, bo nie widziałem co robię):

Widok z góry. Chyba.
        Największą jednak atrakcją w Antwerpii w czerwcu był niepozorny turysta z Warszawy. Paparazzi tłoczyli się wokół tak bardzo, że na zdjęciu można policzyć nie tylko ile Jacek ma oczu, ale również ile ma siwych włosów na brodzie.

Przypadkowy turysta z Polski.
Antwerpia, jak i cała Belgia, słyną ze swoich piw. Ale żeby przeprowadzić porządną degustację, to trzeba tam pojechać na trzy tygodnie, a nie na trzy dni. Zatem następnym razem. 
PS. A poprzedni post był postem numer 300. A nikt mi nie powiedział i taka okazja do świętowania nam przeszła koło nosa.